Sport.pl

Matias Favano - drugi Argentyńczyk w historii Lecha Poznań

- Gra w Europie od dawna była moim marzeniem. W Poznaniu chcę osiągnąć dobrą formę, pokazać się - mówi Favano, 25-letni defensywny pomocnik rodem z Argentyny. - Właśnie takiego gracza nam trzeba - twierdzi trener "Kolejorza" Czesław Michniewicz
- Proszę nie pisać, że ważę 90 kg, bo takie informacje znalazłem w polskich gazetach. Niech pan zobaczy, przecież nie jestem grubasem. Ważę 80 kg - mówi Matias Favano. Argentyńczyk trafił do Lecha kilka dni przed wyjazdem poznaniaków na obóz do Turcji. W sparingach wyróżniał się szczupłą sylwetką. Koledzy z drużyny nazwali go wtedy Helguera - to od nazwiska reprezentanta Hiszpanii, Ivana Helguery, zawodnika Realu Madryt. Favano jest do niego bardzo podobny.

Namówił mnie Maciek

Argentyńczyk został piłkarzem "Kolejorza" trochę przypadkowo. Z końcem poprzedniego roku wygasł jego kontrakt z ojczystym klubem Deportivo Espanol Buenos Aires. - Argentyńczyk, który gra w Arisie Saloniki, polecił mnie działaczom tego klubu. Dostałem od nich bilet lotniczny, zapewniono mi hotel w Salonikach. Trenowałem z Arisem przez trzy tygodnie, grałem w sparingach. Przeszedłem nawet testy medyczne, wszystko było OK i miałem podpisać kontrakt w Grecji roczny kontrakt. Nie wiem, co się stało, ale nie doszło to do skutku - opowiada o swojej pierwszej przygodzie w Europie. - Potem mój menedżer zadzwonił i spytał, czy nie chciałbym pograć w Polsce. Zgodziłem się. Najpierw trafiłem do Cracovii. Jednak jeszcze w Grecji Maciek Murawski [Favano pokazuje zdjęcia z byłym piłkarzem Lecha w jego domu w Salonikach] namawiał mnie, żebym jechał do Lecha, że to klub z wielką historią i fanatycznymi kibicami. Jego zdanie było dla mnie ważne - wyjaśnia Favano.

Grać jak Mauro

W Poznaniu szybko spodobał się trenerowi Michniewiczowi. Jeszcze przed wylotem do Antalyi Favano podpisał z Lechem roczny kontrakt z opcją przedłużenia na kolejne dwa lata. W ten sposób został drugim Argentyńczykiem w dziejach klubu z Bułgarskiej. - Matias jest innym piłkarzem niż Dario Rodriguez, którego miałem okazję trenować. Tamten był może i niezły technicznie, ale zbyt wolny - wspomina były zawodnik i trener, a obecnie dyrektor sportowy Lecha Andrzej Strugarek. - Zobaczymy, jak Favano będzie się rozwijał. Na razie pokazał się z dobrej strony - dodaje.

Latem 2002 r. Lech testował argentyńskiego napastnika Hernana Ocamposa. - Był w Poznaniu? Tak, znam go wysoki napastnik, dobrze gra głową. Z klubu Gimnasia La Plata - opisuje rodaka Favano. - Szkoda, że nie został w Lechu, bo może byśmy się spotkali.

A tak Argantyńczyk z Lecha może w ekstraklasie spotkać się tylko z Mauro Cantoro z Wisły Kraków. - Słyszałem od chłopaków, że Mauro jest silnym punktem Wisły i chcą, żebym grał tak jak on. W końcu występujemy na tej samej pozycji - mówi Favano. - On grał mało w Argentynie, szybko wyjechał do Włoch. Taka jest zresztą tendencja, że piłkarz zagra dobrze przez jeden sezon i już odchodzi do zagranicznego klubu. Wielu wyjeżdża do Europy.

Pechowa kontuzja

Transfer na Stary Kontynent był też marzeniem Favano. - Wszyscy piłkarze Ameryki Południowej chcą wyjechać do silnych lig Włoch, Hiszpanii. Moim marzeniem też były występy w Europie i teraz stworzyła się okazja, by tu grać. Nie traktuję Polski jako przystanku do dalszej kariery. Przede wszystkim chcę osiągnąć dobrą formę, pokazać się. Pragnę pograć w jednym klubie dłużej niż rok - podkreśla Argentyńczyk. Dotychczas często zmieniał kluby. W Deportivo Espanol spędził tylko sześć miesięcy. - Wcześniej miałem pecha. Z Club Atletico Platense [w klubie tym występował kiedyś David Trezeguet - przyp. red.], w którym debiutowałem w ekstraklasie, chciała mnie kupić Gimnasia La Plata. Grałbym wtedy ze słynnymi Cufre czy Salvą. Niestety doznałem kontuzji nogi, leczyłem się cztery miesiące i oni wzięli na moją pozycję Gonzaleza, który dziś występuje w Lazio Rzym - mówi Favano.

Potem Argentyńczyk grał w Urugwaju i Chile. - Z zespołem Universidad Concepcion zakwalifikowaliśmy się do Copa Libertadores, to odpowiednik Champions League. Wtedy grałem przeciwko Ivanovi Zamorano. Na mecze największych klubów z tych krajów: Colo Colo, Universidad Catolica, National czy Penarol przychodzi po 50 tys. ludzi. W Ameryce ludzie są zwariowani na punkcie futbolu. Gdy wygrywasz, kochają cię, ale gdy ci nie idzie, to... Nie potrafią tego zrozumieć - twierdzi 25-letni piłkarz. - Wiem, że Lech ma jednych z najlepszych kibiców w Polsce. W poprzednim sezonie zespół zdobył Puchar Polski, a teraz musi walczyć o utrzymanie się w lidze. Mam nadzieję, że kibice nie są fanatykami.

Halo, Tele-pizza?

Favano nie bez obaw przyjechał do Polski. - Wszędzie widziałem śnieg. Gdzie się nie rozejrzałem, było biało. W Argentynie miałem kilku znajomych, których przodkowie wyemigrowali z Polski. Koledzy mówili, że w waszym kraju jest zimno i długo leży śnieg. Okazało się, że to prawda. Byłem przerażony. W Buenos Aires zimą temperatura spada do zera. W Polsce było minus dziesięć stopni! Brrr... - opowiada.

- Na początku marca przyjedzie do mnie z Argentyny moja dziewczyna Monika. Zobaczymy, czy mnie pozna. Bo zawsze nosiłem długie włosy, ale ściąłem je w Grecji - śmieje się Favano. Wtedy też piłkarz ma dostać wynajęte przez klub mieszkanie. Dotychczas mieszkał z "Ibo" Savanehem, z którym rozmawia po angielsku. Razem dzielą też pokój w hotelu w Side. - Ibo bardzo mi pomógł. Pokazał mi Poznań, wszędzie mnie oprowadzał i wiele tłumaczył. Gotował... - Tak, gotowałem - "Ibo" przykłada składa dłoń na kształt słuchawki telefonu i przykłada ją do ucha. - Halo, Tele-pizza? - śmieje się. - Nie, nie, robi świetny sos do spaghetti - podkreśla Favano.

Bońka pamiętam

Argentyńczyk na razie nie mówi po polsku. - Znam tylko słowa "dziękuję bardzo", "dzień dobry", "jestem", "jeden", "dwa", "trzy". Po powrocie do Polski chcę brać lekcje polskiego, bo na razie kompletnie nie rozumiem, co trener mówi na odprawach. - Musisz dużo słuchać i starać się jak najwięcej mówić po polsku - podpowiada Savaneh, który robi szybkie postępy w nauce polskiego. - Na boisku mówię przecież: "podaj", "idź", "czas", "plecy" - twierdzi Favano.

Dzięki "Ibo" piłkarz z Ameryki Południowej ma już niezłe rozeznanie w polskim futbolu. - Wiem, że kiedyś odnosiliście duże sukcesy międzynarodowe, mieliście dobrą reprezentację, a teraz polskie zespoły mają nawet problem, by zakwalifikować się do Ligi Mistrzów. Pamiętam jednego waszego piłkarza. Grał w Juventusie. Boniek! Z Platinim byli świetni, grali o Puchar Interkontynentalny z Argentina Juniors - mówi Favano. - Sytuacja w argentyńskim futbolu jest podobna do tej w Polsce. Większość klubów musi sprzedawać piłkarzy, by przetrwać. Po kryzysie gospodarczym, który dotknął nasz kraj, futbol jest biedny. Mam kolegę, który w Velez Sarsfield, a to jeden z lepszych klubów Argentyny, zarabia 3 tys. dolarów miesięcznie. Myślę, że da się porównać zarobki piłkarzy w mojej ojczyźnie do tych w Polsce. Może u was zarabia się ciut więcej - kończy Favano.



Matias Ezequiel Favano - jest Argentyńczykiem, w lipcu skończy 25 lat. Ma 187 cm wzrostu, waży 80 kg. Przed przyjazdem do Polski występował w swojej ojczyźnie w Club Atletico Platense, urugwajskim Racingu Montevideo, Universidad Concepcion z Chile oraz Deportivo Espanol Buenos Aires. W styczniu tego roku był na testach w Arisie Saloniki. Potem trafił do Polski. Idolem Argentyńczyka jest jego rodak Fernando Redondo. Favano ma siostrę i młodszego, 18-letniego brata, który właśnie zaczyna przygodę z futbolem.



dla "Gazety"

Czesław Michniewicz

trener Lecha Poznań

Takiego zawodnika jak Matias nam potrzeba. Gra jako defensywny pomocnik, ale może też występować z prawej i lewej strony boiska, nie robi mu to różnicy. Nie przetrzymuje zbyt długo piłki, potrafi odegrać precyzyjnie bez jej przyjmowania. Ma bardzo dobre warunki fizyczne, dobrze gra głową, potrafi też groźnie uderzyć z dystansu.

Na razie jest w trudnym momencie, bo brakuje mu dokładności, którą wcześniej imponował. Ale robimy to świadomie, ciężko trenujemy, bo to zaprocentuje w lidze. Moim zdaniem Matiasa stać na wiele. Kłopoty z komunikowaniem się szybko znikną. Gdy coś źle robi, chłopaki zwracają mu uwagę po polsku, więc może się uczyć.

DZIŚ KOREAŃCZYCY

Ebrahim Savaneh i Paweł Bugała wczoraj tylko truchtali podczas porannego treningu. W popołudniowym w ogóle nie wzięli udziału. Obaj są poobijani po czwartkowym meczu z Rabotnickim Skopje. Trener Michniewicz dał też wczoraj odpocząć na drugich zajęciach Maciejowi Scherfchenowi i Rafałowi Lasockiemu, którzy zagrali z Macedończykami pełne 90 min i byli przemęczeni.

Nie wiadomo na razie, czy cała czwórka będzie mogła zagrać dziś z koreańskim zespołem Bucheon SK. Lech zagra ten sparing na wyjeździe, opuści bowiem Side i uda się do pobliskiego Belek.

Niemal pewne jest, że we wtorek poznaniacy zmierzą się z Terekiem Grozny. W piątek, w ostatnim dniu tureckiego zgrupowania, rywalem Lecha będzie Szeriff Tyraspol.