Boniek poległ, ale w jednym miał rację. Ten pomysł nie ma żadnego sensu w piłce

Gdy słyszę, że ktoś postuluje wprowadzenie w piłce nożnej ograniczenia zarobków piłkarzy według wzorów z USA, to wiem, że nie ma pojęcia o tym, że salary cap to ważna część systemu, dzięki któremu płace w amerykańskim ligach nieustannie rosną.

Zbigniew Boniek poległ, tłumacząc zawiłości rozwiązań amerykańskiego sportu w wywiadzie u Roberta Mazurka w radiu RMF. Widać było, że nie bardzo ma pojęcie, o czym mówi. W jednym jednak prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej miał dobrą intuicję: amerykańskich rozwiązań nijak nie da się wprowadzić w piłce nożnej.

Zobacz wideo

Sport to nie jest normalny biznes

- Jeśli NBA byłaby normalnym biznesem, LeBron James zarabiałby ponad 100 mln dolarów - mówił już kilka lat temu Max Kellerman w nadawanym w telewizji ESPN programie "Frist Take". Najlepszy koszykarz ligi ostatnich lat grał wtedy w Cleveland Cavaliers i zarabiał około 30 mln dolarów.

NBA w USA nie jest jednak traktowana jak każdy inny biznes. Podobnie jak NHL, MLB czy NFL. Specjalny status tych lig jest potwierdzony licznymi aktami prawnymi, z których najistotniejsze są wyroki sądu najwyższego. 29 maja obchodziliśmy 98-lecie jednego z najważniejszego z nich. W 1922 r. amerykański sąd najwyższy uznał, że tworzące MLB - National League i American League nie podlegają tzw. Ustawom Shermana, które zakazują w USA tworzenia monopoli i ograniczania konkurencji.

Dzięki temu wyrokowi, wykorzystywanemu potem w innych podobnych sprawa jako precedens, w amerykańskich ligach możliwa jest jawna zmowa właścicieli klubów, którzy w celu poprawy wyników finansowych swoich firm ustalają między sobą, że nie zapłacą pracownikom więcej niż np. 47 procent wypracowanych wpływów, a maksymalna pensja wynosić będzie np. 30 mln dolarów. Gdyby podobny sojusz zawarli między sobą np. właściciele cukrowni czy hut, byliby ścigani przez prawo i naraziliby się co najmniej na gigantyczne grzywny. Byliby też przestępcami, gdyby razem ustalali ceny na swoje produkty i wyznaczyli sobie terytoria, w których ze sobą nie konkurują. To wszystko robią kluby w amerykańskich ligach i włos mi z głowy nie spadnie. W jednym z wyroków sąd najwyższy określił nawet NFL "kartelem 32 niezależny biznesów", co też nie zmieniło korzystnych orzeczeń w skargach na ligę. Choć kartele w amerykańskim prawie są zabronione. Ale akurat ten jest legalny.

Piłkarski kartel dałby zarobić piłkarzom krocie

Karteli zabrania też prawo europejskie. Jeśli więc ktoś apeluje o ograniczenie zarobków piłkarzy, to najpierw powinien zwrócić się do władz ustawodawczych Unii Europejskiej, by piłkę nożną uwolniły od zakazu ograniczania wolnej konkurencji.

Obawiam się jednak, że tego typu rozwiązanie prawne byłby gorsze niż choroba, którą miałoby leczyć. Łatwo sobie wyobrazić, że pierwszym legalnym sportowym kartelem byłaby europejska Superliga, która owszem byłaby w stanie wprowadzić czapę na wynagrodzenia piłkarzy, ale równocześnie przez swoją dominującą pozycję na rynku mogłaby w krótkim czasie wykosić całą lokalną konkurencję. Na tym polega działanie kartelu i taki cel ma pomysł wprowadzenia piłkarskiej Superligi, forsowane przez szefów Realu Madryt czy Juventusu Turyn. O tych zagrożeniach pisałem w ubiegłym roku.

Monopolizacja europejskiego rynku przyniosłaby klubom Superligi ogromny wzrost dochodów. Według wstępnych analiz same prawa do transmisji takich rozgrywek to co najmniej 8-10 miliardów euro rocznie. I nawet gdyby wtedy - jak to jest w NFL - kluby przeznaczałby 48 tylko procent dochodów na pensje zawodników, czyli dużo mniej niż teraz, to pensje rzędu 100-150 mln euro dla zawodników klasy Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo wcale nie oznaczałyby ruiny dla właścicieli.

Rewolucję płacową w piłce można przeprowadzić dużo prościej

Paradoks? Wcale nie. W NBA czy NFL, które mają salary cap, pensje zawodników rosną szybciej niż w MLB, gdzie liga ma tylko tzw. podatek od luksusu. Bo salary cap to nie jest mechanizm, który ma służyć dobremu samopoczuciu miłośników twórczości Thomasa Piketty'ego (francuski ekonomista, ekspert od nierówności dochodowych). To rozwiązanie, które służy właścicielom klubów do kontrolowania kosztów. A dzięki kontroli kosztów nie tylko sami się bogacą, ale jeszcze mają pieniądze na dalsze inwestycje. Budują nowe, większe i bardziej komfortowe stadiony, a na tych starszych dobudowują loże dla bogatych fanów i bary dla tych biedniejszych. Dzięki ograniczonej konkurencji między klubami o zawodników każda drużyna może zatrudnić lub wychować sobie gwiazdę, która przyciągnie nowych kibiców na trybuny. W 2019 r. średnia wartość klubu NFL wynosiła 2,89 miliarda dolarów i wzrosła niemal trzykrotnie od 2010 r. Do tego służy w USA salary cap, a nie żeby zarobki gwiazd nie kłuły w oczy maluczkich.

A jak już ktoś chce drastycznie zmniejszyć zarobki piłkarzy, to są dużo prostsze rozwiązania niż jakieś tam salary cap z Ameryki. Wystarczy wpuścić do Ligi Mistrzów wszystkich krajowych mistrzów z Europy i ograniczyć w niej miejsca dla klubów z tzw. wielkich lig. Niech w fazie grupowej grają 64 drużyny z każdego kraju w Europie, a nie tylko z tych najsilniejszych. Z miejsca produkt stanie się mniej luksusowy i o wiele mniej dochodowy. A gdyby jeszcze dzielić pieniądze z transmisji telewizyjnych wszystkim uczestnikom po równo, to zwolennicy wyrównywania dochodów byliby chyba szczęśliwi. Spadnie oglądalność w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii? Trudno. Zwiększy się w Serbii, Albanii czy na Węgrzech. Gigantyczne pieniądze stracą na tym wielkie kluby, ale te mniejsze będą miały wreszcie szanse, by zacząć gonić czołówkę. To byłaby prawdziwa rewolucja płacowa. Tyle tylko, że nie ma nikogo, kto by mógł i chciał ją przeprowadzić.

Czytaj także: