"Lamborghini w fabryce Łady". Rosjanie mają olbrzymi problem ze sprzętem. Są bezradni

Bartłomiej Kubiak
- To jakby produkować Lamborghini w fabryce Łady - wskazuje Aleksandr Peczerski, serwismen rosyjskich biathlonistów, którym Komisja Dumy Państwowej ds. Kultury Fizycznej i Sportu właśnie zaleciła korzystanie z rodzimego sprzętu w obawie, że zaraz zacznie się kończyć ten z zagranicy. Tu nie chodzi tylko o biathlonistów. Problem mają wszyscy rosyjscy sportowcy.

W środę przewodniczący Komisji Dumy Państwowej ds. Kultury Fizycznej i Sportu Dmitrij Swiszczow zalecił, aby wszystkie federacje natychmiast poszerzyły praktykę korzystania z rodzimego sprzętu. - Jesteśmy w historycznym momencie, ale nasze kraje dysponują ogromnymi zasobami. Poradzimy sobie - uspokoił minister sportu Oleg Matycin, który także zaapelował, by środowiska sportowe w Rosji i na Białorusi jednoczyły się w obliczu sankcji.

Zobacz wideo Lewandowski numerem jeden na liście życzeń Barcelony? Potwierdza kataloński dziennikarz

Grzegorz KrychowiakRosjanie pienią się. Poszło o Krychowiaka. "Będzie biegał po klubach"

Rosja ma problem. "Reszta firm może pójść za ich przykładem"

W środowisku rosyjskich biathlonistów i narciarzy już od kilku tygodni trwa dyskusja na temat zbliżającego się sezonu. Nie tyle dotyczy ona zamkniętych granic, skomplikowanej logistyki czy braku możliwości startu w zawodach, ile przede wszystkim problemów ze sprzętem. Z Rosji już wycofały się takie marki, jak Madshus czy Rossignol.

- Reszta firm może pójść za ich przykładem - mówi Aleksandr Peczerski, serwismen rosyjskich biathlonistów, który wskazuje, że większość zawodników, z którymi współpracuje w drużynie narodowej, jeździ teraz na nartach marki Fischer. To austriacka firma, która nie wycofała się z Rosji, ale to jeszcze może się zmienić. - Z tego, co mi wiadomo Atomic i Salomon zostają. To marki, które są częścią fińskiego koncernu Amer Sports. Najprawdopodobniej będą dostępne. I będziemy umieli się na nie przestawić. Ale co z resztą? Trudno powiedzieć. Poza tym wciąż otwarte jest pytanie, gdzie będziemy na tym sprzęcie jeździć - zastanawia się Peczerski.

Kłopoty zaczną się dopiero zimą

Zarówno Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS), jak i Międzynarodowa Unia Biathlonu (IBU) już na początku marca - zaledwie kilka dni po rosyjskiej agresji na Ukrainę - podjęły decyzję o wykluczeniu zawodników z Rosji oraz Białorusi z zawodów do końca sezonu 2021/22. Teraz FIS podtrzymał swoją decyzję na sezon letni, ale wciąż nie wiadomo, co stanie się zimą. "Wrócimy do tematu jesienią, w miarę rozwoju sytuacji na Ukrainie" - poinformowało FIS w czwartkowym oświadczeniu. Podobne stanowisko od marca ma IBU, która już wtedy zapowiedziała, że decyzje odnośnie zimowego sezonu - dopuszczenia do niego rosyjskich i białoruskich biathlonistów - podejmie na wrześniowym kongresie.

Choć do startu zimowego sezonu zostało jeszcze kilka miesięcy, Rosjanie już teraz martwią się, co czeka ich zimą. Najwięcej obaw dotyczy sprzętu. Szczególnie ważnego w narciarstwie biegowym i biathlonie, czyli w sportach, gdzie niewiele można osiągnąć bez najlepszych nart, ultranowoczesnych kijków czy butów. "Lato nie wymaga aż tak poważnych inwestycji w sprzęt. Weźmy np. nartorolki, które nasze drużyny otrzymały rok temu. Platformy i wiązania nie pogorszyły się w ciągu jednego sezonu. Wymianie podlegają teraz jedynie koła, ale znalezienie nowych nie jest kosztowne ani problematyczne. Prawdziwe kłopoty zaczną się dopiero zimą" - czytamy na sports.ru.

"Sasza sobie poradzi". A co z resztą?

- W Europie panuje teraz histeria. Wiele firm ugięło się pod presją i odmówiły zobowiązań naszym sportowcom. Chyba chciały w ten sposób uszczypnąć Rosję, mimo że wcale nikt nie zmuszał ich do zrywania kontraktów - mówi Tauf Chamitow, rosyjski założyciel i szef firmy KV+, która ma siedzibę w Szwajcarii i też wyposaża rosyjskich biathlonistów w sprzęt. Głównie w stroje i kijki. To nie one są jednak największym problemem, bo chodzi przede wszystkim o narty i ich serwis. Przykładowo o brak wsparcia francuskiej firmy Rossignol, która wycofała się ze sponsorowania Aleksandra Bolszunowa, pięciokrotnego medalisty z ostatnich igrzysk olimpijskich w Pekinie.

- Spokojnie, Szasza właśnie otrzymał wiele nowych nart od innego producenta - powiedział pod koniec czerwca w rozmowie z serwisem blick.ch Jurij Borodawko, trener rosyjskiej drużyny narciarstwa biegowego, w tym także Bolszunowa.

Borodawko nie zdradził nazwy firmy, od której sprzęt miał otrzymać Bolszunow, ale Rosjanie i tak najbardziej obawiają się, że zabraknie go dla tych mniej utytułowanych i młodszych sportowców. Tym bardziej że w Rosji nie ma alternatywy dla elitarnych marek. Jest co prawda fabryka w Bałabanowie, która zajmuje się produkcją nart, ale ona nastawiona jest na ilość, a nie na jakość. - To jakby produkować Lamborghini w fabryce Łady. Spróbować można, nawet trzeba, ale cuda się nie zdarzają. Zajmie nam od czterech do sześciu lat, zanim uda się wyprodukować narty na akceptowalnym i konkurencyjnym poziomie - rozkłąda ręce Peczerski.

 

Fałszywe rozgrywki krykietaZałożyli fałszywą ligę, żeby oszukać Rosjan. I się udało. Wpadli w ćwierćfinale

Zdaniem Peczerskiego Rosja w ostatnich latach za bardzo uzależniła się od zagranicznego sprzętu. - Nie zastanawialiśmy się, skąd wziąć narty, kijki, buty czy smary, bo po prostu je kupowaliśmy. A najlepsi sportowcy nawet dostawali wszystko za darmo na podstawie kontraktów sponsorskich. Naszym jedynym zadaniem było to tylko wszystko sprytnie wymieszać, przetestować i sprawić, by dobrze działało. Teraz będziemy musieli zmierzyć się z nową rzeczywistością. Nie mówię, że to się nie powiedzie, bo kryzys to zawsze są nowe możliwości, ale nie możemy teraz siedzieć i czekać. Musimy już zacząć działać, bo cztery lata do igrzysk to wcale nie jest dużo czasu - zwraca uwagę Peczerski.

Rosjanie mówią teraz o zimowych igrzyskach, których gospodarzem w 2026 roku będzie Mediolan oraz Cortina d'Ampezzo, ale szkoda, że zapominają o tym, że na tych ostatnich - w lutym - złamali olimpijski rozejm, czyli nie powstrzymali się od działań wojennych na siedem dni przed startem i siedem dni po zakończeniu igrzysk. I zrobili to już po raz trzeci w ciągu ostatnich 14 lat, bo wcześniej łamali rozejm w 2008 r. w przededniu letnich igrzysk olimpijskich w Pekinie, kiedy zaatakowali Gruzję. I w 2014 r. podczas zimowych igrzysk w Soczi, kiedy zaanektowali ukraińskie terytorium na Krymie.

Więcej o: