Płakała, gdy Świątek wygrała Roland Garros. Nie ma drugiej takiej tenisistki

Agnieszka Niedziałek
Posłuchaj artykułu (ładuję...)
Dotychczasowa kariera Markety Vondrousovej, ćwierćfinałowej rywalki Igi Świątek w Roland Garros, to mieszanka sukcesów i kłopotów zdrowotnych. To właśnie w paryskim turnieju wielkoszlemowym w 2019 roku po raz pierwszy zwróciła na siebie uwagę całego tenisowego świata, a rok temu płakała, gdy Polka wygrała go po raz trzeci. Swój historyczny triumf w Wimbledonie uczciła dwoma tatuażami, a w sumie ma ich już tyle, że nie potrafi ich zliczyć.

Marketa Vondrousova ma w dorobku m.in. tytuł wielkoszlemowy, finał zawodów tej rangi i srebrny medal olimpijski, ale wielu tenisowych kibiców na wzmiankę o tym jest zaskoczonych i kwituje to krótkim: "No tak, rzeczywiście". Nie pamiętają o tym głównie dlatego, że niespełna 25-letnia Czeszka sukcesy przeplata przymusowymi przerwami związanymi z kontuzjami. Już kilka razy mocno zaskakiwała swoimi dokonaniami, o których mówiła później, że wydawały się jej czymś niemożliwym. Pokonanie Igi Świątek we wtorkowym ćwierćfinale Roland Garros wiele osób też by tak określiło.

Zobacz wideo

Szalony Wimbledon i najtrudniejsza piłka. "Nie mogłam oddychać"

Będąca liderką światowego rankingu Polka w trzecim secie spotkania drugiej rundy tegorocznego Roland Garros przegrywała z Naomi Osaką już 2:5, a potem broniła jeszcze piłki meczowej. Szósta na liście WTA Vondrousova aż tak efektownego powrotu w tej edycji paryskiej imprezy nie zaliczyła, ale zapewne jej fani mieli różne myśli, gdy również w drugiej rundzie przegrała pierwszego seta z Katie Volynets (108. WTA) 0:6, a mecz 1/8 finału z Olgą Danilovic (125.) zaczęła od wyniku 1:4 (ostatecznie wygrała tę partię 6:4). Ale chyba też są już trochę przyzwyczajeni - w obu setach finału ubiegłorocznego Wimbledonu Czeszka miała stratę przełamania i oba wygrała. Nieco wcześniej, w ćwierćfinale, w trzecim secie przegrywała 1:4 i tylko punkt dzielił ją od straty podania w kolejnym gemie.

Gdy potem pytano sensacyjną triumfatorkę, jak podsumowałaby jednym słowem przebieg londyńskiego turnieju wielkoszlemowego, to wskazała na "szalony". Za sprawą tego triumfu została pierwszą w historii nierozstawioną triumfatorką tej prestiżowej imprezy.

- Finał wielkoszlemowy na trawie był niemal niemożliwością, bo nie grałam wcześniej zbyt wielu meczów na niej. Moim najlepszym wynikiem była tu druga runda. Jestem trochę w szoku. Gdyby to była ziemia lub kort twardy, to może powiedziałabym, że to możliwe. Ale nie na trawie. To szaleństwo - podsumowała wtedy.

I szczerze opowiadała o najtrudniejszym momencie w finale, który nastąpił w drugiej partii, przy wyniku 5:4 i 40:0 przy jej podaniu. Teoretycznie była w dość komfortowej sytuacji i wystarczyło domknąć mecz, ale wtedy wróciły silne emocje, które dały się jej we znaki przed decydującym spotkaniem.

- Co poczułam na koniec? Ulgę. Bo, było 40:0, ludzie kibicowali, a ja nie mogłam oddychać. Myślałam tylko: "Niech to się już skończy". Szalenie się denerwowałam. To tak, jakby wszystko na ciebie spadło w jednej chwili. (...) To dla mnie prawdziwe szaleństwo. Ale uważam, że w tenisie wszystko się może zdarzyć - zapewniała zawodniczka, która była wtedy 42. rakietą świata.

"To było dla mnie po prostu za dużo". Paryska lekcja radości. Wimbledon z ręką w gipsie

O cztery miejsca wyżej była sklasyfikowana, gdy w 2019 roku sensacyjnie dotarła do finału Roland Garros. Był to jej trzeci sezon występów w tourze, a wcześniej tylko raz w Wielkim Szlemie przeszła trzecią rundę (US Open 2018). Sam mecz o tytuł nie jest najprzyjemniejszym dla niej wspomnieniem - przegrała z Australijką Ashleigh Barty 1:6, 3:6.

- Byłam bardzo młoda i to było wtedy dla mnie po prostu za dużo. Miałam 19 lat. Pamiętam tylko, że był to ogromny stres. To było wielkie wydarzenie w Czechach, wszyscy o tym mówili. Ashleigh mnie po prostu zmiażdżyła. To był bardzo szybki mecz i nawet się nim nie nacieszyłam. Byłam potem bardzo smutna. Powiedziałam sobie wtedy, że jeśli to się kiedyś wydarzy ponownie, to muszę się cieszyć każdą chwilą. Nawet jeśli przegram - wspominała cztery lata później w Londynie.

Zwycięstwo w Wimbledonie było tym bardziej zaskakujące, że rok wcześniej Vondrousova pojawiła się na turnieju jedynie w roli kibicki, by wspierać Miriam Kolodziejovą, z którą w parze odnosiła sukcesy jako juniorka. Występ najlepszej przyjaciółki oglądała z ręką w gipsie, który założono jej po operacji.

- Nie grałam wtedy przez pół roku, to był bardzo trudny czas - wspominała potem. Treningi wznowiła jesienią, a w listopadzie wróciła do gry.

Była to już jej druga operacja lewego nadgarstka (jest leworęczna), a problemy zdrowotne mocno się jej trzymają. Zahamowały jej karierę po paryskim sukcesie sprzed pięciu lat i przypominały o sobie od czasu do czasu w kolejnych sezonach. Na początku bieżącego miała kłopoty z biodrem i z tego powodu wycofała się z rywalizacji w Adelajdzie. Tydzień później przystąpiła do wielkoszlemowego Australian Open, ale przegrała mecz otwarcia. Teraz, po awansie do ćwierćfinału w stolicy Francji, czeskim dziennikarzom zdradziła, że boli ją ręka.

"Bez deszczu nie ma kwiatów" Tatuaże? Vondrousova sama nie jest w stanie ich zliczyć

- Bez deszczu nie ma kwiatów - głosi napis, który jest wytatuowany w wersji anglojęzycznej nad prawym łokciem Vondrousovej.

- Uważam, że bez porażki nie ma sukcesu. Musisz przebrnąć przez trochę trudnych meczów. Musisz wciąż w siebie wierzyć, zwłaszcza jeśli przegrywasz. Wtedy przyjdzie nagroda - opowiadała Czeszka cytowana w 2021 roku przez angielski dziennik "The Sun". Tamtego lata wywalczyła w Tokio olimpijskie srebro. Ponownie, gdy nikt na nią nie stawiał.

Tatuaże są jej znakiem rozpoznawczym w tenisowym świecie. Na pytanie o ich liczbę ze śmiechem odpowiada, że sama już jej nie zna. Pierwszy zrobiła sobie jako 16-latka, a teraz ma nimi pokryte m.in. obie ręce. Wśród nich są np. szczęśliwa dla niej "13" oraz olimpijskie koła. Podczas Wimbledonu 2023 wspominała o zakładzie z trenerem Janem Hernychem - szkoleniowiec obiecał zrobić sobie tatuaż, jeśli ona wygra ten turniej. Po tym niespodziewanym sukcesie żartowała, że na motyw wybrała truskawkę będącą składnikiem kojarzonego mocno z londyńską imprezą deseru, ale ostatecznie stanęło na innym pomyśle, który zrealizowali w Nowym Jorku, tuż przed US Open.

- To data finału - zdradziła wtedy Czeszka. Sama nieco wcześniej dołożyła inny tatuaż nawiązujący do największego sukcesu w jej karierze - razem z siostrą zdecydowała się na umieszczenie na ciele litery "w" od nazwy londyńskiego turnieju.

Vondrousova wywodzi się ze sportowej rodziny. Jej dziadek był lekkoatletą, a matka siatkarką. Sama zanim postawiła na tenis, to próbowała sił w narciarstwie, tenisie stołowym, unihokeju i piłce nożnej. Ostatecznie z tej ostatniej dyscypliny zrezygnowała, preferując sport indywidualny. Do tenisa zachęcał ją grający rekreacyjnie ojciec. Po raz pierwszy rakietę wzięła do ręki jako czterolatka, a sześć lat później rozpoczęła treningi. Z tego powodu w wieku 15 lat przeprowadziła się sama do Pragi, gdzie mieszka do dziś.

Vondrousova płakała po wygranej Świątek. Trudności osobiste i kolejna misja niemożliwa na korcie

Tatuaże mogą niektórym sugerować, że jest osobą przebojową i lubiącą zwracać na siebie uwagę, ale sama opisuje siebie jako cichą i spokojną. W Londynie rok temu z uśmiechem mówiła, że udział w konferencjach z udziałem kilku dziennikarzy to już dla niej dużo. Uwielbiająca koty i kupująca nałogowo buty tenisistka ma dobre relacje z rodaczkami z touru. Podczas Wimbledonu 2023 wymieniała wiadomości m.in. z Karoliną Muchovą.

- Jesteśmy z jednego klubu, wspieramy się nawzajem. Rozmawiałam też z Karoliną, gdy grała niedawno w Paryżu [Muchova przegrała w finale po zaciętej walce z Igą Świątek - red.]. Tak bardzo płakałam po jej przegranym finale. To było bardzo smutne. Rozmawiałyśmy wtedy przed i po finale. Powiedziałam jej, by cieszyła się tą chwilą. Mimo że przegrała, to jest to niesamowite - wspominała Vondrousova.

Sama w pierwszej części tego roku rywalizację łączyła z trudnymi doświadczeniami osobistymi. W marcu wycofała się tuż przed meczem trzeciej rundy w Indian Wells - poleciała do rodzinnego Sokolova, by pożegnać się z umierającym dziadkiem. Z tego powodu zabrakło jej też w Miami. Pod koniec kwietnia zaś poinformowała o rozpadzie małżeństwa. Za Stepana Simeka, wieloletniego partnera, wyszła latem 2022 roku.

Tym większą radością i osłodą jest dla niej obecny występ w Roland Garros. Dzięki niemu osiągnęła to, czego dotychczas z powodów zdrowotnych najbardziej jej brakowało - regularność w największych turniejach. W trzech z czterech ostatnich imprez wielkoszlemowych dotarła co najmniej do ćwierćfinału.

- Choć mówiłam czasem, że moja gra nie pasuje do trawy, to wygrałam Wimbledon. Potem byłam w czołowej ósemce w US Open, a teraz ponownie tutaj, na ziemi. Dobrze więc dostać potwierdzenie, że jestem w stanie grać dobrze na każdej nawierzchni - przyznaje Czeszka.

Przed nią jednak wielkie wyzwanie - Świątek trzykrotnie triumfowała w Paryżu, a tegoroczny występ poprzedziła zwycięstwem w Madrycie i Rzymie. Do tego wygrała też wszystkie trzy wcześniejsze oficjalne pojedynki z Vondrousovą, w tym mecz pierwszej rundy Roland Garros z 2020 r., w którym oddała rywalce zaledwie trzy gemy. Zwyciężyła też nieco wcześniej w ich spotkaniu w towarzyskiej imprezie rozgrywanej w Czechach.

- Czeka mnie prawdopodobnie mecz najtrudniejszy z możliwych. Ale z drugiej strony nie mam nic do stracenia. Wyjdę na kort ze świadomością, że chcę cieszyć się grą, ale i wygrać. Stres związany z presją zwycięstwa zniknie - zapowiedziała niespełna 25-letnia zawodniczka przed wtorkowym pojedynkiem. Już nieraz pokazała, że lubi zaskakiwać w sytuacjach, gdy nikt na nią nie stawia. Choć tym razem przed nią wyjątkowo trudne zadanie.

Więcej o: