Amerykańscy szowiniści robili wszystko, by Polska nie miała najlepszego dnia w historii swojego sportu

Było buzi-buzi z prezydentem Kwaśniewskim. Był prezes, który kazał się wynosić z wioski. I byli amerykańscy szowiniści. Równo 24 lata temu, 21 lipca 1996 roku, na igrzyskach w Atlancie był taki dzień, który można uznać za najlepszy w historii całego polskiego olimpizmu.

"Zaczerpnijcie powietrza. Polska, naród nieprzyzwyczajony do olimpijskich uniesień, jest liderem klasyfikacji medalowej po dwóch dniach zmagań" - pisała amerykańska agencja Associated Press. - Poważnie? Znalazł pan taki uczciwy tekst? - dziwi się Andrzej Wroński. - Przecież ci amerykańscy szowiniści na biegu zmieniali zasady klasyfikowania ekip, żeby tylko oni byli na pierwszym miejscu, a nie my - dodaje dwukrotny mistrz olimpijski.

Zobacz wideo

Prezydent niezrozumiany

Wroński na igrzyskach w Atlancie zdobył dla Polski złoto numer cztery. Pierwszego dnia "Mazurka Dąbrowskiego" grano Renacie Mauer. - Samaranch coś mówił, ale z wrażenia nie zrozumiałam - opowiadała tuż po dekoracji wzruszona mistrzyni strzelectwa.

Już tamta chwila była dla nas wyjątkowa. Zgodnie z tradycją, pierwszy komplet medali na igrzyskach rozdaje szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Wtedy był nim Juan Antonio Samaranch. Mauer wygrała pierwszą konkurencję, Polska została pierwszym liderem klasyfikacji medalowej. A dzień później - 21 lipca 1996 roku - przeżyliśmy jeszcze trzy razy większą radość.

- Kto z nas był pierwszy? Kompletnie nie pamiętam. A nie, moment, pierwszy musiał być Paweł. Zapasy i judo były rozgrywane na jednej wielkiej sali i gdybyśmy my z Ryśkiem mieli swoje finały wcześniej, to ja bym na pewno poszedł oglądać jak Paweł walczy o złoto - Wroński przypomina sobie i nam chronologię zdarzeń.

Nagrywany, analizowany, niepokonany

Paweł Nastula w judo: polskie złoto numer dwa.

Warszawiak poleciał do Atlanty jak po swoje. Cztery lata wcześniej w Barcelonie przegrał półfinał i walkę o brąz. - Postąpiłem bardzo głupio. Byłem zmęczony. Przystanąłem na chwilę, rozwiązałem pas i znowu go zawiązałem. Sędziowie słusznie ukarali mnie za to ujemnymi punktami. Tak mnie to wytrąciło z równowagi, że nie podjąłem już dalszej walki. Jechałem do Barcelony z ogromnymi nadziejami, jako srebrny medalista MŚ w 1990 roku. Głupia porażka z Raymondem Stevensem tak mnie zdeprymowała, że w pojedynku o brązowy medal w ogóle nie podjąłem walki - wspomina.

W Atlancie był nie do zatrzymania. Między kolejnymi starciami rozmasowywano mu spuchniętą kostkę, a on mimo kontuzji niszczył kolejnych rywali. W 1996 roku wszedł na szczyt świata. W Barcelonie atak się nie udał, ale druga próba była już bezbłędna. W 1994 roku Nastula w minutę rozprawił się ze Stevensem w finale mistrzostw Europy. Od lutego 1994 aż do marca 1998 roku Polak był niepokonany. Już przed igrzyskami w Atlancie trenerzy z Japonii będącej kolebką judo próbowali Nastulę rozpracować. Jeździli z kamerami na każde zawody z udziałem naszego mistrza, nagrywali każdą jego walkę. Wszystko na nic. Przez lata dominacji Nastula poza złotem olimpijskim zdobył jeszcze dwa tytuły mistrza świata i trzy złota mistrzostw Europy. Tajemnica sukcesu? - Dziś jest inaczej niż w czasach moich czy Waldka Legienia [mistrz olimpijski w judo z 1988 i 1992 roku]. My mieliśmy inne motywacje niż dzisiejsza młodzież. Teraz rodzice nie przyprowadzają na judo dzieciaków po to, by kiedyś zostały mistrzami, tylko po to, żeby się poruszały, by były zdrowsze. A te dzieciaki mają duży wybór i za chwilę chcą spróbować czegoś innego. Mało kto decyduje się rozpocząć przygodę z prawdziwym, wyczynowym sportem - mówi Nastula.

Byli głodni

"- Jeździliśmy tam, gdzie chcieliśmy - mówi trener pięściarzy Czesław Ptak. - W Meksyku siedzieliśmy ponad miesiąc - to trener kajakarek Olgierd Światowiak. Prezes związku zapaśniczego Zbigniew Ratajczyk: - Przyjechaliśmy do Atlanty na dziesięć dni przed turniejem olimpijskim, bo mieliśmy pieniądze. Rosjanie byli tydzień po nas. I Rosjanie, dotąd niepokonani, zdobyli mniej niż my" - tak tajemnicę polskiego sukcesu próbowali rozwikłać trenerzy i działacze na łamach "Gazety Wyborczej" relacjonującej z Atlanty jedne z naszych najlepszych igrzysk w historii.

Siedem medali złotych, po pięć srebrnych i brązowych - w sumie 17 krążków i na koniec 11. miejsce w klasyfikacji medalowej. Bajka w porównaniu z miejscami w przedziale 20-30, które zajmujemy obecnie.

Ale to nie pieniądze były najważniejsze. Wiceszef polskiej misji olimpijskiej Zbigniew Pacelt nie krył, że na przygotowania do igrzysk w Atlancie wydaliśmy nawet mniej niż we wcześniejszym czteroleciu, przed igrzyskami Barcelona 1992.

- Nas, zapaśników klasycznych, pojechało do Stanów ośmiu. I wydarliśmy pięć medali. Jak z Ryśkiem Wolnym [zdobył w Atlancie polskie złoto numer trzy] wygraliśmy swoje kategorie, to wszyscy koledzy byli nakręceni. Tak w sporcie bywa. Po prostu. Pamiętam, że złotą walkę Włodka Zawadzkiego oglądałem siedząc w hali obok Gruzinów. Patrzyli na mnie z zazdrością, aż w końcu zaczęli mówić, żebyśmy już dali spokój, żebyśmy trochę odpuścili. Odpowiedziałem, że nie da rady, bo jesteśmy bardzo głodni i to będą nasze igrzyska - opowiada Wroński.

Prezydent jak stary znajomy

Złota Mauer, złoty Nastula, złoty Wolny i złoty Wroński - to był polski dorobek po dwóch dniach igrzysk w Atlancie. - My nastawiliśmy do walki następnych, tak samo jak nam pomogła swoim zwycięstwem Renata. Piękne to były dni. Wieczór 21 lipca od szampana zaczęliśmy już w hali, gdzie przygotowani byli nasi wodzowie, czyli szefowie polskich zapasów - wspomina Wroński. - Poświętować mogliśmy tam z prezydentem Polski, Aleksandrem Kwaśniewskim. Razem z żoną i córką przyjechał na nasze walki, na dwa dni finałów. On i ja byliśmy jak starzy znajomi, bo złota gratulował mi już osiem lat wcześniej na igrzyskach w Seulu, wtedy jeszcze jako minister sportu i prezes PKOl-u - opowiada dalej. - Później w wiosce olimpijskiej było jeszcze weselej. Tam witała nas cała misja i mnóstwo zawodników, którzy tego dnia nie startowali. Szampan się polał, były gratulacje, buzi-buzi, uściski - dodaje były zapaśnik.

Piosenka prezesa

"Niech im gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, a kto zapaśników nie szanuje, niech się wynosi z tej wioski" - miał śpiewać szef polskich zapasów, Ratajczak. - O Jezu! Pierwsze słyszę. Słowo daję! Ale ten prezes rzeczywiście mógł coś takiego wymyślić - śmieje się Wroński.

Mistrz opowiada, jak nazajutrz po polskim święcie z grupą kolegów wybrał się w takie miejsce, w którym wszyscy zamierzali się napawać sukcesem. - Mieliśmy świadomośc, że po raz pierwszy w historii Polska jest na pierwszym miejscu klasyfikacji medalowej na igrzyskach. W centralnym miejscu wioski olimpijskiej zawsze stoi wielka tablica, na której są podawane wyniki medalowe każdego kraju. Myśmy więc poszli do tej tablicy dumni. Stajemy, patrzymy, a tam prowadzi kadra USA. Jakim cudem? Taki myk zrobili, że kolejnośc ustawili na podstawie liczby medali, a nie kolorów - tłumaczy Wroński.

Jeden pływak, jedna kamera, jeden kraj

"- Gospodarze zmienili zasady i ustawiają kraje w zależności od liczby zdobytych medali. Pewnie, gdy będą mieli najwięcej złotych medali, wrócą do tradycyjnej klasyfikacji - skomentował doniesienia amerykańskiej prasy śmiejąc się wiceszef misji Zbigniew Pacelt" - pisała "Wyborcza". Według tej klasyfikacji Polska była dopiero szósta.

- Szowiniści. No naprawdę. W Atlancie wiele razy się przekonaliśmy, że Amerykanie to szowińsci - wracamy do wspomnień Wrońskiego. - Wiadomo, że po swoich startach chciało się pokibicować Polakom z innych dyscyplin, a nie na wszystkich arenach dało się być. Próbowaliśmy więć oglądać igrzyska w amerykańskiej telewizji. Pamiętam, jak bardzo byliśmy zdziwieni, gdy zasiedliśmy pierwszy raz. Akurat było pływanie. Wszyscy stoją na słupkach, wskakują do wody i koniec - tyle Polaka widzieliśmy. Od tego momentu już do końca pokazywany był tylko Amerykanin. Kamera na jeden tor i czy Amerykanin był pierwszy, czy ostatni, to relacja była taka, jakby tylko on płynął. Strasznie nas to wkurzało - opowiada Wroński.

Polonia płaciła. "Dla nas dolarów nie wystarczyło"

"Atlanta Journal Constitution", największy dziennik w stolicy stanu Georgia, po dwóch dniach igrzysk Polskę umieszczał na szóstym miejscu klasyfikacji medalowej. Identycznie jak ten, kto odpowiadał za tablicę z wynikami w wiosce olimpijskiej. O trzech złotach zdobytych przez naszych zawodników w jeden wieczór tekstu w gazecie nie było. Sukces Nastuli sprowadzono do suchych wyników, o Wolnym i Wrońskim dano krótką wzmiankę na 13. stronie, stwierdzając po prostu, że "polscy zapaśnicy świętują dwa złote medale". Ciekawsze dla dziennikarzy było to, że Polonusi wydali 12 tysięcy dolarów na zorganizowanie imprezy, na której gościł prezydent Kwaśniewski.

Pięć tysięcy dolarów jeden z polskich biznesmenów z USA ofiarował Renacie Mauer w nagrodzie za jej złoto. - Dla nas pieniądze od Polonii też miały być, ktoś z PKOl-u nas o tym zapewniał. W końcu jednak dla nas dolarów już nie wystarczyło. Ale wcale mi to nie przeszkadza. Mógłbym nic nie dostać, a i tak byłbym szczęśliwy, bo miałem złoty medal - mówi Wroński.

Polak dostawał dwa razy więcej niż Niemiec

Ale Wroński dostał coś jeszcze. Tak jak każdy polski mistrz olimpijski z Atlanty - wzbogacił się o 60 tysięcy złotych i jeszcze o złote auto. - Dostaliśmy po fiacie cinquecento. Za malutki to był samochód, żebym nim jeździł. Miesiąc się pobawiłem i wstawiłem go w komis do kolegi. Zabawa była przednia, bo to była wersja sporting, z mocnym silnikiem. Ale jednak za ciasno mi było, więc złożyłem autograf i przeznaczyłem pamiątkę na sprzedaż - mówi mierzący 192 cm i ważący wtedy 100 kg Wroński.

W trakcie igrzysk w Atlancie w wysokości nagród dla naszych medalistów widziano jeden z powodów udanych startów. "- To dużo pieniędzy, nawet jak na niemiecką normę - uważa dziennikarz Wolfgang Prantz z popularnego "Bildu". W niemieckiej misji attache prasowy powiedział mi, że mistrz olimpijski z Bundesrepubliki dostanie tylko 15 tysięcy marek, ponad dwa razy mniej niż Polak! I żadnego samochodu" - pisał wysłannik "Gazety Wyborczej".

Najpierw była śmierć

- Mówiono też, że zmotywowała nas śmierć Eugeniusza Pietrasika - wspomina Wroński.

Szef naszej misji olimpijskiej zmarł na zawał serca w dniu rozpoczęcia igrzysk. "Gdy polska ekipa uczestnicząca w ceremonii otwarcia XXVI Igrzysk Olimpijskich weszła na stadion w Atlancie, w kraju była szósta rano. Po przemarszu ustawiła się przy okrągłym podium w centrum boiska. Eugeniusz Pietrasik schylał się, by zawiązać sznurowadło. Upadł. - Zrobiło się zamieszanie, po chwili pojawiły się nosze - opowiada judoczka Aneta Szczepańska. Dla Polaków wielkie widowisko otwierające igrzyska zeszło na plan dalszy. Nie wszyscy widzieli nawet, jak cierpiący na chorobę Parkinsona wielki bokser Muhammad Ali zapalał znicz. Rano do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego zadzwonił prezydent USA Bill Clinton z kondolencjami. Potem Kwaśniewski spotkał się ze sportowcami" - pisała "Wyborcza".

"I mnie, i wszystkich polskich sportowców zmobilizowała tragiczna śmierć szefa naszej misji Eugeniusza Pietrasika. Każdy z nas da z siebie teraz dwa razy więcej, bo wiemy, że on patrzy na nas z góry i cieszy się wraz z nami z sukcesów" - mówił Nastula 21 lipca 1996 roku. A Andrzej Wroński 21 lipca 2020 roku potwierdza, że o Pietrasiku wszyscy pamiętali. Również ci, którzy szczęśliwie nie widzieli jak umierał. - Cieszę się, że mnie przy tym nie było i pamiętam, że to było bardzo trudne dla tych, którzy poszli na otwarcie. My wszyscy startujący na początku igrzysk, oszczędzaliśmy siły, dlatego na ceremonię nie poszliśmy - mówi Wroński.