Wielkie problemy Andrejczyk w czasie finału. Pomogło tajemnicze urządzenie. "Cholernie ciężko"

- Cieszę się, że z nawet porozrywanym barkiem byłam w stanie wywalczyć olimpijski medal - mówi Maria Andrejczyk. Wicemistrzyni olimpijska w rzucie oszczepem zapowiada, że swoje srebro zlicytuje, żeby ratować czyjeś życie.

Maria Andrejczyk wspaniale walczyła na Stadionie Olimpijskim w Tokio o swój pierwszy w karierze medal wielkiej imprezy. Została wicemistrzynią olimpijską po pięciu bardzo trudnych latach. Z aż czterema operacjami, jakie przeszła przez ten czas. Po konkursie Marysia przyszła do grupy polskich dziennikarzy bez charakterystycznego dla siebie uśmiechu.

Jesteś zmęczona czy niezadowolona?

Maria Andrejczyk: Niezadowolona.

Nie?

- Nie. To znaczy oczywiście, że tak! Przyjechałam tutaj walczyć o złoto, ale ten sezon wygląda tak, że po dużym wyniku spotkała mnie bardzo ciężka kontuzja. Podczas tego finału po drugim rzucie czułam już, że bardzo trudno będzie się poprawić, bo bark bolał, a teraz mi odpada. Wicemistrzyni olimpijska - to brzmi fajnie, dumnie. Ale pragnę więcej i na pewno będę walczyła o więcej.

W tych pierwszych rzutach, kiedy jeszcze bark bolał mniej, zabrakło Ci trochę powera czy techniki?

- Wszystkiego po trochu. Zdecydowanie nie byłam sobą. Uwierzcie mi, że po tym, co pokazywałam w rzutach rozgrzewkowych, sukcesem jest, że weszłam do ósemki. Cieszę się, że z nawet porozrywanym barkiem byłam w stanie wywalczyć olimpijski medal.

Z porozrywanym?

- Tak, nadal mam naderwane mięśnie. One się jeszcze nie zagoiły. Zupełnie dziś nie czułam swojego ciała w czasoprzestrzeni. Ani na rozbiegu nie było dobrze, ani timingu nie było fajnego. Czułam, że będzie cholernie ciężko. Musiałam się raz wyciszać, raz pobudzać - w ogóle nie mogłam się odnaleźć. Cholera! Jest i tak fajnie! Po tym wszystkim, co przeżyłam, stres był niesamowicie duży. Srebro i tak jest fajne.

Opowiesz, jak pomaga Ci urządzenie tecar?

- Przed pierwszymi sesjami w ogóle nie byłam w stanie podnieść ręki. To urządzenie pobudza krążenie krwi [przez wykorzystanie prądu naprzemiennego], co przyspiesza regenerację mięśni. To mi naprawdę pomogło, z pewnością w przyszłym sezonie też będę szukać tego sprzętu. Mój menedżer już ma pierwsze ustalenia z firmą, która tym dysponuje i będę to woziła ze sobą.

Mówisz teraz nie tylko o tym sezonie, ale o dramatycznych pięciu latach między Rio a Tokio?

- Tak, a słowo "dramatyczne" najlepiej odzwierciedla to, przez co przez te lata przeszłam. Walczyłam! Cholernie walczyłam. I obstawiam, że jestem jedną z niewielu osób, które wierzyły, że wrócę do rywalizacji na najwyższym poziomie. Uwierzcie mi, w 2018 roku, kiedy wracałam po operacji barku, było dużo złych spojrzeń i satysfakcji, że mi nie idzie. Wzrok niektórych ludzi mówił mi, co myślą - "ty już się skończyłaś, ty już nie wrócisz, co ty w ogóle tu robisz, dziewczynko?". Byłam wtedy piąta na mistrzostwach Polski. Teraz chcę tym osobom podziękować. One najbardziej mnie zmotywowały do powrotu, do pokazania pazura. Dziękuję swoim hejterom! Dziękuję tym, którzy życzyli mi najgorzej. Nie ma tego złego! A teraz grunt, żeby z moim zdrowiem było w porządku, wtedy będę w stanie robić fantastyczne wyniki. Split to pokazał [w maju Maria rzuciła tam 71.40 m - to trzeci wynik w historii, tylko 88 cm gorszy od rekordu świata]. Naprawdę, obym tylko miała zdrowie. Po ostatniej kontuzji miałam bardzo mało czasu, żeby się wyrehabilitować. Pierwsze diagnozy były tak złe, że sądziłam, że czeka mnie kolejna operacja barku i że będę się musiała pożegnać z igrzyskami. A jednak udało mi się tu przyjechać i mimo nie do końca dobrej dyspozycji zdrowotnej zdobyć srebro. Natomiast złoto należy się moim kibicom.

Powiedziałaś kilka zdań o hejterach, a powiedz koniecznie o tej grupie superbohaterów lekkoatletycznych, która przyjechała na Stadion Olimpijski na Twój finał i po nim witała Ciebie w klubie medalistów wielkich imprez.

- To było przecudowne! Jestem wdzięczna wszystkim moim przyjaciołom. To jest moja lekkoatletyczna rodzina. Wszyscy przyszli, kibicowali, klaskali mi do każdego rzutu, byli ze mną. Jezu, no! Oni są najwspanialsi na świecie.

Co Ci mówił Paweł Fajdek przed Twoim ostatnim rzutem?

- Doradzał mi. Zapytał, jak się czuję i mówił, co on zrobił, żeby było dobrze, co jemu pomogło. Próbowałam zastosować jego wskazówki. Bardzo się cieszę, że każdy żył moim konkursem. To pokazuje, jak bardzo się wspieramy, jak lekkoatleci są zgrani, pomimo że to indywidualiści. Coś pięknego!

Nie miałaś przez te pięć lat momentu, w którym pomyślałaś, że masz dosyć oszczepu?

- Jestem zbyt uparta, żeby odpuścić. Dopóki nie poczuję spełnienia, będę walczyć. Dopóki mi wszystkie kończyny nie odpadną! Mam teraz pewną przewagę psychiczną. Dobrze wiem, w jakiej dyspozycji fizycznej zdobyłam srebro. Poza tym na pewno teraz będę miała stałą opiekę fizjoterapeutyczną. A przynajmniej mam taką nadzieję. Do tej pory nie miałam, mimo że wszyscy wiedzą, że mam kruche zdrowie. Polski Związek Lekkiej Atletyki nie chciał mi dać fizjoterapeuty, a ja potrzebuję fizjoterapeuty non-stop. Muszę stale pracować z fizjoterapeutą, bo ta praca, którą sama wykonuję, to za mało. To, co daje mi trener, to mniej więcej 45 proc., a 55 proc. wykonuję ja sama. I do tego potrzebuję fizjoterapeuty. Liczę na to, że teraz przygotowania będę miała już kompletne w stu procentach.

Wspinaczka sportowa, IO Tokio, Aleksandra MirosławDyscyplina tak widowiskowa, że nie mogli się powstrzymać ani Ryszard Czarnecki, ani Anita Włodarczyk

Czy jest tak, że wiele razy prosiłaś PZLA o fizjoterapeutę i spotykałaś się z odmową?

- Tak. Oszczep jest konkurencją najbardziej kontuzjogenną ze wszystkich lekkoatletycznych, a tak naprawdę oszczepnicy praktycznie w ogóle nie mają wsparcia. Myślałam, że w tym roku, chociaż po rzucie na 71 metrów, będę miała fizjoterapeutę. Nie miałam. Przez ostatnie pięć lat wydawałam wszystkie swoje oszczędności, żeby znaleźć najlepszych specjalistów w Polsce. Inwestowałam w swoje zdrowie, żeby móc dzisiaj stanąć do rywalizacji.

Jak związek argumentuje swoje odmowy?

- Dopiero po medalu na głównej imprezie związek przyznaje fizjoterapeutę, więc mam nadzieję, że teraz będę miała.

Komu dedykujesz swój pierwszy medal wielkiej imprezy?

- Z pewnością ten medal przeznaczę na licytację. Jeszcze nie wiem, na jaką, ale nie ma nic ważniejszego niż ludzkie życie. A medal to tylko rzecz. Prędzej czy później znajdę fajny cel. Ten medal dedykuję swoim kibicom i swoim sponsorom, ponieważ ich wsparcie finansowe pozwoliło mi zadbać o moje zdrowie. Medal dedykuję też wszystkim lekarzom, fizjoterapeutą i wszystkich ich wymienię z nazwiska w swoich mediach społecznościowych, bo każdy z nich zasługuje na wspomnienie

Więcej o: