Thurnbichler przestrzega Horngachera: Postawię się. Zawsze będę bronić Polski

Piotr Majchrzak
- Tydzień przed zawodami w Vikersund miałem pierwszy sygnał od Pointnera. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy zrobimy to razem. Odpowiedziałem mu, że czuję się zaszczycony, ale muszę to przemyśleć. Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie Adam Małysz z propozycją, czy zostanę pierwszym trenerem - mówi Thomas Thurnbichler w długiej rozmowie ze Sport.pl. Nowy trener polskich skoczków zdradza m.in szczegóły planu treningowego, mówi o problemach Kamila Stocha, swoim największym trenerskim sukcesie, czy różnicy zdań w pracy z Andreasem Widhoelzlem.

Piotr Majchrzak: Na początku chciałbym wyjaśnić jedną kwestię. Jak poprawnie wymiać Twoje nazwisko? Wiele osób mówi "Turnbiśler". Ale, patrząc na to, skąd pochodzisz, to raczej powinno się mówić tak, jak się piszę, czyli "Turnbichler".

Thomas Thurnbichler (nowy trener polskich skoczków narciarskich) - Thurnbichler. To nawet mi trudno przychodzi wymówić haha. Ale tak, zdecydowanie Thurnbichler.

Zobacz wideo Analizujemy buty polskich skoczków [Sport Live #9]

Rozmawiałem z kilkoma osobami, które mówiły, że jesteś bardzo otwarty, ale na skoczni się zmieniasz i potrafisz być bezwzględny, twardy i ostry.

- Tak to jest prawda. Nie wiem, jak to powiedzieć, ale jestem bardzo otwarty i podchodzę z otwartym sercem, jeśli widzę, że sportowiec daje z siebie sto procent. Ale gdy widzę, że ktoś nie pracuje odpowiednio, albo jego motywacja spada, to jestem surowy.

Czy jest coś, co Cię zaskoczyło po pierwszym tygodniu w Polsce?

- Tak, media. Są zwariowane na punkcie skoków narciarskich. W Austrii cała uwaga koncentruje się na głównym trenerze i może trzech najlepszych skoczkach. I to wszystko. Ale raczej nic innego mnie nie zaskoczyło. Miałem naprawdę dobry tydzień.

Dużo osób poznało Cię w Krakowie? Zrobiłeś sporo zdjęć?

- Szczerze mówiąc, to nikt mnie nie poznał! Ludzie mnie jeszcze nie znają, więc chyba będziemy musieli coś wygrać, żeby zaczęli mnie rozpoznawać, haha.

Słyszę, że byłeś bardzo pozytywnie odbierany przez skoczków. A jakie Ty masz wrażenia?

- Dla mnie to były bardzo ważne spotkania. Najpierw mieliśmy spotkanie przez internet. Ale chcieliśmy się spotkać najszybciej jak to możliwe przed pierwszym treningiem. Naprawdę dobrze było mieć kontakt, szczególnie z tymi najstarszymi skoczkami. Choć nie chciałbym mówić o najstarszych, a raczej najbardziej doświadczonych. To był bardzo dobry start pracy. Wszyscy dostali podstawowy program na najbliższe tygodnie. Przez ostatnie lata trening był bardzo specjalistyczny, ale musimy wrócić do podstaw. Zawodnicy też są z tego powodu zadowoleni. Jestem szczęśliwy, że wszyscy są bardzo zmotywowani, to były świetne treningi.

Po tych pierwszych tygodniach czujesz, że to był dobry krok? Czy coś udało ci się już zrobić, co będzie pomocne w przyszłości? Albo na przykład zdążyliście już coś zmienić?

- Staraliśmy się odrobinę zmienić system. I dostaliśmy pozytywne odpowiedzi. Chcemy wzmocnić nasze dwie bazy treningowe. Jedną w Szczyrku, drugą w Zakopanem. Potrzebuję więc pomocników, którzy będą odpowiedzialnai za codzienny trening. To nie jest tak, że ja nie będę chciał tego robić. Po prostu nie rozdzielę się na dwa miejsca. Będę bardzo blisko pracował z tymi chłopakami.

Wiem, że niektórzy skoczkowie mają drobne problemy z kręgosłupem i innymi drobnymi kontuzjami. Nie jest to nic wielkiego, ale musimy to brać pod uwagę. Dlatego twierdzę, że tak ważna jest teraz ta praca nad podstawami, którą będziemy implementować. Moim zdaniem to też był powód, dlaczego nie wszyscy byli odpowiednio dobrzy na skoczni.

Pokazywałeś skoczkom pewne rodzaje ćwiczeń. Możesz coś powiedzieć, nad czym będziecie pracować wkrótce?

W tej fazie przygotowań skoczkowie są trochę swoimi szefami. Było najważniejsze, by wszyscy uwolnili swoje głowy od myślenia o trudnym sezonie i odpoczęli. Wkrótce zaczniemy przygotowania oparte na trenowaniu mobilności i stabilności pleców i kolan. Ogólnie pracą nad stabilnością.  To będą bardzo ważne ćwiczenia, które potem przełożą się również na skocznie. Potem wejdziemy w trening wytrzymałościowy, który zawodnicy będą wykonywać około cztery godziny w tygodniu. To będzie fundament przygotowań do sezonu.

W Zakopanem będzie za niego odpowiedzialny Maciej Maciusiak, a w Szczyrku Krzysztof (Biegun - przyp.red) i Krzysiek (Miętus - przyp. red). To będzie taka podstawa, na której później będziemy budować resztę, gdy 2 maja już jako drużyna spotkamy się na oficjalnym starcie przygotowań.

Czy to oznacza, że Krzysztof Biegun i Krzysztof Miętus będą twoimi asystentami w pierwszej kadrze?

- Jest odrobinę za wcześnie, by o tym mówić. Mamy już prawie cały ogląd na to, jak będzie wyglądała drużyna, ale nie wszystko jest w 100 procentach ustalone. 20 kwietnia ogłosimy podział skoczków na kadry. A jeśli chodzi o trenerów, to w dniach 25-27 kwietnia będziemy mieli trenerskie zgrupowanie w Wiedniu. To będzie takie spotkanie, które ma zbudować nasz team. Będzie dużo współpracy w mniejszych grupach. Będę chciał wytłumaczyć wszystkim, jak będzie wyglądała praca, i jak my pracujemy. Jak chcemy, żeby wyglądała komunikacja między trenerami, czy choćby protokołowanie treningów. Po tym spotkaniu zdecyduję, kto będzie moim asystentem, a kto będzie pracować w bazach treningowych. Jedno jest pewne. Maciej Maciusiak będzie trenerem kadry B, a Daniel Kwiatkowski trenerem kadry juniorów.

Poprzedniej zimy w trenerskim świecie było gorąco. Były protesty związane ze sprzętem. Dużo się mówiło o tym, że bardzo agresywnie działał Stefan Horngacher. Szczególnie w kontaktach z FIS-em. Wielu kibiców liczy na to, że nie ustąpisz Horngachrowi zimą i będziesz bronić polskiej drużyny. Jesteś na to gotowy? Przeciwstawisz się Horngacherowi?

- Oczywiście. Myślę, że osobowościowo jestem bardzo podobny do Stefana Horngachera. Zawsze będę bronić polskiej drużyny. Horngacherowi też się postawię. Poprzedniej zimy mieliśmy problemy w skokach związane ze sprzętem. Wiem, że teraz przedstawiliśmy FIS-owi nasze nowe buty. Ale FIS wprowadził kilka przepisów reglamentujących kwestie butów. Czekamy, czy zostaną zatwierdzone, jeśli nie, to będziemy się starać rozwiązać jakoś ten problem i pomyślimy o innych wyjściach.

Z którymi skoczkami pracowałeś w ostatnich latach najbliżej? Tak, że teraz z ręką na sercu możesz powiedzieć: naprawdę mu pomogłem.

- Takim skoczkiem na pewno jest Daniel Tschofenig (mistrz świata juniorów z 2022 roku - przyp red). Przez dwa lata pracowałem z nim codziennie. Jak spojrzysz na jego karierę, to jeszcze trzy lata temu byli od niego lepsi w Alpen Cup (de facto czwarta liga skoków wg. FIS - przyp.red). Teraz jest członkiem drużyny z Pucharu Świata. Tak samo dużo pracowałem z Davidem Haagenem (dwukrotny srebrny medalista MŚJ w ostatnich dwóch latach - przyp. red), Markusem Muellerem (brązowy medal MŚJ 2022 - przyp. red), Eliasem Medwedem. Także z Niklasem Bachlingerem (złoty medalista MŚJ 2021- przyp. red). Z nim mieliśmy trudniejszy sezon tej zimy, ale to się czasami zdarza.

Ostatniej zimy znalazłem także bardzo dobre porozumienie z Manuelem Fettnerem. Nie jest tak, że tylko ja go trenowałem latem, bo mieliśmy kilku trenerów. Ale przez całą zimę pracowaliśmy bardzo blisko i myślę, że wyszło to dobrze.

Może więc nasze obawy, że jesteś za młody dla polskich skoczków są za duże (Thomas Thurnbichler skończy w tym roku 33 lata). Skoro pracując z 37-letnim Manuelem Fettnerem razem zrobiliście dwa medale olimpijskie.

- Zawsze powtarzam, że jeśli sportowiec widzi u trenera wiedzę. I wie też, dlaczego coś robi, to wiek nie jest żadnym problemem. Jestem absolutnie pewny, dlaczego chcę coś zrobić. Jestem pewny siebie. Czasami też słyszę od innych osób, że jestem starszy niż wyglądam.

Rozmawialiśmy w styczniu o formie Austriaków. Wtedy mówiłeś, że jesteście dobrze przygotowani, ale potrzebowaliście więcej czasu na kwestie techniczne. Bo niektóre zmiany dokonane między sezonami były duże i potrzebowały więcej czasu. Czy w Polsce zmiany w technice skoczków będą duże już w pierwszym sezonie? A może Twój sztab zacznie od mniejszych zmian?

- Tak naprawdę nigdy nie wiesz, jak dużo czasu sportowcy będą potrzebować na zaimplementowanie zmian. To zależy od bardzo wielu czynników. W przypadku polskich skoczków na początku naszym celem będzie zbudowanie absolutnie klarownej wizji podstaw skoku. Potem pojedziemy do Wisły na Letnie Grand Prix i zobaczymy, jak ten "podstawowy skok" funkcjonuje również pod presją zawodów. Przede wszystkim będziemy pracować nad pozycją najazdową i pierwszą fazą lotu. Później w środku lata przejdziemy na wyższy poziom trudności. Wtedy bardziej będziemy się koncentrować nad samym wyjściem z progu, ale także drugą fazą lotu. Tak mniej więcej wygląda nasz plan na najbliższe miesiące. Zobaczymy, jak szybko skoczkowie będą to opanowywać, ale mam nadzieje, że będzie to szybko działać.

W okolicach igrzysk olimpijskich usłyszałem z moich źródeł, że Thomas Thurnbichler ma nieco inny plan na austriackie skoki niż Andreas Widhoelzl. Mówiło się o różnicy zdań. Możesz coś o tym powiedzieć? Faktycznie było coś na rzeczy?

- Tak, to prawda. Mieliśmy z Andym inne spojrzenia na wiele rzeczy. Nie chce mówić, że jego pomysły były złe. Po prostu były inne. Zawsze mieliśmy bardzo dobre dyskusje na temat skoków narciarskich. Ale wiesz, on był szefem. To on wyznaczał kierunek, w jakim podążaliśmy. Byłem jego asystentem, dlatego chciałem mu pomagać tak bardzo, jak mogłem. Choć nie byłem z tego powodu szczęśliwy. Mieliśmy jeszcze dużo niewykorzystanego potencjału, a mnie bolało, że nie wykorzystujemy tego potencjału. 

Ale Austriacy chyba chcieli, żebyś został. Słyszałem, że Twoja rola asystenta miała być wzmocniona w kolejnym sezonie. 

- Tak, bardzo chcieli, żebym został. Miałem bardzo dobry kontakt z dyrektorem Mario Stecherem, ktory zatrudniał mnie do kadry juniorów trzy lata temu. Wiedział jak pracuje, a w zeszłym sezonie dostałem propozycję pracy w kadrze A. Zrobiłem to trochę dla niego, bo byłem absolutnie szczęśliwy z juniorami. Ale chyba nie mógłbym dłużej wykonywać tej pracy jako asystent. Dlatego tak bardzo ucieszyła mnie propozycja z Polski. To była dla mnie najlepsza informacja. 

Wszyscy wiemy, że Polska negocjowała z Pointnerem. Ty byłeś w jego planie na Polskę, de facto jako najważniejszy trener. Kiedy pierwszy raz usłyszałeś o tym, że możesz pracować w Polsce?

- Tydzień przed zawodami w Vikersund miałem pierwszy sygnał od Alexa. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy zrobimy to razem. Odpowiedziałem mu, że czuję się zaszczycony, ale muszę to przemyśleć. Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie Adam Małysz z propozycją, czy zostanę pierwszym trenerem. Tak to wyglądało.

Kiedy ostatecznie podjąłeś decyzję, że przejdziesz do Polski? Rozmawialiśmy na początku marca i miałeś świadomość, że jesteś na liście Adama Małysza. Potem były różne perturbacje.

- Przed Planicą byłem pewny, że idę do Polski. Później pojawiło się sporo problemów w mediach, także w drużynie. Ja miałem z kolei bardzo pozytywne rozmowy z austriackim związkiem. Szala trochę przeważyła się na stronę Austrii. Ale w tygodniu po Planicy miałem naprawdę świetne rozmowy z PZN-em. Konkretnie z Adamem Małyszem, Wojciechem Gumnym, Janem Winkielem i Apoloniuszem Tajnerem. Jeśli miałem w głowie jakiś bałagan, to oni szybko go wyczyścili. Przyznam szczerze, przestraszyło mnie to wszystko. Wiadomo, chodziło o przejęcie pozycji głównego trenera. Ale teraz przyznaje, że to wtedy w Planicy wyglądało gorzej, niż jest w rzeczywistości. Tak naprawdę tydzień po Planicy już podjąłem ostateczną decyzję, że idę do Polski.

Zimą jako kadra dostaliście w Austrii kilka szpilek od Alexa Pointnera. Czy zaskoczyło Cię, jak mocne wsparcie dostałeś od Alexa po transferze do Polski? W social mediach zachowuje się nieco jak twój ojciec.

- Haha. To prawda, nieco byłem zaskoczony. Wiedziałem, że Alex dobrze mi życzy, ponieważ często wspominał o mnie w swoich tekstach w gazetach. Mieliśmy dużo pozytywnych rozmów. Wiem, że chciał mnie w swoim sztabie, gdy negocjował z Polską, wtedy zaczęliśmy nieco bliżej rozmawiać. A co do tego, że w social mediach sprawia wrażenie mojego ojca... Dzień przed wylotem do Polski musiałem zostawić swój samochód dość daleko od lotniska. I Alex Pointner powiedział: "hej zjedzmy razem śniadanie i zawiozę Cię na lotnisko". Może dlatego to tak wygląda, haha. Jesteśmy w kontakcie, daje mi dobre rady, więc z nich czasem korzystam.

Okej porozmawiajmy trochę o technice skoku. Właściwie każdy z polskich skoczków ma inny styl skakania. Nie mamy jednej koncepcji w pozycji najazdowej czy w locie, jak na przykład Norwegowie. Każdy jest inny. Będziesz chciał to jakoś ujednolicić?

- Nie będę chciał. Szczególnie w przypadku najstarszych skoczków nie możemy tego zmieniać. To działa już jak automat. Osobiście preferuję bardzo indywidualne podejście do zawodników. Każdy jest inny, ma inną budowę ciała, długość nóg itd. Mam jednak kilka punktów, które są dla mnie bardzo ważne w skoku i nad tym będziemy pracować.

Wiem, że Michal Doleżal zostawił nagrania z ostatniego sezonu. Poznałeś już technikę polskich skoczków? Czy to dopiero przed Tobą?

- Widziałem już kilka nagrań. Oglądałem skoki Polaków na YouTube. W pierwszych dwóch tygodniach najważniejsze dla nas było to, by każdy poznał system pracy. A w kolejnym tygodniu będę się bardzo mocno przyglądał różnym danym z poprzedniego sezonu. To będzie bardzo ważne zadanie, które znajdzie się absolutnie na szczycie mojej listy. Na skoczni pojawimy się jednak dopiero około 19 maja, dlatego mam jeszcze sporo czasu, by się wszystkiego dowiedzieć.

Wielu kibiców zastanawia się, jak trenerzy mogą pomóc Kamilowi Stochowi. Wydaje się, że w ostatnim czasie miał sporo problemów z tym, że nie wytrzymywał presji w konkursach. To zaskakujące, bo mówimy o niezwykle doświadczonym skoczku. Jednym z najlepszych w historii. 

- Widziałem, że Kamil poprzedniej zimy miał bardzo duże wahania formy. Ale to jest kwestia, o której mówiłem wcześniej. Jeśli nie masz odpowiednio jasnej bazy. Jeśli wiesz, że nie wszystko funkcjonuje w Twoim skoku, to odbija się to na odporności psychicznej. Wiesz, że nie możesz wtedy popełnić błędu. Ale jeśli jesteś bardziej pewny swojej bazy, masz więcej pewności siebie i łatwiej jest to przenieść na skocznię. Dlatego w przypadku Kamila musimy przede wszystkim popracować nad stabilnością pozycji najazdowej i wszystko inne będzie funkcjonowało lepiej.

Statystyki mówią jasno, że Kamil Stoch od kilku lat dużo gorzej skacze w konkursach niedzielnych. Do tej pory trenerzy nie odpuszczali mu np. serii treningowych. Kamil ma w tym roku 35 lat. Może po prostu nie wytrzymuje fizycznie. Masz pomysł, jak mu pomóc?

- Przyznam, że nie wiedziałem tego wcześniej. Ale to bardzo ciekawe, co mówisz. Przyjrzę się temu dokładnie. Myślę, że będziemy mu w stanie pomóc nawet przy tym problemie. Na pewno najpierw z nim porozmawiam. Będę chciał poznać jego punkt widzenia i dobrze się temu przyjrzę.

Nie boisz się o kwestię sprzętu? W ostatnich latach mieliśmy Doleżala, który był ekspertem od kombinezonów. Wiem, że twój asystent Mathias Hafele to ekspert w tej dziedzinie, ale musicie wykonać dużo pracy, by poznać upodobania skoczków. Znaleźć np. pasujące materiały i kroje. Kiedy zaczniecie pracę nad sprzętem?

- Już zaczęliśmy pracę. Nie produkujemy jeszcze kombinezonów, ale zajmujemy się wszystkim wokół. Porównujemy i sprawdzamy firmy produkujące materiały. Zobaczymy, z którą będziemy współpracować. Przygotowujemy też nasz system krojów i produkcji kombinezonów. To zabierze dużo czasu, by znaleźć idealny krój dla każdego ze skoczków, ale mamy na to czas aż do zimy. Lato jest przede wszystkim potrzebne na przygotowanie formy. Wtedy kombinezony nie są potrzebne. One mogą dać nam ostatni szlif na zimę. Wiem, że Mathias Hafele jest znakomity, jeśli chodzi o kombinezony. Moim zdaniem jest najlepszy na rynku. Pracuje przy tym bardzo długo i zimą będziemy mieli znakomite kombinezony.

Polacy trochę narzekali na stroje zimą. 

Moim zdaniem Polacy poprzedniej zimy mieli bardzo dobre kombinezony. Zawsze jest jednak tak, że gdy masz problemy w drużynie, to wszyscy zaczynają szukać przyczyn w sprzęcie. Dokładnie tak samo mieliśmy dwa lata temu w Austrii. Wtedy wszyscy patrzą na swoje stroje, a nie na skoki. Ale tak już jest.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.