Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Czekali na deszcz pieniędzy. Koronawirus zepsuł wszystko. "Staliśmy się branżą klęski"

Francuski rząd nie tyle zamknął ligę piłkarską, ile ją zatrzasnął - z hukiem, i tak, żeby rozdyskutowane towarzystwo z klubów dostało po palcach. Teraz radzi, żeby inne kraje zrobiły to samo. Łatwo powiedzieć: we Francji piłka nigdy nie była bogiem.

To miało być dla francuskich klubów takie piękne lato. Z nadejściem deszczu pieniędzy, który będzie padać na Ligue 1 przez najbliższe cztery sezony. Wreszcie liga francuska miała posmakować, co to znaczy zarabiać z praw telewizyjnych ponad miliard euro rocznie. Miliard i 153 miliony – tyle wywalczyła sobie za każdy sezon w latach 2020-2024. W kończącym się właśnie kontrakcie ma tylko 726,5 mln euro rocznie. Wielką podwyżkę zawdzięcza temu, że do walki o prawa włączył się nowy gracz, hiszpańskie Mediapro, i usunął w cień Canal Plus, wiernego partnera ligi od ponad 30 lat.

Zobacz wideo Zbigniew Boniek szczerze o tym, kto zapłaci za testy na koronawirusa dla piłkarzy ekstraklasy

Ligue 1 miała wreszcie poczuć, że będzie trochę bliżej największych lig Europy. Bo niby jest zawsze wymieniana w piątce największych, ale jednak trochę jak piąte koło. Jako liga, w porównaniu do wielkich rywali, sprzedająca a nie kupująca, liga Paris Saint Germain i reszty. Kraj piłkarskich mistrzów świata, kraj który wymyślił europejskie puchary i inne piłkarskie rozgrywki. Ale jeśli chodzi o liczbę zdobytych Pucharów Europy, to kraj stojący w szeregu ze Szkocją, Rumunią i byłą Jugosławią, daleko za Portugalią, Holandią, o Niemczech, Anglii, Włoszech i Hiszpanii nie wspominając. Francja nigdy nie oszalała tak na punkcie futbolu jak jej sąsiedzi, futbol nie był tu nigdy świętą krową, piłkarze bardzo długo nie byli celebrytami. A od klubów przez dziesięciolecia wymagano jakiejś społecznej misji, stowarzyszania ludzi, a nie robienia biznesu.

Francuzi właśnie odzyskują część swobód, a liga musi się zamknąć i nawet nie zna daty powrotu

Od wtorku 28 kwietnia jest już jasne, że nie będzie pięknego lata. Będzie bardzo nerwowe. Mało tego, że nie wiadomo, kiedy się uda znów grać w piłkę i kiedy ten deszcz pieniędzy będzie mógł zacząć padać, to jeszcze pewnie nie uda się wyrwać ostatniej transzy pieniędzy za obecny sezon, aż 244 mln euro, bo Canal Plus zapowiedział już wcześniej, że kasjerem francuskiej piłki nie będzie i zapłaci tylko za to, co wyemitował, podobnie stacja BeIN Sports. Francuska Ligue 1 została właśnie przodownikiem wśród pięciu największych lig, ale nie tak jak chciała: jako pierwsza z nich zakończyła sezon. I to w mało chwalebnych dla niej okolicznościach. Ligowa spółka (LFP) i federacja piłkarska rozpisywały właśnie protokoły dokończenia ligi, prezesi klubów kłócili się o scenariusze awaryjne, wstępny plan zakładał powrót do treningów 11 maja, a do gry 17 czerwca, cztery dni wcześniej miał zostać rozegrany finał Pucharu Francji PSG - Saint Etienne. I nagle premier Edouard Philippe wylał kubeł zimnej wody. - Dokończenie sezonów w zawodowym sporcie nie będzie możliwe – powiedział we wtorek przed Zgromadzeniem Narodowym, prezentując plan stopniowego uwalniania Francji z bardzo rygorystycznego lockdownu. Kraj będzie od 11 maja uwalniał, a sport zawodowy zamknie: żadnych meczów do sierpnia, nawet za zamkniętymi drzwiami, a do września zakaz wydarzeń gromadzących co najmniej 5 tysięcy osób. I jeszcze dodał, że dokończenie sezonu nie będzie możliwe "zwłaszcza w futbolu".

Z późniejszych przecieków z ministerstwa sportu wynikało, że to właśnie tak mocno miało wybrzmieć: żeby wybić z głowy dyskusje, alternatywne plany, szukanie luk. Szef francuskiej federacji piłkarskiej Noel Le Graet (do niego, oraz do selekcjonera Didiera Deschampsa, prezydent Emmanuel Macron zadzwonił dzień wcześniej, uprzedzając ich o podjętych decyzjach) jeszcze tego samego dnia powtórzył za premierem: to koniec sezonu. Pierwszy raz w historii liga francuska została przerwana, klubom pozostało tylko ustalenie, czy będzie przyznane mistrzostwo, kto zagra w pucharach, czy będą spadki i awanse. Prezesom klubów przyszło dyskutować o warunkach wyprawienia pogrzebu sezonowi 2019-2020 akurat w tych godzinach tuż po orędziu, gdy Francuzi sprawdzali, co im wreszcie będzie wolno po tych trudnych tygodniach, gdy mogli wychodzić z domu tylko raz dziennie, nie dłużej niż na godzinę, nie dalej niż kilometr od miejsca zamieszkania, i przed każdym wyjściem musieli sami sobie wystawiać zaświadczenie, do ewentualnej kontroli przez policję. Zaświadczenie można było sobie wyciąć z gazety, wydrukować w domu, albo wygenerować w aplikacji w telefonie, ale musiało być, na wypadek kontroli.

Rząd krytykowany za niedostatek testów, TGV przerabiane na pociągi sanitarne 

Od 11 maja wiele ograniczeń zniknie, w zamian za konieczność założenia maseczki w konkretnie wyliczonych sytuacjach. Dzieci będą stopniowo wracać do przedszkoli i podstawówek, a sport będzie można uprawiać już bez limitu czasowego, w grupie maksimum 10 osób, w promieniu 100 km od domu, przy bieganiu i kolarstwie zachowując odstęp do 10 m. Ale ten powrót sportu nie dotyczy sportów halowych i sportów kontaktowych. Jaki jest plan ich powrotu, rząd zapowie najpóźniej 2 czerwca. Zapowiedział też, że zadba by masek nie zabrakło dla nikogo – bo wcześniej był mocno krytykowany za niedobory środków ochrony. Specjaliści wytykali władzom, że krajowy zapas maseczek stopniał w ostatnich latach z ponad miliarda do 150 milionów, bo rząd miał pilniejsze potrzeby, poza tym uznał, że zapasy można szybko uzupełnić zamówieniem z Chin. Nie przewidział tylko co zrobić, jeśli Chiny będą z powodu epidemii zamknięte do odwołania. - To były absurdalne decyzje i teraz widzimy efekt - komentował w rozmowie z "New York Timesem" Philippe Juvin, szef oddziału ratunkowego szpitala Georgesa Pompidou w Paryżu. Francja znalazła się wśród pięciu państw z największą liczbą zakażeń na świecie, a jeśli chodzi o wskaźnik śmiertelności, to ma trzeci najwyższy na świecie. W najbardziej krytycznym momencie epidemii szpitale na wschodzie Francji były tak obłożone, że część pacjentów wysłano do Niemiec, a część do szpitali na zachodzie kraju, korzystając w najbardziej pilnych przypadkach z transportu superszybkimi pociągami TGV przerobionych doraźnie na karetki na szynach. 

Teraz rząd obiecuje nie tylko maseczki dla wszystkich, ale też 700 tysięcy testów tygodniowo – bo wcześniej władze były krytykowane, że testów jest za mało, w raporcie OECD z połowy kwietnia Francja była w liczbie testów na 1000 mieszkańców nawet za Turcją. Robiła ich na 1000 mieszkańców średnio 5,1 (Turcja 5,3), a Niemcy ponad 17. Francja ma też bardziej sumiennie sprawdzać historię kontaktów osób zakażonych. Bo to też był zarzut wobec rządu: dlaczego Korea Południowa przyłożyła się do śledzenia historii zakażeń uczestników zgromadzenia religijnego, które stało się jednym z rozsadników epidemii w tym kraju, a Francja zlekceważyła śledzenie zakażeń uczestników wielkiego protestanckiego zgromadzenia religijnego w Miluzie (zebrali się tam w lutym wierni Chrześcijańskiego Kościoła Otwartych Drzwi), nawet gdy już stało się jasne, że to spotkanie przyczyniło się do powstania jednego z największych ognisk choroby. Do tego doszły kontrowersje związane z wyborami lokalnymi, które nie zostały odwołane mimo koronawirusa. 

Prezydent Emmanuel Macron, oskarżany o zbagatelizowanie zagrożenia w pierwszych tygodniach, źle wypadający w sondażach, od pewnego momentu przeszedł do kontrofensywy. Zmobilizował do walki z wirusem wojsko, a rząd wprowadził obostrzenia, tak duże że historyk z Sorbony Pierre Vermeren nazwał je "średniowiecznymi metodami". A nawet w średniowieczu, mówił Vermeren w "NYT", podczas zarazy obejmowano kwarantanną miasta, a nie zamykano cały kraj, jak zrobiła Francja. 

Teraz rząd daje sygnał, że już panuje nad sytuacją, i może już dać obywatelom więcej swobody. Ale miejsca dla futbolu w tej nowej codzienności po 11 maja nie znalazł. I jeszcze tego samego wieczoru dziennik "Le Parisien" poinformował, że minister sportu Roxana Maracineanu rozmawia z ministrami sportu innych krajów, żeby też zamknęli swoje ligi, a prezydent Macron miał ją w tym wspomóc telefonami do przywódców tych państw.

Willy Sagnol: Nie ma co porównywać sytuacji Ligue 1 i Bundesligi, Niemcy lepiej sobie poradzili z koronawirusem niż Francja

To wszystko działo się tego samego dnia, gdy premier Hiszpanii Pedro Sanchez ogłosił, że od poniedziałku 4 maja piłkarze mogą wrócić do ograniczonych treningów: do sześciu na boisku, według indywidualnej rozpiski, bez prysznica na obiekcie, ale mogą trenować, mimo że minister zdrowia uprzedził: nie mogę zagwarantować, że liga wróci tego lata. W Anglii rząd też raczej przychylnie patrzy na projekt Restart, czyli powrotu Premier League najpierw do treningów od 18 maja, a do grania od 8 czerwca. W Niemczech decyzje mają być ogłoszone 6 maja, że szef Borussii Dortmund Hans Joachim Watzke powiedział już, że powrót Bundesligi będzie "certyfikatem jakości niemieckiego zarządzania kryzysem, wywołanym przez koronawirusa". Rząd Francji przekonuje rządy innych krajów, żeby też dały sobie spokój z futbolem, a Willy Sagnol, który lata spędził w Bayernie, mówi w wywiadzie, że nie ma co zrównywać sytuacji: Bundesliga może wrócić, bo Niemcy lepiej sobie poradzili z koronawirusem niż Francja. Nie był to dzień chwały, delikatnie mówiąc.

Żaden rząd nie potraktował swojej ligi tak bezceremonialnie jak Francja. Nawet rząd włoski, choć tamtejszy minister sportu Vincenzo Spadafora jest za tym żeby kończyć sezon, myśleć o następnym i musi odpowiadać na zarzuty, że uwziął się na Serie A. Nawet premier Holandii, jedyny który zamknął ligę w swoim kraju szybciej niż Francuzi, dodał przy ogłaszaniu decyzji, że mu przykro, ale musi tak zrobić. A francuska minister sportu dzień po ogłoszeniu końca ligi przejechała się publicznie po środowisku piłkarskim i po jego biznesowym otoczeniu. – Widzieliśmy telewizje odmawiające wypłaty reszty pieniędzy, prezesów klubów, który patrzą tylko na własne korzyści, piłkarzy którzy nie dbają o potrzeby swoich klubów. Musi być jakaś empatia, kryzys nakłada na każdego taką konieczność. Zawodowy futbol nam tej empatii nie pokazał – mówiła Maracineanu, kiedyś znakomita pływaczka, grzbiecistka, wicemistrzyni olimpijska z Sydney. I, mówiąc o braku empatii, nie miała na myśli tylko prezesa Olympique Lyon Jeana Michela Aulasa, którego drużyna przy takim modelu zakończenia ligi nie dostanie się do europejskich pucharów (jest siódma), więc Aulas proponował dogranie sezonu w formie play-off, w sierpniu. A teraz zapowiada pozwy o odszkodowanie, bo jego plan został odrzucony, mimo że szef Lyonu powysyłał już listy w tej sprawie i do rodzimej federacji i do UEFA, rozpisał plan play-offów, a granie w piłkę uważa za mniej ryzykowne podczas pandemii niż jazda metrem, a przecież stacje metra się wkrótce zapełnią.

Piłkarze PSG nie zgodzili się na obniżki pensji, choć prezes wzywał ich publicznie do zrobienia gestu

Decyzje zarządu ligi musi jeszcze potwierdzić walne zgromadzenie klubów, ale tu już raczej nie uda się nic zmienić. - We wtorek staliśmy się branżą klęski. Jak branża lotnicza i turystyczna – mówił jeden z prezesów klubów Ligue 1, w "Le Monde", zastrzegając anonimowość. – Krew z nas wypływa i nie mamy gwarancji, że w sierpniu uda się wrócić do gry. Możemy przeżyć dwa miesiące, ale nie pięć. Będą wnioski o bankructwo – ostrzegał. W czerwcu skończy się okres tymczasowego bezrobocia, dzięki któremu kluby mogły przynajmniej oszczędzić na składkach na ubezpieczenie społeczne. Niby jest wynegocjowana umowa o obniżce pensji ze związkiem piłkarzy, ale na razie tylko ramowa. Jedynie Rennes wprowadziło ją już w życie. Największy płatnik w lidze, PSG, nie przekonał piłkarzy do obniżek. – Oczekuję, że zrobią jakiś wysiłek dla klubu – mówił szef klubu Nasser al Khelaifi w wywiadzie dla RMC, próbując zawstydzić piłkarzy. Ale niewiele to zmieniło w rozmowach dyrektora Leonardo z reprezentującymi drużynę Thiago Silvą i Marquinhosem.  

Minister sportu te wypowiedzi o "wykrwawiających się" klubach skwitowała w wywiadzie dla RTL zapewnieniem, że o przeżycie futbolu jest spokojna. Rząd zresztą obiecał klubom gwarancje, gdyby musiały sięgnąć po kredyty na czas bez gry. Nie jest też tak, że wszystkim w Ligue 1 zależy na grze do końca. "New York Times" pisał po rozmowach z przedstawicielami ligi, że mniejsze kluby nie palą się do grania, bo z pieniędzy które są do wzięcia z TV w ostatniej transzy i tak najwięcej dostałyby najbardziej medialne kluby. Julien Fournier, dyrektor sportowy OGC Nice, przekonuje, że upieranie się przy powrocie do gry nie ma sensu: bez kibiców futbol będzie innym sportem, transmisje z takich meczów mogą obniżyć przyszłą wartość produktu, a do tego dziwaczny kalendarz odrabiania zaległości narażałby piłkarzy na kontuzje, a kluby przez to - na brak zaplanowanych już przychodów z transferów.

A Bernard Caiazzo, szef AS Saint-Etienne, mówi że jemu się nawet nie chce teraz słuchać, kto spadnie, kto awansuje, kto się gdzie zakwalifikuje i ile straci. - Wstydzę się, gdy to słyszę. Najważniejsze jest, żeby nasi współobywatele przeżyli – zapewnia Caiazzo. I mówi, że są teraz dwie opcje. Albo Anglia, Niemcy, Hiszpania i Włochy dokończą sezon, zasilą sobie klubowe kasy i będą się śmiać z Francuzów, że stchórzyli. Albo zaczną dokańczanie sezonu, ale będą musieli się poddać. I wtedy pośmieją się Francuzi.

Przeczytaj także: