Reprezentantka Polski od pół roku nie może wrócić do kraju. "Musiałam znaleźć bezpieczne miejsce"

W 2007 roku zrzekła się chińskiego obywatelstwa, żeby grać dla Polski. - Pamiętam, że miałam być w Polsce chwilę - mówi Li Qian. Teraz tenisistka stołowa od pół roku nie może przylecieć do Polski z Chin, bo zatrzymuje ją pandemia koronawirusa. We wrześniu w Warszawie "Mała" ma bronić mistrzostwa Europy. A za rok z Tokio, ze swoich czwartych igrzysk olimpijskich chciałaby przywieźć coś więcej niż zdjęcia z siatkarzami.

Łukasz Jachimiak: Za dwa miesiące mistrzostwa Europy w Warszawie, a Ty od pół roku jesteś w Chinach, bez trenera i bez koleżanek z reprezentacji Polski. Jak bardzo koronawirus utrudnia Ci życie?

Li Qian: Z powodu koronawirusa sytuacja jest niepewna, ale przygotowuję się normalnie. Jestem gotowa do grania. I już chciałabym pojechać na jakiś turniej.

W Chinach pandemia jest opanowana na tyle, że nie masz problemu z treningiem?

- Jest to dobrze kontrolowane, ludzie żyją teraz normalnie. Zakazy zależą od prowincji. Tam, gdzie jestem, teraz znowu wprowadzono maseczki w miejscach publicznych. Profilaktycznie. Trenowałam w Nanchang, trochę w Baoding i Jiangsu. Musiałam znaleźć takie miejsca, gdzie jest najbezpieczniej. W Chinach cały czas wszyscy są bardzo ostrożni. Dbają o to, żeby nie pojawiło się znowu dużo chorych. Z tego powodu okazało się, że bardzo trudne byłoby dla mnie wzięcie udziału w wyborach prezydenta Polski. To dlatego, że mieszkam i trenuję bardzo daleko od Pekinu.

Od kilkunastu lat Twoim osobistym trenerem jest prowadzący kadrę Polski Zbigniew Nęcek. Jak sobie radzisz bez niego?

- Cały czas mam kontakt z trenerem Nęckiem. W Chinach współpracuję z trenerem przygotowania fizycznego i mam sparingpartnerów dobranych pod swój styl gry. Codziennie mam jeden trening techniczny i jeden fizyczny. Budowanie formy zacznie się w ustaleniu z trenerem Nęckiem, ale na razie nawet nie wiemy, które starty będą na pewno, więc trudno się dokładnie przygotować. Cała sytuacja jest bardzo nienormalna dla sportowców. Musimy utrzymywać ogólną sprawność, czucie przy stole i czekać na sygnał, kiedy zaczynamy grać.

A kiedy będziesz mogła przylecieć do Polski?

- Razem z trenerem obserwujemy i analizujemy możliwości przylotu. Przez najbliższy miesiąc najważniejsze będą treningi w Chinach, a im bliżej połowy sierpnia, tym więcej będziemy wiedzieli na temat turnieju w Ołomuńcu, który jest planowany na dni 25-30 sierpnia, oraz na temat wspólnego zgrupowania z reprezentacją Węgier.

Masz 34 lata, a do Polski przyjechałaś po raz pierwszy jeszcze przed swoimi 15. urodzinami. W sumie pewnie połowę życia spędziłaś w Polsce i połowę w Chinach.

- Tak.

Chcę Cię zapytać, czy tęsknisz za Polską. I na ile ona jest Twoja.

- Oczywiście, że tęsknię. Za trenerem i koleżankami z drużyny. Za pysznym jedzeniem. Za górami.

Żurek, kotlet schabowy? Co lubisz najbardziej?

- Zupy i małe co nieco. Pomidorowa, flaczki, gulaszowa, cebulowa - pycha! A ciasta, to takie małe co nieco, jak u Kubusia Puchatka. Sernik jest najlepszy. W Tarnobrzegu jest cukiernia, do której zawsze z drużyną chodzimy przed ważnymi meczami na kawę i właśnie ciacha. Dają tam świetne ciasto czekoladowo-bananowe. A jak gramy w lidze w Nadarzynie, to jeździmy do Podkowy Leśnej na torty bezowe. Tort Pavlova robią tam taki, że bardzo tęsknię, ha, ha. Bardzo dużo słodkości lubię. Ale nie za bardzo wolno mi je jeść.

Dlaczego? Sama sobie mówisz, że nie wolno?

- Muszę się kontrolować, bo mam takie doświadczenie z pierwszych pobytów w Polsce, że jak wróciłam po całym sezonie, to na lotnisku mama mnie nie poznała. Poza tym ciężkiemu człowiekowi źle się chodzi, a ja muszę przecież dużo biegać przy stole.

Jak wspominasz swój pierwszy pobyt w Polsce? Jak do nas trafiłaś?

- Znalazł mnie trener. Pamiętam, że miałam być w Polsce chwilę.

Bałaś się wyprawy do kraju, o którym wcześniej nie słyszałaś?

- W ogóle się nie bałam, bo czego? Bałam się potem, że nie będę mogła wrócić do Polski, że trener nie będzie mnie chciał z powrotem.

Nie wierzę, że wszystko Cię zachwycało. Choćby ze względu na różnice kulturowe musiałaś mieć jakieś trudności.

- Pierwszy raz przyjechałam zimą. Pamiętam, że dzieci bawiły się śniegiem, rzucały nim. To było dla mnie bardzo dziwne. Dziwiłam się też, że tak mało jest ludzi na ulicach. Ale bardzo mi się spodobały spokój, dobre powietrze, przyroda.

Domyślam się, że przyroda to raczej góry niż Tarnobrzeg. Które z polskich gór tak polubiłaś?

- Byliśmy kiedyś w Zakopanem i zrobiliśmy sobie tydzień wędrówek. Takich kilkugodzinnych. W zasadzie od śniadania do zmroku. Zbierałam pieczątki ze schronisk. Nie pamiętam już teraz wszystkich nazw, ale wchodziłyśmy wysoko i długo. O, Kasprowy Wierch pamiętam. Leżał śnieg i było tak zimno, że akurat stamtąd chciałam jak najszybciej zejść. Poza zimnem na początku w Polsce trochę problemów miałam jeszcze z jedzeniem, bo ono jest zupełnie inne niż w Chinach. Najbardziej mnie zdziwił supertwardy chleb. Tak wtedy uważałam, bo w Chinach chleb jest tak miękki jak bułki na parze. W sumie wszystko było nowe, ale bardzo ciekawe.

Język polski też? Słyszałaś opinię, że jest tak trudny jak chiński?

- Zgadzam się z tym. Polskiego uczyli mnie trener i koleżanki. Miałam też dwie książki - pierwszą był "Kubuś Puchatek", a później dostałam specjalną do nauki polskiego dla obcokrajowców. Teraz przez koronawirusa mało czytam i piszę po polsku, więc w rozmowach zaczęłam robić dużo dziwnych błędów. Koleżanki się czasami śmieją, co za słowa wymyślam.

"M jak miłość" jeszcze oglądasz? Czytałem, że na tym serialu też uczyłaś się polskiego.

- Czasami "M jak miłość" oglądam. Uczyłam się na tym serialu, bo w moich początkach w Polsce był hitem, a łatwo było zrozumieć z kontekstu, co mówią bohaterowie w takich sytuacjach blisko życia.

Masz w Chinach możliwość oglądania polskiej telewizji?

- Telewizji w ogóle nie oglądam. Korzystam z internetu, wybieram sobie różne programy i znajduję informacje.

Twój sześcioletni syn i mąż potrafią mówić po polsku?

- Zaledwie po kilka prostych zdań.

Przebywasz teraz z nimi? Wiem, że Twój mąż był kiedyś trenerem w Belgii, a później pracował w Niemczech. Koronawirus Was nie rozdzielił?

- Na szczęście nie, mieszkamy teraz wszyscy razem.

Kiedy już wszystko wróci do normalności, to zdaniem trenera Nęcka w Tokio będziesz walczyła o ćwierćfinał singla.

- Zgadzam się.

Nie chcesz mierzyć jeszcze wyżej, w medal? Są takie rywalki, o których myślisz, że nie da się ich pokonać?

- Moim największym przeciwnikiem jestem ja sama. Marzę o medalach. Najbliższy cel to mistrzostwa Europy i tu moim marzeniem jest obrona tytułu.

W Europie zdobywasz medale z koleżankami z reprezentacji Polski w turniejach drużynowych. W Tokio też w takim turnieju zagracie. Jaki zespół tworzycie? Jesteście przyjaciółkami czy tylko koleżankami z pracy?

- Jesteśmy koleżankami z drużyny, chodzimy na kawę, podczas wyjazdów spędzamy razem czas. Tylko że ja już mam dziecko, a one nie mają rodzin. To duża różnica. Ciągle dużo podróżujemy, dlatego cały swój wolny czas wolę spędzać z synem. Ale to chyba zrozumiałe.

Kiedy pytam o Tokio, to cały czas myślę, czy na pewno igrzyska się odbędą. Ty też masz w sobie obawę czy uda się je przeprowadzić?

- Tak, bo naprawdę trudno powiedzieć, co się stanie.

Załóżmy, że jednak wszystko się uda - czy w Japonii tenis stołowy jest tak samo popularny jak w Chinach i może się stać jedną z najchętniej oglądanych dyscyplin igrzysk?

- Na pewno tak będzie. Zwłaszcza że też dużo fanów z Chin chciało jechać do Tokio.

Które miejsce ma ping-pong w rankingu najpopularniejszych sportów w Chinach?

- To jest cała kultura, to chyba najważniejszy sport i najważniejsza rzecz dla ludzi. Na ping-pongu zna się chyba każdy. Ale inne sporty ostatnio też zrobiły się popularne.

Ty jesteś w Chinach znana?

- W Chinach wiedzą, że reprezentuję Polskę, a to w tak wielkim kraju jest już coś.

Polskę zaczęłaś reprezentować w październiku 2007 roku, a już w 2008 roku grałaś na igrzyskach w Pekinie. Jak je przeżywałaś?

- Pierwsze igrzyska były dla mnie bardzo trudnym doświadczeniem. Też dlatego, że to był właśnie Pekin. Strasznie chciałam zagrać jak najlepiej i zrobiłam sobie sama problem. W Londynie już wyciągnęłam wnioski i było dużo lepiej. Pamiętam spotkanie z Agnieszką Radwańską i bardzo polubiłam naszych siatkarzy. Mamy zabawne zdjęcia. Mam tylko 160 cm wzrostu, wyobraź sobie, jak wyglądam, gdy obok stoi na przykład Piotr Nowakowski.

Poznałaś na igrzyskach kogoś jeszcze bardziej utytułowanego?

- Niestety, Rogera Federera nie widziałam, a to mój sportowy idol. Sama trochę gram w tenisa i w badmintona kiedy już jestem po sezonie. Ale muszę uważać, bo to nie do końca dobre dla mojego nadgarstka. Chociaż na igrzyskach w Rio byłam nawet na treningu bokserskim. Zaprzyjaźniliśmy się tam ze Zbigniewem Raubo. Walczyliśmy w jengę, a potem byłam u niego na zajęciach. Superprzygotowane, fajny człowiek - bardzo się polubiliśmy. Igrzyska są naprawdę wyjątkowe. Niesamowita atmosfera w wiosce, wszystkie dyscypliny razem, tyle ciekawych osób można spotkać i tylu nowych rzeczy nauczyć się z innych sportów, że tego się nie da opisać.

Więcej o: