Szokujące zarobki rezerwowych. "Lewandowski powinien zarabiać dwa razy więcej"

36 milionów dolarów za sezon to cena jak na wyprzedaży? Okazuje się, że tak. Gwiazdy sportu mają zaniżone wynagrodzenia.

Po każdej kolejnej publikacji list najlepiej zarabiających gwiazd sportu coraz głośniej rozbrzmiewają pomruki, że ze światem jest coś nie w porządku, skoro za kopanie, rzucanie czy odbijanie piłki sportowcy dostają sumy niewyobrażalne dla zwykłego śmiertelnika. Gdyby jednak pensje największych gwiazd odnieść do sum, jakie ich występy generują, to okazałoby się, że taki przykładowy Robert Lewandowski powinien zarabiać nawet dwa razy więcej, niż dostaje teraz.

Zobacz wideo

Brutalna reguła rządzi światem

A wszystko dzięki zasadzie, którą opisał Derek Price, brytyjski fizyk. Do wyjaśnienia jej przytoczę fragment z "12 życiowych zasad" Jordana B. Petersona:

"Brutalna reguła nierównej dystrybucji obowiązuje wszędzie tam, gdzie rezultaty zależą od kreatywności i produktywności. Niewielki odsetek muzyków tworzy niemal wszystkie nagrywane komercyjnie utwory i płyty. Grupka autorów sprzedaje większość książek. Co roku w Stanach Zjednoczonych sprzedaje się ponad półtora miliona różnych tytułów książkowych (!), jednak tylko 500 z nich sprzedaje się w nakładzie większym niż 100 000 kopii. Podobnie ledwie czterech kompozytorów muzyki klasycznej (Bach, Beethoven, Mozart, Czajkowski) napisało w zasadzie wszystkie utwory odgrywane przez współczesne orkiestry. Skoro mówimy o Bachu: był on w swojej twórczości tak płodny, że samo ręczne przepisanie jego partytur zajęłoby dekady, a mimo to jedynie mała część tych wspaniałych dzieł jest powszechnie grana i słuchana. Tak samo jest z utworami pozostałych wspomnianych klasyków – tylko cząstka ich dorobku znana jest szerszej publiczności. A zatem niewielka część muzyki skomponowanej przez niewielką część spośród wszystkich kompozytorów, którzy kiedykolwiek tworzyli, odpowiada za praktycznie całą muzykę klasyczną, którą świat zna i kocha".

A jak to się ma do sportu? Okazuje się, że tam też najwięcej uwagi kibiców przyciąga skromna grupa zespołów i gwiazd i tylko dzięki nierynkowym zasadom ci najwięksi dostają tylko cześć przychodów, które wypracują.

Real i Barcelona dają lidze więcej, niż od niej dostają

Najlepiej to widać na rynku praw telewizyjnych. W ostatni weekend w Hiszpanii mecze Realu i Barcelony miały łącznie 2 mln widzów (zsumowana średnia oglądalność). Osiem pozostałych meczów - 1,43 mln. Zainteresowanie Realem i Barceloną to w sumie więcej niż połowa ligi hiszpańskiej. Tymczasem gdy dochodzi do podziału przychodów z praw telewizyjnych, to Real i  Barcelona nie dostają nawet jednej czwartej sumy wypracowanej przez całą ligę.

Podobnie jest w Niemczech. Mecze Bayernu Monachium ogląda w płatnej telewizji trzy razy więcej ludzi niż średnia dla wszystkich zespołów. Gdy jednak dochodzi do podziału pieniędzy z praw telewizyjnych - Bawarczycy, jako mistrz i najbardziej medialny zespół, dostają 30 procent więcej, niż wynosi średnia ligi.

Jeszcze inny dobry przykład to Juventus Turyn, oglądany 3 razy więcej, niż wynosi średnia dla wszystkich zespołów Serie A, ale przy kasie mistrz Włoch dostaje jedynie 40 procent więcej niż średni ligowy zespół.

Przytaczam dane oglądalności telewizyjnej, bo one najlepiej oddają różnicę w popularności i medialności wszystkich zespołów. One też pokazują, że z ekonomicznego punktu widzenia reguły, które rządzą piłkarskim biznesem, bliższe są socjalizmowi niż wilczemu kapitalizmowi.

Wolny rynek jeszcze bardziej sparaliżowany jest regułami w przypadku lig amerykańskich. W NBA, NFL, NHL czy MLB przychody ze wszystkich kontraktów - chodzi przede wszystkim o prawa telewizyjne i sponsoring - podpisywanych przez ligę, dzielone są po równo na wszystkie zespoły. Wysokość zarobków zawodników ograniczona jest nie tylko przez salary cap - czyli limit budżetu płac na zespół - ale także przez wyznaczenie pensji maksymalnej i minimalnej. A świętość i nienaruszalność kontraktów powoduje, że nawet znakomity zawodnik może pracować za pensję minimalną. To spotkało choćby Mike'a Trouta z Los Angeles Angels, który w 2012 został wybrany drugim najlepszym zawodnikiem baseballowej American League, a w kolejnym sezonie i tak dostawał pensję na poziomie minimalnego wynagrodzenia w MLB.

430 mln dolarów - cena jak na wyprzedaży

Dopiero w 2019 Trout podpisał gigantyczny kontrakt na 430 mln dolarów na 12 lat. Choć suma jest szokująca dla zwykłego śmiertelnika, zdaniem ekspertów Angels zrobili doskonały interes jak ktoś, kto atrakcyjny ciuch kupił na wyprzedaży. Trout jest bowiem jednym z najlepszych baseballistów w lidze, jeśli chodzi o produktywność wyrażoną w wielkości statystycznej zwanej WAR (wins above replacment), zsumowująca wszystkie dokonania zawodnika na boisku zarówno w defensywie, jak i ofensywie, w odniesieniu do ligowej średniej. Baseballowi statystycy potrafią wyliczyć nawet, ile to jest warte w przeliczeniu na kontrakt statystycznego gracza. I wyszło z tego, że np. w 2018 boiskowa produktywność Trouta warta była 79 mln dolarów, a w 2019 - 66,5 mln dolarów. 36 mln dolarów za sezon przy takich sumach to rzeczywiście "wyprzedaż".

A teraz wyobraźmy sobie, ile wart jest dla Bayernu Robert Lewandowski, Leo Messi dla FC Barcelony, Cristiano Ronaldo dla Juventusu czy LeBron James dla LA Lakers. Dołóżmy do tego fakt, że ich drużyny "wspaniałomyślnie" dzielą się swoją popularnością i przychodami z tego tytułu z resztą ligi. Gdybyśmy wzięli to wszystko pod uwagę, to okazałoby się, że w świecie bardziej wolnorynkowej ekonomii, gdzie przedsiębiorstwa sportowe nie byłyby związane kolektywnymi przepisami, a zawodnicy rzeczywiście dostawaliby udział w zyskach, jaki wypracują ich drużyny, to pensje największych gwiazd byłyby jeszcze wyższe niż teraz.

Jeśli bowiem jest coś szokującego w sportowej ekonomii, to raczej zarobki rezerwowych niż pensje największych gwiazd.

Przy okazji warto wspomnieć, że przytoczona na początku reguła Price'a obowiązuje również w odniesieniu do kibiców. Za utrzymanie zawodowego sportu odpowiadają nie setki milionów sympatyków, ale wąska grupa zagorzałych kibiców, którzy kupują karnety, koszulki, płacą za telewizyjne abonamenty.

Przeczytaj także: