Jagiellonia zremisowała z Widzewem

Siedem kolejek, żadnego zwycięstwa, trzy punkty - to bilans piłkarzy Jagiellonii. Wczorajszy mecz z Widzewem nie różnił się bardzo od kilku poprzednich. Białostoczanie znowu prowadzili. Jak zwykle nie wykorzystali kolejnych okazji bramkowych. I w końcu pomylili się w defensywie

- Nie mamy wyjścia. Remisu nawet nie bierzemy pod uwagę - mówił "Gazecie" przed spotkaniem Jacek Chańko. To samo powtarzali inni podopieczni trenera Adama Nawałki, którego w końcu nie zabrakło na ławce rezerwowych. Od września bowiem oficjalnie opiekuje się zespołem Jagiellonii.

Poprzeczka i rehabilitacja

Spotkanie było wyrównane. Piłkarze Widzewa, wśród których nie brakuje rosłych zawodników, przede wszystkim szukali swojej okazji do zdobycia bramek w stałych fragmentach gry i strzałach z dystansu. Gospodarze próbowali za to rozegrać składną akcję od środka boiska, którą mogliby zakończyć skutecznym uderzeniem z naprawdę dogodnej pozycji.

Pierwsi zagrozili bramce łodzianie. W 4. min Rafał Szwed uderzył bardzo silnie z rzutu wolnego z około 35 metrów i Łukasz Załuska ratował się wybiciem piłki za boisko. Kilka minut później Rafał Pawlak o mały włos a zdobyłby gola bezpośrednim uderzeniem z rzutu rożnego. Znowu, jak w poprzednim meczu Jagiellonii w Polkowicach przy podobnej sytuacji, nie popisał się Załuska. Nie zdołał wybić tej piłki, ale tym razem ta wylądowała na poprzeczce. Młody bramkarz naszego zespołu zdołał się później zrehabilitować. Najpierw odbił silny strzał z około 15 metrów Piotra Plewni (na szczęście uderzył w środek bramki). Następnie - już po zdobyciu gola - wspaniale obronił mocne uderzenie piłki głową przez Pawlaka po dośrodkowaniu Plewni z lewej strony boiska. Aż do 86. min to była najlepsza okazja gości do zdobycia wyrównującego gola.

W końcu rozklepali

Białostoczanie pierwsze zagrożenie pod bramką Widzewa też stworzyli po stałym fragmencie gry - po dwóch rzutach rożnych egzekwowanych w 29. min. Boris Pesković nie złapał dośrodkowanej piłki i Adrian Napierała miał przed sobą pustą bramkę. Nie zdążył jednak dobrze złożyć się do uderzenia głową i Radosław Michalski wybił piłkę za linię końcową. Po kolejnym dośrodkowaniu z rogu boiska mocno strzelał głową Jacek Markiewicz, niestety, niecelnie.

W końcu piłkarze Jagiellonii "rozklepali" defensywę rywali. Akcję zainicjowali Robert Speichler i Markiewicz. Ten drugi zagrał piłkę do Tomasza Pawlaka, który odegrał mu ją szybko w pole karne. Markiewicz mógł już lobować wybiegającego z bramki Peskovicia, ale wypatrzył nadbiegającego Pawła Sobolewskiego, który spokojnie skierował piłkę do siatki.

W drugiej części meczu łodzianie starali się atakować większą liczbą zawodników. Mieli jednak trudności z rozegraniem składnej akcji ofensywnej. Raz za razem wrzucali więc piłkę w pole karne gospodarzy. Innej metody na zdobycie wyrównującego gola po prostu nie mieli. Najwyraźniej liczyli na jakieś zamieszanie przed bramką Załuski, które wraz z upływającym czasem stawało się coraz większe. Przez długi okres jednak zawodnicy Widzewa nie mogli nawet oddać strzału. Jedyną próbą było niecelne uderzenie Paschala Ekwueme w 55. min. A wszystko oczywiście zaczęło się od dośrodkowania i próby przewrotki Radosława Becalika. Co prawda nieudanej, ale piłka trafiła do Nigeryjczyka.

Marnowane kontrataki

Przed Jagiellonią otworzyła się szansa na przeprowadzenie skutecznego kontrataku. Okazji ku temu, by podwyższyć wynik na 2:0, było kilka. W 53. min Sobolewski, jak dzieci, usadził na murawie Pawlaka i Adriana Klepczyńskiego. Piłka trafiła przed pole karne do nadbiegającego Markiewicza. Niestety, jego uderzenie było niecelne. Podobną okazję zmarnował też Sobolewski po podaniu Ernesta Konona.

Później w roli głównej wystąpił właśnie najświeższy nabytek białostoczan - Konon - który latem starał się także o zatrudnienie w Widzewie. W 75. min z lewej strony boiska podawał mu Chańko. Napastnik gospodarzy uderzeniem lewą nogą przeniósł piłkę nad poprzeczką. Trzy minuty później dla odmiany z prawej strony dogrywał Mariusz Dzienisa i Konon strzelał prawą nogą. Tym razem wprost w bramkarza.

- Nie wiem, jak mogłem zmarnować tę okazję - stwierdził samokrytycznie Ernest Konon. - To jakaś tragedia.

Błąd, jak zwykle

Każdy, kto śledzi losy białostoczan w tym sezonie, powinien obawiać się o końcówkę tego spotkania. I w końcu stało się. Po kolejnym już dośrodkowaniu łodzian w 86. min Szwed posłał piłkę do bramki. Ta jak zaklęta odbiła się od jednego słupka, drugiego i zatrzepotała w siatce.

- Ktoś wyskoczył w polu karnym do głowy, poszła przebitka i piłka wylądowała przede mną - relacjonował Szwed. - Była taka trochę niewygodna, bo się kręciła, ale miałem półtora metra do bramki. Jakbym nie strzelił, to byłby znak, że trzeba powiesić buty na kołku.

- Do tego momentu, jakoś udało się nam wybijać te wszystkie dośrodkowania - tłumaczył kolejny debiutant w zespole białostockim, Robert Kolasa. - Niestety, jeden głupi błąd zniweczył całą naszą ciężką pracę do tej pory. Musimy popracować nad stałymi fragmentami gry. Nie możemy się temu tak biernie przyglądać.

- Nie wiem, co się dzieje z nami w ostatnich minutach - martwił się Pawlak, który zagrał w drugiej lidze po raz pierwszy po kontuzji. - Znowu tracimy frajerską bramkę. Czy jesteśmy rozluźnieni, czy brakuje już sił? Nie wiem, czy ktoś w ogóle zna odpowiedź.

JAGIELLONIA BIAŁYSTOK 1 (1)

STRZELCY BRAMEK

Jagiellonia: Paweł Sobolewski (39., głową po dośrodkowaniu Jacka Markiewicza).

Widzew: Rafał Szwed (86.).

SKŁADY

Jagiellonia: Załuska - Zalewski, Napierała, Kolasa Ż, Tupalski - Dzienis (85. Żuberek), Markiewicz, Speichler, Chańko, Sobolewski - Pawlak (60. Konon).

Widzew: Pesković - Pawlak Ż, Klepczyński, Szwed, Kubik (61. Rybski) - Bednar, Becalik (84. Lewandowski), Michalski, Plewnia - Caldwell, Ekwueme (80. Fabich).

Sędziował (jako główny): Robert Setla (Katowice). Widzów (około): 3000.