Nie milkną echa po zamieszaniu, jakie swoim komentarzem w Eurosporcie wywołał Jakub Zborowski. Komentator szermierki w trakcie igrzysk w Paryżu zarzucił Polskiego Związkowi Szermierczemu błędy w zarządzaniu kadrą olimpijską.
- Gdybyśmy mieli uczciwe klasyfikacje, to takich momentów na igrzyskach, nie tylko w szermierce, mielibyśmy zdecydowanie mniej. Wielka prośba o zainteresowanie się tym, co dzieje się na igrzyskach olimpijskich. Bo człowiek, który z Tomasso Marinim walczył jak równy z równym [Leszek Rajski - red.], przed igrzyskami miał najwyższą formę, trenuje teraz dzieci w Polanicy-Zdroju, a Michał Siess w turnieju indywidualnym zadał Czechowi Choupenitchowi trzy punkty... Niech państwo sobie sami ocenią, czy tak powinna wyglądać polska szermierka i polski sport - apelował Zborowski, komentując rywalizację drużynową florecistów na igrzyskach.
Zasady kwalifikacji olimpijskich w szermierce zostały ogłoszone w sierpniu ubiegłego roku. Związek poinformował wtedy, że tworzy nową listę - olimpijską, która będzie brała pod uwagę starty szermierzy w Pucharze Polski oraz Pucharze Świata od początku sezonu do końca marca. Dodano, że ta lista uwzględni także występy w mistrzostwach Polski, które ostatecznie rozegrano w połowie kwietnia.
Sytuacja była jednak bardziej skomplikowana, bo obok listy olimpijskiej istniała także lista tworzona przez Międzynarodową Federację Szermierczą (FIE). Ta była ważna w kontekście tzw. dobijaka. To ostatni turniej kwalifikacyjny do igrzysk, na który każdy związek wysyła po jednym reprezentancie. Dodatkowo lista FIE obejmowała inny okres niż olimpijska, bo starty od 1 kwietnia 2023 do 31 marca 2024.
Jakby tego było mało, funkcjonowała jeszcze jedna lista - klasyfikacyjna Polskiego Związku Szermierczego, która jest aktualizowana na okrągło. Wyniki z poprzedniego sezonu zmieniają się z wynikami z obecnego. To zamieszanie z listami doprowadziło do sporu, o którym cała Polska usłyszała na antenie Eurosportu w niedzielę - kto powinien reprezentować nasz kraj w męskim florecie.
Zasady w szabli, florecie i szpadzie były jednakowe i to w przypadku obu płci. - Do Paryża miały udać się dwie najlepsze osoby z danej konkurencji z listy olimpijskiej oraz dwie z doboru trenera. Z tego drugiego grona jedna z osób do turnieju indywidualnego, a druga jako rezerwowa do drużyny. Jednak na koniec sezonu każda lista - olimpijska, klasyfikacyjna i FIE - pokazywała w męskim florecie inną kolejność - mówi w rozmowie ze Sport.pl Magdalena Pawłowska, dwukrotna medalistka mistrzostw świata w drużynie w szpadzie, która zdobyła złoto rok temu w Mediolanie oraz brąz dwa lata temu w Kairze).
Komentator Eurosportu przedstawił to tak, że Michał Siess dostał się niesłusznie do turnieju olimpijskiego i "zajął" miejsce Leszka Rajskiego. Ale czy rzeczywiście tak było? Na liście olimpijskiej Siess był piąty, ale na FIE znajdował się najwyżej z Polaków (34. pozycja). Gorzej szło mu w zawodach Pucharu Polski i stąd miejsce za plecami kolegów w krajowym rankingu. W nim wyżej byli od niego kolejno: Jan Jurkiewicz, Adrian Wojtkowiak, Andrzej Rządkowski i Leszek Rajski.
Jurkiewicz i Wojtkowiak radzili sobie stabilnie w Pucharze Świata, a także w Pucharze Polski i stąd ostatecznie znaleźli się najwyżej. Przed Paryżem trener kadry musiał wybrać pod kątem igrzysk między Siessem, Rządkowskim i Rajskim. Wziął tego pierwszego na zawody indywidualne, bo był najwyżej na liście międzynarodowej, a Rządkowskiego uwzględnił jako rezerwowego, bo stoczył sporo walk w drużynie. W Paryżu indywidualnie wystartowali Jurkiewicz, Wojtkowiak oraz Siess, a w zawodach zespołowych oprócz tej trójki także Rządkowski.
Rajski nie pojechał w ogóle na igrzyska, co komentator Eurosportu wytknął działaczom na antenie. Okazuje się, że Zborowski jeszcze przed igrzyskami atakował Siessa w mediach społecznościowych. Na Facebooku pisał do niego w komentarzach, wrzucając screen z listą olimpijską.
"Widzisz różnicę, czy dalej mam Ci tłumaczyć, kto był lepszy?" - pisał w maju Zborowski do Siessa pod postem niezwiązanym z szermierką. Siess mu odpowiadał: "Jeśli chce Pan zostać honorowym dawcą krwi, to więcej informacji w poście". Komentator Eurosportu na to: "Pan zostaje honorowym oszustem w Pana zakłamanym świecie! Piękna jest ta Wasza szermierka."
Zborowski już wtedy wskazywał, że to Rajski powinien jechać do Paryża, a nie Siess. Według naszych informacji, trener Radosław Glonek zdecydował inaczej, kierując się wysoką lokatą tego drugiego na liście FIE. "Większość środowiska wcale nie podziela oglądu sytuacji pana Zborowskiego. To jest obraz wykoślawiony, nieprawdziwy, krzywdzący" - wskazuje Polski Związek Szermierczy we wtorkowym oświadczeniu. Sam związek jednak też ma sporo na sumieniu.
Zamieszanie z kwalifikacjami dotknęło również drużynę szpadzistek, które kilka dni temu zdobyły brązowy medal w Paryżu. Z list wynikało, że na igrzyskach wystąpią: Renata Knapik-Miazga, Alicja Klasik, Martyna Swatowska-Wenglarczyk i Aleksandra Jarecka. Tak też ostatecznie stało się, ale w maju związek ogłosił, że zarządza „dogrywkę" między Jarecką, a Ewą Trzebińską.
Ogłoszono, że zawodniczki będą obserwowane w ostatnich dwóch zawodach Pucharu Świata i na ich podstawie podjęta będzie decyzja, która z nich bardziej nadaje się do startu olimpijskiego w drużynie, choć to Jarecka na podstawie list powinna załapać się do tego występu. Nie podano jasnych kryteriów, na podstawie których dokonany został ostateczny wybór między Trzebińską, a Jarecką. Zamiast od kwietnia szykować formę na igrzyska, w Polsce trwała w kolejnych tygodniach walka o miejsce w drużynie.
Na początku czerwca podawaliśmy, że Trzebińska miała pretensje do trenera kadry Bartłomieja Języka za brak powołania do kadry olimpijskiej. Twierdziła, że „nie potrafił merytorycznie i logicznie" uzasadnić wyboru Jareckiej.
Krytykowała także trenera osobistego Jareckiej. - W „dogrywce" na Pucharach Świata wystartowałyśmy prawie identycznie. I wtedy... zaczęła się - inspirowana przez indywidualnego trenera Aleksandry Jareckiej - Radosława Zawrotniaka fala hejtu. Obrażanie zawodników, posługiwanie się manipulacjami jest dla mnie nieakceptowalne. Rozumiem, że trener walczy o zawodnika, są pisma popierające danego zawodnika, ale jeżeli te pisma zawierają półprawdy i obrażają innych, uważam, że to nie jest w porządku. Celem ataku była Martyna Swatowska-Wenglarczyk, której celowo umniejszano zasługi, by ją zdyskredytować - mówiła Trzebińska.
Magdalena Pawłowska uważa, że największą krzywdą tych kwalifikacji było zarządzenie dogrywki o nieznanych zasadach: - I to nie tylko dla samej Oli Jareckiej, ale wszystkich walczących o miejsce w składzie. Kwalifikacje na igrzyska trwają cały rok, jest to ogromny stres dla każdego. kto wtedy występuje w zawodach i walczy o miejsce w składzie czy kwalifikację drużyny. Przedłużanie tych kwalifikacji nie przyniosło nic dobrego grupie szpadowej, chociaż skończyło się medalem. Ale to pomimo całego tego zamieszania, a nie dzięki niemu - mówi.
Pawłowska dodaje: - Z perspektywy zawodniczki, która walczyła o kwalifikację, ale jej się to nie udało, mogę dodać, że słysząc o tej niedookreślonej dogrywce samej mi się odechciało trenować, bo walczymy cały rok, a na koniec ktoś nam zmienia zasady gry, przekreślając naszą dotychczasową pracę. To jest nie fair, to jest brak szacunku do wysiłku zawodników, ale też strzał w stopę tym, co wymyślili regulamin i nie potrafią się go trzymać lub specjalnie zostawiają sobie furtki na takie modyfikacje - mówi szpadzistka. I tu przyznaje rację Zborowskiemu, który wskazywał, że system kwalifikacji do igrzysk był kulawy i brakowało transparentności.
Inaczej patrzą na to działacze. "Polski Związek Szermierczy pragnie wyraźnie podkreślić, że dobór zawodników do kadry na igrzyska olimpijskie był dokonywany rzetelnie, transparentnie, na podstawie wyników sportowych" - czytamy w komunikacie.
Ostatecznie Jarecka startowała w stolicy Francji w rywalizacji drużynowej, jako ostatnia walczyła z Chinkami, dając nam brązowy medal. Indywidualnie jednak nie występowała. Zborowski przekonywał na antenie, że było to niesprawiedliwe. - Oli Jareckich jest dużo więcej w polskim sporcie - mówił.
Sytuacja była jednak bardziej skomplikowana, o czym opowiada Pawłowska. - Różnica między trzecią Martyną Swatowską-Wenglarczyk, a czwartą Olą Jarecką na liście olimpijskiej wynosiła jeden punkt. To praktycznie nic. Na liście klasyfikacyjnej PZS Ola była z kolei druga na koniec sezonu, stanęła też na podium Pucharu Świata w swoim pierwszym starcie po przerwie macierzyńskiej. Martyna zaś była na podium na ostatnich zawodach Pucharu Świata, które liczyły się do klasyfikacji. Trudny wybór, ale Martyna walczyła we wszystkich turniejach drużynowych do igrzysk. Zasłużyła, by znaleźć się w zespole, a także walczyć indywidualnie. Ola też na to zasłużyła, ale trener mógł podać tylko jedno dodatkowe nazwisko do startu indywidualnego obok Renaty Knapik-Miazgi i Alicji Klasik. Kogo by nie wybrał, jedna z zawodniczek czułaby się poszkodowana - tłumaczy szpadzistka.
Polki zdobyły cenny medal w Paryżu, ale ostatnie zawirowania wokół florecistów i szpadzistek pokazują, iż nie wszystko w polskiej szermierce funkcjonuje idealnie.
Komentarze (43)
Afery mimo medalu Polek. Mistrzyni świata: Odechciało mi się trenować
Jak się za to wzięli Polacy mamy bajzel podejrzane wybory, subiektywne decyzje na podstawi osobistych sympatii.