Justyna Kowalczyk: Ten medal to wielkie szczęście

Justyna Kowalczyk była uznawana za faworytkę czwartkowego biegu na 10 km. Ona sama gorąco temu zaprzeczała. - Nie miało być żadnego medalu... To panowie go sobie wymyślili i próbowali we mnie wmusić. Było przynajmniej dziesięć bardzo silnych dziewczyn i ten medal to wielkie szczęście, że go zdobyłam - mówiła dziennikarzom na mecie

Trener: Miał być medal? Jest. Ale go nie obiecywaliśmy ?

Robert Błoński: Do brązowego medalu olimpijskiego dorzuca pani brąz na MŚ.

Justyna Kowalczyk: I jeszcze w poprzednim sezonie byłam trzecia w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wynika z tego, że lubię brąz. Mam nadzieję, że niedługo będę jeszcze wyżej.

Bardzo jest pani szczęśliwa?

- Po prostu, szczęśliwa. Bieg był na świetnym poziomie, bardzo szybki. Po czasach nie ma co go oceniać, bo wszystko zależy od trasy i pogody. Zjazdy były szybkie, można było zrobić coś głupiego.

Miał być medal i jest...

- Nie, nie miało być... Ta panowie go sobie wymyślili i próbowali we mnie wmusić. Było przynajmniej dziesięć bardzo silnych dziewczyn i ten medal to wielkie szczęście, że go zdobyłam. Rywalizacja była ogromna. Po ostatnich dwóch wygranych na 10 km klasykiem powiedziałam, że Saarinen jest bardzo emocjonalna i będzie gryzła śnieg, żeby się zrewanżować. To są po prostu świetne zawodniczki. Ona i Kuitunen, obojętne co by się nie działo, są niezwykle silne. To, że wygrałam z Virpi to jest w ogóle sukces. One były faworytkami, niezależnie od tego kto wygrywał wcześniej. Przyjechałam tu jako jedna z faworytek, ale było nas kilka. Ale to ja mam ten medal i już. Acha...Może jeszcze postaram się o więcej tutaj w Libercu.

Co pani powie o biegu?

- Strasznie ciężki, przez prawie pół godziny każda z nas walczyła o każdy ułamek sekundy, o każdą dziesiętną... Taktyki nie było żadnej. Od początku do końca każda zasuwała, ile sił w nogach i rękach. Teraz wiem, że zaczęłam trochę za nerwowo. Start był najtrudniejszym momentem. Sporo polskich kibiców, ich doping, powiewające flagi skrępowały mi ruchy. Nie wystartowałam za szybko, tylko emocji było za dużo... Dopiero jak zbiegłam za stadion, wszystko wyregulowałam. Ale za te początkowe metry zapłaciłam brakiem sił na finiszu. Z Polski już dostałam mnóstwo wiadomości, że kibice szykują się na bieg łączony. "Dziś nie mogliśmy, bo pracowaliśmy. Jesteśmy w sobotę" - pisali. Nie przyjeżdżają, czekam!

To gdzie mają się ustawiać?

- Tam, gdzie im będzie najlepiej dopingować. To nie ich wina, że we czwartek byli na stadionie, tylko moja że nie umiałam wyłączyć emocji na starcie.

Największa flaga dzisiaj na stadionie była biało-czerwona z napisem "Kasina Wielka".

- A, jakżeby mogło być inaczej. Rodzina była na stadionie i cieszyła się razem ze mną.

Wróćmy do biegu. Jak spojrzy pani na wyniki, to...?

- ...to wszystko było bardzo blisko. Nie wiedziałam, że Virpi była za mną tylko niespełna siedem sekund. Liczyły się cztery zawodniczki, a różnice były minimalne. Tak jest na MŚ. Tu w formie są wszyscy.

Skoro jest tak równo, to co decyduje o wygranej?

- Głowa i narty. Nigdy nie wiadomo, kto czym posmaruje. Ale dziś było widać, że wszystkie mieliśmy posmarowane jednakowo. Decydowała głowa, ja wystartowałam zbyt emocjonalnie i osłabłam na koniec, ale nie na tyle by stracić medal.

Trasa pani odpowiadała?

- Skoro zdobyłam medal, to tak. Warunki były dla mnie, pogoda... Po prostu świetnie. Nartki też kapitalnie posmarowane. Chłopaki się spisali. Poza tym zdobyłam medal. Informacje o tym, co się dzieje, miałam właściwie przez cały czas. Pierwszą informację dostałam już po 200 metrach.

Na finiszu sekundy szybko nam płynęły...

- Mnie też... Ostatkiem sił doleciałam do mety. Martwiłam się, co się dzieje z Kuitunen. Ona potrafi bardzo szybko finiszować. Ale miałam informację. I pomyślałam sobie na ostatnich metrach: "dobra zdążę, muszę zdążyć". I zdążyłam. Tak to się rozegrało.

Po tym medalu odsapnie trochę psychicznie w kontekście kolejnych startów?

- O nie... Panowie, na razie nie myślę o kolejnych występach. W sobotę bieg łączony, a dzisiaj załatwiłam sobie, że w przyszłym tygodniu nie startuję w sprincie. Powiedzieliśmy sobie z trenerem, że jak będzie medal, to sprinty odpuszczamy. Fajnie, że się udało i na szczęście nie będę musiała się denerwować.

Na igrzyskach w Turynie też była pani uważana za jedną z faworytek na 10 km, a skończyło się omdleniem. Tutaj poradziła sobie pani ze stresem. Mimo, że presja była większa.

- Ktoś mi w środę ładnie powiedział: "harowałaś przez wiele miesięcy jak wół i wtedy może dwie-trzy osoby się tobą interesowały. A teraz nagle zjawiły się ich tu dziesiątki, więc olej to wszystko". I tak zrobiłam, wyłączyłam się zupełnie od tych oczekiwań.

Medal olimpijski i MŚ są identycznego koloru. Jeszcze jakieś podobieństwa?

- Nie. W Turynie sprawiłam wielką niespodziankę, tutaj - jako faworytka - znalazłam się na podium.

Saarinen czekała na pierwszy, indywidualny medal, aż do ukończenia 30. roku życia.

- A 34-letnia Walentyna Szewczenko jeszcze się nie doczekała, a przecież jest w wielkiej formie. Marianna Longa biega świetnie od pół roku. Na podium PŚ wskoczyła dopiero miesiąc...

Ten sezon jest wyjątkowy. Mimo, że do końca dziewięć startów w PŚ pani już ma więcej punktów niż po całym poprzednim sezonie w którym zajęła trzecie miejsce.

- Wtedy więcej dziewczyn zmieniało się na podium. Było ich około dziesięciu. Teraz praktycznie cztery rozgrywają Puchar między sobą [Saarinen, Majdić, Kowalczyk i Kuitunen - rb].

Po tym medalu zejdzie z pani presja w kontekście kolejnych startów?

- Na razie o nich nie myślę. Medalem załatwiłam sobie, że we wtorek nie startuję w sprincie. Powiedzieliśmy sobie z trenerem, że jak będzie medal, to sprinty odpuszczamy. Fajnie, że się udało i nie będę musiała się denerwować. Bo sprinty to nerwy.

Chcieliśmy też zapytać panią o tragiczną wieść, która dotarła do nas w środę wieczorem... Zmarła Kamila Skolimowska.

- Ja dowiedziałam się dopiero po biegu. Zadzwoniłam do domu, do brata i on mi o tym powiedział. Bardzo mi przykro, odszedł wielki człowiek, wielka sportsmenka... Cóż więcej powiedzieć? To niewytłumaczalne! Odejść w takim momencie? Okrutne jest to życie. I to życie sportowca, który powinien być zdrowy, silny... I taką Kamila się wydawała. Nagle przyszedł na nią koniec. Nie wiadomo, skąd, jak i dlaczego. Dobrze, że ta wieść nie dotarła do mnie przed startem. Od razu bym się zasmuciła. Skoro trafiło się to jej, to i każdemu z nas może się to przytrafić.

Brąz Kowalczyk w biegu na 10 km ?

Więcej o: