Amerykańskie kluby zaszalały. Wydały prawie miliard dolarów na czterech zawodników

Dla mnie - kibica wychowanego na piłkarskich wzorcach - to wciąż trochę szokujące. Facet, którego prawie nikt nie zna, będzie zarabiał półtora raza więcej niż Lewandowski, który według naszych wyobrażeń popularny jest na całym świecie.

Kiedrosport autorstwa dziennikarza Sport.pl Michała Kiedrowskiego to cykl tekstów o sporcie, jego okolicach i dyscyplinach, o których rzadko można przeczytać w polskim internecie. Co wtorek o 19:00 na Sport.pl i Gazeta.pl.

Owym facetem jest Gerrit Cole. Nic wam to nazwisko nie mówi? Jak zapewne 95 procentom światowej populacji. Nie szkodzi. Cole właśnie uzgodnił kontrakt z New York Yankees i w ciągu najbliższych dziewięciu lat zarobi 324 mln dolarów. Średnio 36 mln dolarów na sezon. Na euro to będzie 32,2 mln. Wśród piłkarzy lepiej zarabiają - jeśli chodzi o kontrakty w klubie - tylko Lionel Messi, Cristian Ronaldo i Neymar. Lewandowski według nowego kontraktu ma zarabiać 20 mln euro.

Pensja nawet po końcu kariery

Tyle tylko, że Messi, Neymar i Ronaldo razem z wielką klasą sportową przynoszą do klubów niewyobrażalną wartość marketingową. Wszyscy trzej są przecież w gronie najbardziej rozpoznawalnych na świecie celebrytów. Gdzie tam Cole'owi się do nich równać. On przynosi przede wszystkim wartość sportową. W ostatnim sezonie był najlepszym miotaczem American League w baseballowej MLB, ale gdy przyszło do rozdawania nagród, Cy Young Award (taka Złota Piłka dla baseballowych miotaczy) powędrowała do Justina Verlandera, który co prawda grał w tej samej drużynie Houston Astros, ale jest o wiele bardziej popularny.

Ale gigantyczny kontrakt w ostatnich dniach dostał nie tylko Cole. Los Angeles Angels podpisali umowę z Anthonym Rendonem (245 mln dolarów na 7 lat); Washington Nationals przedłużyli kontrakt ze Stephenem Strasburgem (245 mln dolarów na 7 lat); a Zack Wheeler związał się z New York Mets (118 mln dolarów za 5 lat). W sumie na czterech zawodników kluby wydały 932 mln dolarów. I czas przeszły jest tu w pełni uzasadniony. W MLB kontrakty są gwarantowane. Nawet gdy zawodnik dozna kontuzji, która kończy jego karierę, zobowiązania nie wygasają. Najbardziej bijący po oczach przykład z ostatnich lat to Prince Fielder, który w 2016 r. doznał kontuzji i zakończył karierę. Mimo to wciąż otrzymuje wypłaty. W momencie zakończenia kariery kluby, w których grał (Texas Rangers i Detroit Tigers) były mu winne 96 mln dolarów do końca umowy.

Rok temu miliard dla trzech

Oczywiście, gigantyczne umowy w MLB, to nie jest tylko tegoroczny wybryk. Rok temu Mike Trout z Los Angeles Angels podpisał dwunastoletnią umowę na 430 mln dolarów; Bryce Harper z Philadelphia Phillies trzynastoletnią na 330 mln dolarów; Manny Machado z San Diego Padres dziesięcioletnią na 300 mln. Razem ponad miliard dolarów na trzech zawodników!

I teraz weźmy pod uwagę, że baseball jest ulubionym sportem dla zaledwie 9 procent Amerykanów. Daleko mu do futbolu (37 procent), a w ubiegłym roku przegrał też z koszykówką (11 procent).

Czy to nie jest szokujące? Przecież taki Manchester United ogłosił latem, że ma miliard kibiców i sympatyków, a hiszpańscy dziennikarze przekonują nas co roku, że El Clasico ogląda 650 mln widzów na całym świecie. Jak więc to możliwe, że Los Angeles Angels, którzy mają nie więcej niż kilkaset tysięcy kibiców, bo w Kalifornii znacznie bardziej popularni są Los Angeles Dodgers, płacą dwóm zawodnikom 36 mln dolarów za sezon? Przecież amerykańskie kluby to firmy nastawione na zysk. Tam nie ma szejków, którzy dokładają do klubów, by zyskać atuty polityczne. Zawodnicy MLB dostają mniej więcej połowę tego, co przynoszą do klubu kibice, czy to bezpośrednio w kupowanych biletach, koszulkach i innych pamiątkach, czy też pośrednio przez telewizyjny abonament, oglądanie reklam przy okazji meczów, czy też interakcje w mediach społecznościowych.

Kibic w USA wart tysiąc razy więcej?

W 2018 r. Angels przynieśli swojemu właścicielowi 19 mln czystego zysku, a do tego klub nie ma żadnych długów. Według "Forbesa" są warci 1,9 miliarda dolarów, a Manchester United mający - według deklaracji - kilka tysięcy razy więcej kibiców - 3,8 mld. Z tego porównania wygląda na to, że amerykański kibic jest co najmniej tysiąc razy więcej wart dla swojego klubu niż średnia światowa.

To oczywiście absurd.

Owszem amerykańskie kluby mają tę przewagę, że funkcjonują na najbogatszym rynku reklamowym świata, ale równocześnie zmagają się z bardzo ostrą konkurencją o pieniądze kibiców. W rejonie Los Angeles grają bowiem nie tylko Dodgers i Angels, ale także Rams i Chargers (NFL), Kings (NHL), Lakers i Clippers (NBA), Galaxy i FC Los Angeles (MLS), ale także  niezwykle popularne drużyny uniwersyteckie UCLA Bruins i USC Trojans.

Jak kochają kibice?

I tu dochodzimy do kluczowego spostrzeżenia. Owszem amerykański kibic jest statystycznie bogatszy, ale również bardziej aktywny. To znaczy dużo chętniej wydaje pieniądze na swoją ulubioną drużynę niż na przykład europejski.

Weźmy choćby nadchodzące El Clasico. Wszyscy jesteśmy przekonani, że cała Hiszpania szaleje na punkcie rywalizacji Realu i Barcelony. Gdy jednak weźmiemy do ręki dane oglądalności telewizyjnej, to okazuje się, że "konsumpcja" meczów Real czy Barcelony z całej Hiszpanii jest niższa niż ma New York Yankees tylko na terenie aglomeracji Nowego Jorku. Podkreślam, że to dane tylko z jednego regionu! W ubiegłym roku ligowe mecze Barcelony wygenerowały w Hiszpanii ok. 4,4 mld oglądanych minut, Realu - 4,2 mld, a mecze Yankees w płatnym regionalnym kanale YES - 6,5 mld oglądanych minut.

Jeśli chodzi o frekwencje na stadionie to Yankees w ubiegłym sezonie sprzedali mniej więcej tyle samo biletów, co Real i Barcelona razem wzięte, licząc mecze ligowe i w Lidze Mistrzów.

Biorąc pod uwagę te liczby, kontrakt Cole'a już nie jest tak bardzo szokujący. Zadziwiające jest co innego. Wygląda na to, że miłość wielu kibiców piłkarskich, jest raczej bezobjawowa. Ostatecznie bowiem nie chodzi o to, co kto deklaruje, ale ile jest dla swojej pasji gotowy poświęcić - czasu i pieniędzy.