Tuż po ostatniej akcji wygranego 3:2 półfinału olimpijskiego Tomasz Fornal padł na kolana, a po chwili położył się na boisku i dłuższą chwilę nie podnosił. Potem jeszcze w drodze do siatki pochylił się na chwilę. To w tle cieszących się kolegów był wymowny obrazek. Być może obrazek tego meczu. Czy było w tym wszystkim więcej emocji, czy zmęczenia - to wie on sam. Ale patrząc na przebieg meczu, to on w dużym stopniu sprawił, że ostatecznie mecz na kolanach kończyli rywale.
Fornal zdobył w tym pięciosetowym spotkaniu 14 punktów, co przy 25 "oczkach" Wilfredo Leona może się wydawać nie aż tak efektownym dorobkiem. Ale to pozory. Bo większość punktów zdobywanych przez przyjmującego warta była co najmniej dwa punkty.
Idol nastolatek i kadrowy żartowniś - taką łatkę miał Fornal w 2022 roku, gdy drużynę przejął Nikola Grbić. Ale 27-latek już wtedy pokazywał, że na swoje miejsce w reprezentacji zasłużył świetną grą. Tyle że nie miał zbyt wielu okazji do prezentowania jej.
Przez dwa lata szkoleniowiec Biało-Czerwonych stosował wobec niego - jak mówili nieraz żartobliwie kibice - zimny chów. Bo przyjmujący grał pierwsze skrzypce w Jastrzębskim Węglu i świetnie się spisywał w kadrze, gdy już dostawał szanse. Grbić jednak konsekwentnie w wyjściowym składzie stawiał na innych. W pierwszym roku na duet Kamil Semeniuk - Aleksander Śliwka, a w drugim w miejsce tego pierwszego pojawił się Wilfredo Leon. A Fornal? Wciąż był złotym rezerwowym. Co pokazywał m.in. podczas mistrzostw świata 2022 i w finale Ligi Narodów 2023.
Ten zimny chów dotyczył zresztą nie tylko czasu gry. Zdarzało się nieraz, że słynący ze skłonności z zamiłowania do żartów i wygłupiania się siatkarz był "gaszony" przez mającego opinię surowego na treningach trenera. Pamiętam jak po jednym z ważnych meczów zawodnicy zebrali się na środku i Fornal cieszył się z czegoś jeszcze. Grbić jednym gestem pokazał mu, że koniec radości, bo ma coś do powiedzenia. Siatkarz też nieraz w wywiadach opowiadał, jak groźne wrażenie robi Serb.
- Niektórzy się wręcz trenera boją - mówił mi w maju z uśmiechem. Z jednej strony żartował, ale też widać było, że ma wielki szacunek dla mistrz olimpijskiego z Sydney.
W tym sezonie rola Fornala w drużynie narodowej się zmieniła. Wreszcie ze złotego rezerwowego zmienił się w podstawowego gracza. Zapracował na to znów świetną grą, ale też trzeba dodać, że wcześniejsi pewniacy trenera - Śliwka i Semeniuk - nie mogli odzyskać formy. W ostatnich tygodniach przed igrzyskami więc Fornal wyrósł na bezsprzecznego lidera. Nie tylko robił swoje w ataku, ale tradycyjnie wiele wnosił w obronie i bloku. Czasem też dokładał asy.
- Trzeba go owinąć folią bąbelkową - pisali żartobliwie internauci przed igrzyskami. I jak na ironię, podczas pierwszego meczu grupowego z Egiptem to właśnie on doznał urazu kostki. Czekając na diagnozę, zastanawiano się, czy jeszcze zagra w Paryżu. Okazało się, że jedynie podkręcił kostkę i bo intensywnych sesjach rehabilitacji już w kolejnych dwóch meczach był ostrożnie przywracany do gry przez Grbicia. A w ćwierćfinale ze Słowenią i środowym półfinale dawał z siebie tyle, że trudno sobie wyobrazić tę drużynę bez niego.
To także on mobilizował kolegów w trudnych momentach, kiedy wydawało się, że finał olimpijski szybko się oddala. Kończył trudne i ważne piłki, a do tego w swoim stylu spoglądał dłużej na rywali przez siatkę, próbując im pokazać, że Polacy się nie poddają mimo kolejnych kłopotów zdrowotnych. I dopiął swego. Bo później jeszcze kilkakrotnie mógł zostać bohaterem tragicznym, gdyby mimo jego ofiarnej gry ten dreszczowiec skończył się przegraną. Ale dopiął swego i został superbohaterem.