Największy sukces Stali od 28 lat. "Wydarzenie większe od wizyty Bidena"

Dawid Szymczak
Trener nie ocenia piłkarzy, a prezes chce poprowadzić klub jak hurtownię z kablami, z której zrobił międzynarodowe przedsiębiorstwo. Stal Rzeszów to fenomen. Już gra najodważniejszą piłkę w Polsce, a za dwa lata chce być w ekstraklasie i walczyć o europejskie puchary. Fantazja? "Trzy lata temu też tak pomyślałem. Teraz wierzę, bo dotychczas wszystko się sprawdza" - mówi Piotr Głowacki, kapitan zespołu.

Marzenia, ambitne plany i wzniosłe idee - tak. Ale najważniejsi w klubie są ludzie. Fizjoterapeuta, który przyjmie o drugiej w nocy, jeśli między meczami w Suwałkach i Krakowie są tylko trzy dni przerwy. Asystent trenera, który wyśle indywidualne analizy na wczoraj, jeśli tylko poprosisz. Dyrektor sportowy, który przed chwilą sam siedział w szatni, więc rozumie i nie zamyka się w gabinecie. Magazynier, który wszystko uszykuje i zawsze się uśmiechnie. Prezes, do którego nie musisz się umawiać, tylko dzwonisz nawet w piątek wieczorem, a on rzuca wszystko i pomaga ci rozwiązać problem. I trener, który nie ocenia poszczególnych zagrań, nie karze za błędy, na meczach milczy, a na konferencjach prasowych stoi murem za zespołem, bo tak obiecał na początku.  

Zobacz wideo Kluczowy dzień dla przyszłości Lewandowskiego. "Na czerwono w kalendarzu"

Już dwa lata temu Bogusław Leśniodorski, były właściciel Legii Warszawa, zwrócił uwagę na Stal Rzeszów. W "Kanale Sportowym" powiedział, że warto ten klub obserwować, bo ma ręce i nogi, ciekawe pomysły i rozsądnego prezesa. - Są na dobrej drodze, by za kilka lat stać się bardzo znaczącym ośrodkiem sportowym - zapowiadał. Gdy rozmawiamy w czwartek w ogóle nie jest zaskoczony, że Stal wita się już z pierwszą ligą. - Są tam, gdzie prezes Kalisz mówił, że będą. 

Czyli na pierwszym miejscu w II lidze, z dziesięciopunktową przewagą nad Chojniczanką Chojnice i szansą, by już w najbliższym meczu z Ruchem Chorzów przyklepać awans. Matematyka musi potwierdzić to, co od dawna widzą oczy - że przerastają tę ligę, grając najodważniejszą i najatrakcyjniejszą piłkę na centralnym szczeblu w Polsce. Chwilami wręcz brawurową, bo mając remis i jednego piłkarza mniej, atakują i chcą wygrać. Trener nie powstrzymuje. Ma zasadę, że na boisku decydują piłkarze, a on się nie wtrąca. Na wejście do ekstraklasy dają sobie dwa sezony, ale nie ukrywają, że dobrze byłoby pewne rzeczy przyspieszyć i awansować już w przyszłym roku. Są gotowi. - Warunki już od dawna mamy ekstraklasowe. A może i lepsze - zapewniają piłkarze otrzaskani na najwyższym poziomie.

Pini Zahavi i Robert Lewandowski współpracują od 2018 r.Szefowie Bayernu mają alergię na agenta Lewandowskiego. "Robert nie rozumie biznesu"

Z klubem, jak z hurtownią kabli

- A dlaczego miałbym nie poprowadzić tego jak mojej firmy? - pytał niektórych zawodników Rafał Kalisz, prezes i właściciel Stali. Najczęściej, gdy nie byli jeszcze przekonani, że klub z trzeciej lub drugiej ligi to dobre miejsce dla nich - ekstraklasowiczów i pierwszoligowców. Kalisz, odkąd w 2018 r. przejął klub, podkreślał, że za sześć lat chce być w ekstraklasie. Dał sobie dwa lata na każdy awans. Otwarcie też mówił, że marzy mu się gra w europejskich pucharach. Słyszeli to piłkarze, których starał się pozyskać, jak trzykrotny mistrz Polski Patryk Małecki, jak Sławomir Szeliga, mający 171 meczów w ekstraklasie, czy wzięty ze Stali Mielec Andreja Prokić, ale też dziennikarze i kibice. A gdy zauważał pobłażliwe uśmiechy, podawał przykład z firmą. 

Fibrain był rodzinną hurtownią elektryczną, a dziś jest międzynarodowym przedsiębiorstwem, które wyspecjalizowało się w kablach światłowodowych i dostarcza produkty do blisko sześćdziesięciu krajów, na każdy kontynent świata. Z dwóch pracowników zrobiło się ponad 1300. Stal, którą przejmował, przegrywała z Cosmosem Nowotaniec, była trzecioligowym średniakiem, miała kilku pracowników i budżet sekcji piłkarskiej wahający się między jednym a dwoma milionami złotych. Dzisiaj jedną nogą jest już w I lidze, zatrudnia blisko dwieście osób i ma budżet 14-16 milionów.

"Złote dziecko" niemieckiego futbolu na zakręcie. "Może skończyć w polskiej lidze"

Obserwowali trenera kilka lat i testowali w filialnym klubie. Zdał test zgodności  

Na porównania do Rakowa Częstochowa, który poniekąd wyznacza drogę wszystkim klubom z niższych lig, wywalczającym kolejne awanse i chcącym lada moment namieszać w czołówce ekstraklasy, nikt się w Stali nie zżyma. Kopiować nie chcą, pomysł mają swój, ale sami dostrzegają podobieństwa. Po prostu, jeśli chcesz profesjonalnie i rozsądnie prowadzić klub, pewne rzeczy będziesz robić podobnie. Swoją drogą to smutne, że wystarczy poprzedzić wybór trenera obserwacją i dokładną analizą, kreślić wieloletnie plany i wyznaczać cele z roku na rok, by być ewenementem porównywanym do Rakowa, który w taki sam sposób przekonywał się do Marka Papszuna i zaszedł do ekstraklasy. Ale w wielu polskich klubach rozmowa rekrutacyjna przed obsadzeniem najważniejszych stanowisk wciąż nie jest standardem. Trwa łapanka.

Tymczasem w Stali obserwowali trenera Daniela Myśliwca przez kilka lat, a i tak zanim go zatrudnili, to dali mu jeszcze do poprowadzenia filialną Wólczankę Wólka Pełkińska, grającą w niższej lidze. I sprawdzali, jak obchodzi się z młodymi piłkarzami i czy gra wystarczająco ofensywnie. Bo właśnie ofensywną grę i stawianie na wychowanków zapisał w wymaganiach prezes Kalisz. 36-letni trener je spełnił.

Młody jest też dyrektor sportowy. Jarosław Fojut jeszcze rok temu sam biegł po boisku. - Wydaje mi się, że prezes ściągając mnie do klubu, miał już w głowie plan, jak mnie zagospodaruje, gdy skończę karierę - przyznaje. I ma rację. Kalisz szukał dyrektora, który zna standardy z porządnych europejskich klubów i ma ambicję, by podobne wdrażać w Polsce. W Stali chcą uciekać od tego co typowe. Dlatego też trener Myśliwiec nigdy nie ocenia boiskowych zachowań swoich piłkarzy.

- To znaczy, że żaden zawodnik w naszej drużynie nigdy nie usłyszał, że coś zepsuł albo zrobił źle. Nigdy nie został posadzony na ławce za to, że popełnił błąd. Trener nigdy nie wyciągnie do analizy mojego złego przyjęcia albo pudła napastnika. Przecież wiadomo, że chciał trafić, więc co to da? "Następnym razem masz uderzyć celnie!" - no świetna rada. Na meczach też nikt z naszej ławki nie krzyczy. Trener i jego asystenci są cicho, bo chcą, żebyśmy sami podejmowali decyzje. Nikt mi nie mówi, że teraz mam podać po linii, a w następnej akcji zejść do środka. Sam mam to wiedzieć, dzięki treningom. Skoro moi koledzy zachowują się w określony sposób, to wiem, że w tym miejscu boiska musi być wolna przestrzeń. Mogę tam podać, ale nie muszę. Mogę wymyślić coś innego - wyjaśnia Piotr Głowacki, kapitan zespołu, który w 2019 r. przechodził do trzecioligowej Stali, mimo że rozegrał 132 mecze w I lidze i akurat miał za sobą udaną rundę w Stomilu Olsztyn. - Miałem wątpliwości, bo to jednak zejście o dwa poziomy, ale gdy tu przyjechałem, porozmawiałem z prezesem i dyrektorem, to wiedziałem, że tutaj niedługo będzie I liga, a może coś więcej - mówi. 

- Nawet grając w Stali Mielec, mieszkałem w Rzeszowie, bo stąd jest żona. Znałem chłopaków ze Stali i z bliska wiedziałem jak ten klub się rozwija - przyznaje Andreja Prokić, drugi najlepszy strzelec zespołu. - Miałem oferty z I ligi, ale ten projekt, wydawał mi znacznie ciekawszy. Słyszałem, kto jeszcze ma tutaj przyjść i jakie są wieloletnie plany. Dzwoniliśmy do siebie z tymi chłopakami, którzy mieli tu trafić i rozmawialiśmy. Wszystko się zgadzało. Pytałem też chłopaków, którzy już tutaj byli, jak to wygląda od środka i wypowiadali się bardzo dobrze o prezesie, dyrektorze i trenerze. Mówili, że dostali to wszystko, co mieli obiecane. Finansowo i organizacyjnie. Nigdy nie zostali oszukani. To ważne.

Bartłomiej Drągowski może trafić do Atalanty"Drągowski ma potencjał, by zostać jednym z pięciu najlepszych na świecie"

Tylko 1/4 budżetu idzie na pierwszy zespół. Prezes ma inne oczko w głowie

Na pewno Rafała Kalisza nie łączy z Michałem Świerczewskim, właścicielem Rakowa, kibicowska przeszłość i miłość do klubu. Owszem, Kalisz kocha piłkę, ale fascynował się Milanem van Bastena, Gullita i Rijkaarda, a na meczach Stali pojawiał się tylko okazjonalnie. Sam lepiej niż z piłką czuł się na parkiecie. W młodości wygrywał wojewódzkie konkursy taneczne. Zainwestował w Stal, bo chciał zrobić coś pożytecznego dla Rzeszowa i całego Podkarpacia. Stworzyć klub, jakiego mu brakowało. - W tym wypadku chodziło o społeczny projekt. O fakt, że jesteśmy stąd, że chcieliśmy zrobić coś pożytecznego dla ludzi, dla dzieci, by miały okazję oglądać widowiska na coraz wyższym poziomie, a przy okazji nabierać ochoty do trenowania piłki nożnej. Miasto mocno nas namawiało do tego pomysłu, więc postanowiliśmy w to wejść. Oczywiście, polepszenie wizerunku firmy też ma swoje znaczenie - mówił w wywiadzie dla "Biznes i styl". 

Większość budżetu Stali idzie na akademię (10-12 mln z 14-16). Trenerzy latają na staże do Lizbony, Porto, Zagrzebia, Dortmundu i wszędzie, gdzie dobrze się szkoli. Młodzi piłkarze ostatnio pojechali do Gdańska, gdzie przeszli kompleksowe badania genetyczne, by trenerzy poznali ich predyspozycje do uprawnia sportu, odnoszenia kontuzji czy zachorowań. Z kolei rodziców klub zaprasza na spotkania z psychologami sportowymi i trenerami mentalnymi, by wiedzieli, jak skutecznie wspierać swoje dzieci w dążeniu do profesjonalnego uprawiania piłki. Od lokalnych dziennikarzy słyszmy, że Stal staje się na Podkarpaciu akademią pierwszego wyboru. Coraz częściej najzdolniejsi chłopcy nie idą do Stali Mielec, Resovii Rzeszów czy Karpat Krosno, ale właśnie do Stali Rzeszów. Potwierdza to największa w historii akademii liczba powoływanych piłkarzy do młodzieżowych reprezentacji Polski i na organizowane przez federację zgrupowania dla najmłodszych. 

W przyszłości wychowankowie mają stanowić o sile klubu. A żeby dorastali w komfortowych warunkach, Kalisz planuje wybudować w podrzeszowskiej Boguchwale ośrodek treningowy za ponad 80 mln zł. Teren jest już wybrany, projekt też gotowy od kilku lat. Boisk ma być jedenaście - osiem naturalnych, trzy ze sztuczną murawą. Do tego baza i wszystko, czego potrzebuje pierwsza drużyna i akademia. Ale ostatnio o budowie mówią w klubie trochę mniej. Jak słyszymy, wpływ na to miała pandemia. Właściciel części ziemi na razie blokuje klubowi ich całkowite przejęcie, dlatego sztywnego terminu nikt nie odważy się podać. Jeden z pracowników niezobowiązująco rzuca, że będąc w ekstraklasie taką bazę dobrze byłoby już mieć. - Do wbicia łopaty zostało może parę miesięcy, a może dwa lata. Do końca nie wiemy. Chcemy przejąć tereny, uzyskać odpowiednie zgody i od razu ruszyć z budową, ale pewnych formalności nie możemy przyspieszyć - mówi Mateusz Maciejewski, dyrektor akademii.

Soczi, 24 lutego 2017 r. Porucznik Jelena Isinbajewa przed ceremonią otwarcia 3. CISM World Military Winter Games w Ledyanoi Kub Arena. Pierwszy z prawej rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu, obok - ówczesny premier Rosji Dmitrij Miedwiediew.Porażająca prawda ws. "wykluczenia" Rosjan. "Pupilka Putina" i jej banda działają w najlepsze

Trener, ambicja, swoboda

Stal Rzeszów wróci na zaplecze ekstraklasy po 28 latach tułaczki po niższych ligach. Dlatego sobotni mecz z Ruchem Chorzów, w którym może ten awans przyklepać, sam klub zapowiada jako "najważniejsze wydarzenie w XXI". Kibice żartują, że przy tym spotkaniu chowa się nawet niedawna wizyta Joe Bidena. A gdy prosimy naszych rozmówców o wyjaśnienie, co doprowadziło do tego sukcesu, najczęściej wspominają o trenerze z rzadko spotykanym podejściem i niezwykłej wręcz swobodzie, którą pozostawia piłkarzom oraz o ambicji - całego klubu i poszczególnych zawodników. Kadra oparta jest na piłkarzach około trzydziestki, którzy mają ostatnią szansę, by awansować do ekstraklasy i jeszcze przez kilka lat nacieszyć się grą na najwyższym poziomie. A uzupełniają ją młodzi zdolni, dla których gra w Stali może być rozbiegiem do naprawdę dużej kariery. To pozwala podtrzymać w całej drużynie ambicję. - W drugiej lidze walczysz o swoje sportowe życie. Idziesz w górę i cały czas grasz profesjonalnie albo spadasz i poważna piłka się kończy - mówi Prokić.

Jeden z zawodników przyznaje, że to pierwszy klub, w którym nie spotkał żadnego lesera. Trener daje z siebie wszystko i jest zawsze przygotowany, dyrektor pracuje do późna, prezes jest zaangażowany, koledzy nie odpuszczają na treningach. Zresztą, Myśliwiec zaczął pracę od znalezienia tych najambitniejszych. Zorganizował gierki, w których piłkarze mieli cały czas wzajemnie się pressować. To sposób gry, który trener bardzo lubi, ale który kosztuje mnóstwo sił. Kto już ich nie miał, a dalej starał się gonić za rywalem, zasługiwał, by zostać w drużynie.

O Danielu Myśliwcu od dłuższego czasu słyszeliśmy dobre opinie. Że innowacyjny, oryginalny i kochający ofensywną piłkę. Jacek Magiera, u którego był analitykiem w legijnych czasach, powiedział mu nawet, że jego pomysły są tak autorskie, że musi realizować je sam i w roli asystenta mu się nie przyda. Wylądował w III lidze. W Lechii Tomaszów Mazowiecki i Wólczance Wólka Pełkińska łączył efektowną grę i dobre wyniki. Tak zapracował na szansę w Stali Rzeszów. Zaczął w lutym 2021 r. od porażki 1:5 z rezerwami Lecha Poznań i już w kwietniu musiał odpowiadać na pytania, czy poda się do dymisji. Zachowywał spokój, nie zmienił stylu, wciąż pozwalał piłkarzom "wyrażać siebie" na konferencjach powtarzał, że drużyna robi postępy, a winę brał na siebie, czym jeszcze bardziej irytował kibiców. Tamten sezon poświęcił na jak najlepsze poznanie drużyny, nauczenie jej nowego sposobu pracy i stylu gry. Skończył na 10. miejscu, dwa punkty za barażami. Mimo rozczarowania brakiem awansu, kapitan zespołu powtarzał mu, że wskoczyłby za nim w ogień. I nie skakałby jedyny. To samo mówi dziś Patryk Małecki.

Na zewnątrz trwały jednak dywagacje, czy zostanie zwolniony. Kluczowe było zaufanie, jakim obdarzył go prezes i Jarosław Fojut, który najlepiej wiedział, jak pracuje Myśliwiec, bo dopiero co zmienił strój na dyrektorski garnitur. Kalisz i Myśliwiec rozmawiali niemal przed każdym meczem. Trener mówił, nad czym zespół pracował w ostatnim tygodniu, co chce zrobić w meczu i co może pójść nie po myśli. Prezes słuchał, a później dokładnie to widział na boisku. I dlatego latem, zamiast trenera, odeszli piłkarze, którzy nie pasowali mu do koncepcji, a w ich miejsce przyszli ci, na których umówił się z dyrektorem sportowym. Zatrybiło od razu - Stal wygrała pierwszych sześć meczów i już po miesiącu rozgrywek miała sześć punktów przewagi nad następnym zespołem. Zdominowała II ligę absolutnie - do tej pory wygrała 20 meczów, 5 zremisowała i tylko 2 przegrała.

Flavio Paixao (z prawej) i Marco Paixao grając w Lechii często mieli okazję do wspólnej radościMarco Paixao zawieszony. Odciął się od brata, chciał uciekać. Upadek "króla Izmiru"

Podejście Daniela Myśliwca. "Młodzi trenerzy przyjeżdżają na staże i nie wierzą"

- Jest inny niż reszta trenerów, u których byłem - mówi Prokić. - Dopiero tutaj się spotkałem z tym, że Patryk Małecki może biegać, gdzie chce i nie wprowadza to chaosu w naszej grze. Ja też mogę gdzieś zagrać, ale nie muszę. Trener pokazuje jakiś schemat, dzięki czemu wiem, gdzie będzie ustawiony mój kolega, ale nie muszę mu podawać. Nikt nie będzie na mnie z boku krzyczał. Napastnik zostanie z tyłu, a obrońca włączy się do ofensywy? Okej, takie podjęli decyzje. Mamy oczywiście pewne rzeczy, których się trzymamy, ale nigdzie nie spotkałem takiej dowolności. Trener uważa, że gdyby rządził zawodnikiem, toby go ograniczał. Swoboda ponad wszystko - uśmiecha się.

- Nawet nie wiesz, jaką to daje pewność siebie. Wychodzisz na boisko i wiesz, że trener w ciebie wierzy. Ufa ci, że podejmiesz dobrą decyzję. Na ścianie w szatni mamy napisane dwa hasła: "KOMUNIKACJA" i "SZCZEROŚĆ". To znaczy, że trener może ci wszystko powiedzieć, ale ty jemu też. Nie boisz się być szczerym, bo nie jesteś oceniany. Jeśli powiesz, że w jakimś pomyśle się nie odnajdujesz, to nie usiądziesz za karę na ławce - mówi Piotr Głowacki. - Już poprzedni trener, Janusz Niedźwiedź, który dzisiaj jest w Widzewie Łódź, dał mi bardzo dużo. Zmienił mi pozycję i bardzo rozwinął, za co jestem wdzięczny, ale relacja z trenerem Myśliwcem jest inna. Głębsza. Jak będzie cieplej, to znowu zaczną się drużynowe grille, na których spotykamy się całymi rodzinami. I wtedy nie rozmawiamy jak piłkarz z trenerem, tylko jak przyjaciele - dodaje.

- Pierwszy raz spotkałem trenera, który tak często pytałby piłkarzy, jak chcą grać i co chcą robić na boisku. Zawsze chce poznać naszą opinię i podyskutować. Niczego nie narzuca. Przekazuje informacje i jakieś wskazówki, ale nawet jak tego nie zrobimy w meczu, to nie ma do nas pretensji. Mówi: "To wy gracie mecz, wy decydujecie". Nie wiem, czy tak samo będzie, jak przestanie nam hulać, ale wątpię, bo to nie tylko ciekawy trener, ale też ciekawa postać. Doskonale wie, czego chce i jak to osiągnąć. W ogóle nie interesuje go to, co się dzieje na zewnątrz. Jest wielu trenerów, którzy mówią na konferencjach to, co kibic chce usłyszeć, by później poklepał ich po plecach. Myśliwiec mówi to, co myśli. To samo w szatni, co później mediom. Jest szczery - podkreśla Prokić

Najlepiej podejście Myśliwca pokazuje jego wypowiedź przed meczem z Ruchem. - Najważniejsze mecz stulecia? Wystarczy wypuścić piłkarzy i czekać, co pokażą. Nie chcę robić nic więcej, bo pamiętam poprzedni mecz z Ruchem. Też prestiżowy, bo było to spotkanie lidera z wiceliderem, też przy wielu tysiącach kibiców, też przy kamerach telewizji. I ja tej wyjątkowości uległem i chciałem jakoś zaznaczyć swoją obecność. Za bardzo narzuciłem piłkarzom swoją strategię i swój pomysł. Bardziej ich zablokowałem niż pomogłem, dlatego muszę teraz wyciągnąć wnioski i być mniej analitycznym, a bardziej optymistycznym. Wiem, że piłkarze mogą nie tylko wygrać, ale też zagrać przyjemnie dla kibiców - powiedział.

A gdy kolejny dziennikarz zapytał, czy piłkarze powinni grać ofensywnie, Myśliwiec mu przerwał. - Oni niczego nie powinni, niczego nie muszą. Ale bardzo chcą - uśmiechnął się. 

Myśliwiec dorobił się już opinii dobrego psychologa. Piłkarze nazywają to "czuciem drużyny". O co chodzi? Na przykład o takie zachowanie, jak na konferencji po wygranym 3:0 meczu z Pogonią Siedlce, gdy zostawił dziennikarzy ze swoim asystentem.

- Chciałem tylko powiedzieć, że sztab trenerski równie mocno jak piłkarze pracuje na miejsce, w którym jesteśmy. W tym tygodniu byłem na kursie UEFA Pro, więc z drużyną spędziłem tylko jeden dzień i po prostu niczego nie zdążyłem zepsuć. Uznałem, że byłoby nie fair, gdybym teraz podpinał się pod sukces moich piłkarzy i mojego sztabu, dlatego zostawiam państwa z Karolem Zniszczołem, przedstawicielem sztabu. Jednocześnie gratuluję sztabowi tego zwycięstwa. Bo to ich zwycięstwo i piłkarzy - powiedział i ruszył do drzwi. A gdy jeden z dziennikarzy poprosił chociaż o krótką ocenę spotkania, zapewnił: "Karol wie o tym meczu więcej ode mnie".

Ale awans do I ligi będzie już zasługą ich wszystkich.

Więcej o: