Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Zamiast świętować mistrzostwo, piłkarze pomagali rodzinom wydobywać spod gruzów majątek

W Qarabagu na barcelońskie hasło "Więcej niż klub" mogą spojrzeć z politowaniem: bo co powiedzieć o nich? Qarabag FK - klub ze zrujnowanego miasta Agdam, Hiroszimy Kaukazu, piłkarski uchodźca występujący w Baku, bo na jego dom 27 lat temu spadły bomby - co roku wchodzi do Europy i grając pod azerską flagą jednoznacznie kojarzy się ze spornym terytorium Górskiego Karabachu. Początek meczu Legia - Karabach w czwartek o 20, relacja na żywo w Sport.pl.

W tekście "Qarabag" będzie używany w odniesieniu do klubu piłkarskiego, a "Karabach" będzie oznaczał region geograficzny.

Czwartkowy rywal Legii Warszawa w walce o fazę grupową Ligi Europy, Qarabag FK od 27 lat nie zagrał meczu w mieście, z którego pochodzi. Musiał uciekać z Agdamu przed bombami, z jego stadionu zostały gruzy. Przeprowadził się do Baku, ale o korzeniach nie zapomina. Był klubem uchodźców, z czasem stał się klubem całego Azerbejdżanu, zasilanym pieniędzmi największego holdingu spożywczego w kraju. - Dla mieszkańców Azerbejdżanu ten klub jest wszystkim. Nasze ziemie od lat są okupowane i dzięki sukcesom na boisku, zwracamy na to uwagę świata - mówi Nurlan Ibrahimow, szef PR Qarabagu. Jego piłkarze dotarli do Warszawy czarterowym samolotem z utajnioną trasą lotu, mimo że prezydent Azerbejdżanu zakazał lotów cywilnych po wznowieniu walk o Górski Karabach. Qarabag od lat jest jego oczkiem w głowie i wizytówką Azerbejdżanu, więc jest traktowany wyjątkowo. Tym bardziej teraz, gdy walki znów się zaostrzyły i nie zaszkodzi jeszcze raz powiedzieć Europie, że Qarabag z miasta Agdam, kontrolowanego przez Ormian, to klub azerski.

Zobacz wideo Różnica między Vukoviciem a Michniewiczem? Michniewicz kocha ten zawód

- Czuje się, że w tym klubie chodzi o coś więcej niż tylko grę w piłkę. Temat Górskiego Karabachu jest dla nich ważny i pamiętam, że w kilku sytuacji, gdy został poruszony, piłkarze bardzo się emocjonowali - mówi Jakub Rzeźniczak, którzy przez dwa lata grał w Qarabagu.

"To zaskakujące, jak szybko człowiek przyzwyczaja się do wojny"

Armenia i Azerbejdżan to dwie byłe republiki radzieckie, które od ponad trzydziestu lat spierają się o Górski Karabach - niewielki teren, na którym dokonano co najmniej dwóch masowych mordów ludności cywilnej i który jest najbardziej zaminowanym rejonem byłego Związku Radzieckiego. Wreszcie teren, który z punktu widzenia prawa międzynarodowego należy do Azerbejdżanu, ale obecnie zamieszkiwany jest przez Ormian i kontrolowany przez Armenię. Konflikt trwa od lat. W jego wyniku zmarło ponad 30 tysięcy ludzi, 70 tysięcy zostało rannych, a milion musiało szukać nowego domu. Agdam niegdyś liczył 40 tysięcy mieszkańców, dzisiaj jest opustoszały. Mówią, że to miasto duchów, Hiroszima Kaukazu, wspomnienie Azerów o terytorium, które jest ich, ale nie mają nad nim żadnej kontroli. W niedzielę znów zawrzało. Armenia ogłosiła, że Azerbejdżan przeprowadził atak lotniczo-artyleryjski na Górski Karabach. Baku odpowiedziało: "to kontrofensywa w odpowiedzi na prowokację wojskową". Oba kraje wprowadziły stan wojenny. Znów zaczęli ginąć ludzie.

Qarabag zawsze był w centrum tego konfliktu - grał, gdy trwała wojna, zdobywał pierwsze mistrzostwo Azerbejdżanu, mimo że niedaleko wybuchały bomby. Dawał radość w smutnym czasie. Podnosił puchar tydzień po tym, jak jego miasto upadło. Zamiast świętować, piłkarze wrócili do zbombardowanego Agdamu, żeby pomóc swoim krewnym wydobywać spod gruzów majątek i rodzinne pamiątki. - Ormianie nie tylko zrzucali bomby. Później zabierali wszystko, co pozostało: meble, rury, cegły, belki. Z tego zbudowali swoje domy - uważa Adil Nadirow, były piłkarz i trener Qarabagu. 

Qarabag był tworzony przez ludzi z Karabachu, dla ludzi z tego miejsca. Był klubem wrośniętym w ten region. Historycznie - sąsiedzkim i rodzinnym. Po wybuchu wojny jego piłkarze chcieli zaciągać się do armii i walczyć, ale nie dostali zgody władz, które powtarzały, że jako piłkarze mają w tej sytuacji swoją misję - grać, jak zespół na tonącym Titanicu, by odciągać myśli kibiców od wojny. Na ich mecze, mimo zagrożenia, przychodziły tysiące kibiców. Według relacji samych piłkarzy - nawet 15 tysięcy, mimo że stadion mieścił 10 tys. - Trudno opisać to, co się wtedy działo. Ja nie umiem opowiedzieć o skali zniszczeć Agdamu. To się działo w tak krótkim czasie… Codziennie wstawaliśmy i dowiadywaliśmy się, że ktoś z naszych znajomych nie żyje. Stadion został trafiony dwa razy. Na tyle szczęśliwie, że akurat nikogo na nim nie było. W 1992 roku bomba trafiła w nasz ośrodek treningowy. Nikt nie zginął, bo znów dopisało szczęście i akurat nie trenowaliśmy. Pamiętam, że przyszyliśmy na zajęcia, odgruzowaliśmy boisko i normalnie ćwiczyliśmy. To zaskakujące, jak szybko człowiek przyzwyczaja się do wojny - opowiadał „The Independent” Szahid Kasanow, były kapitan zespołu.

Kasanow wspomniał też mecz z FK Insaatci. - Graliśmy u siebie. Goście przyjechali z Sabirabadu, leżącego ponad 150 km na wschód od Agdamu. Tam wojny nie było. Podczas meczu zaczął się ostrzał. Oni padli na murawę, a my graliśmy dalej, zahartowani, przyzwyczajeni. To niesamowite - mówi.   

W miarę nasilania się kryzysu klub stał się symbolem woli przetrwania. - Przed jednym meczem w 1992 roku musieliśmy sprowadzić hałdy ziemi, żeby zakopać dziurę na środku boiska, którą zrobiła bomba. Później graliśmy. Wiedzieliśmy, że jesteśmy na wojnie, latające nad głową samoloty o tym przypominały. Ale nie baliśmy się śmierci. Agdam był naszym domem i naszym obowiązkiem było grać w piłkę dla tych ludzi, którzy walczyli o naszą przyszłość - mówił Kasanow.

Ten ostatni mecz - 12 maja 1993 roku - też rozegrano pod artyleryjskim ostrzałem. Kilka tygodni później stadion został zamieniony w gruzy. Tysiące mieszkańców uciekło do obozów dla uchodźców poza strefą okupacyjną. Qarabag przez wiele lat, przed każdym meczem, wysyłał do obozów kilka autobusów, żeby kibice mogli dojechać na ich mecze. Tyle że to pięć godzin jazdy w jedną stronę. 

Qarabag ma potężne znaczenie dla konfliktu o Górski Karabach 

Wydawało się więc, że Qarabag stracił wszystko: dom, kibiców, tożsamość i pieniądze. Pod koniec lat 90. był bankrutem. Uratowała go ta straszna historia. Władze Azerbejdżanu szukały sposobu, by trwale zaznaczyć swoje roszczenia wobec utraconego Górskiego Karabachu. Hajdar Alijew, były prezydent Azerbejdżanu, ojciec obecnego prezydenta Ilhama Alijewa, w 2001 roku kazał wspieranemu przez państwo holdingowi Azersun zainwestować w klub i "uratować go od zapomnienia". Uratował. Dał pieniądze, wybudował nowy stadion i ośrodek treningowy.

Dzięki temu dzisiaj Qarabag jest figurą szachową w rękach władz państwa. Co roku wchodzi do europejskich pucharów i reprezentując sporny region, występuje pod azerską flagą. - Skład etniczny całego regionu jest skomplikowany. Sam Karabach dzielimy na dwie części: Górski, czyli ten, o który trwa konflikt, i Nizinny, w którym leży Agdam. W Nizinnym rzeczywiście więcej było Azerów, ale w trakcie konfliktu zbrojnego na początku lat 90. Ormianie, kolokwialnie mówiąc, nieco się zapędzili i wyszli poza Górski Karabach i siali spustoszenie również w tym Nizinnym. Azerowie musieli uciekać, klub również - mówi Mieszko Rajkiewicz z Instytutu Nowej Europy oraz Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. - Znaczenie klubu dla sprawy Górskiego Karabachu jest potężne. Etnicznie cały Karabach jako region jest ormiański, ale przez to, że znamy azerski klub, który w nazwie ma wpisany ten region, to automatycznie zakładamy, że cały region też musi być azerski. Qarabag gra przecież pod azerską flagą - dodaje. 

- Czuje się, że w tym klubie chodzi o coś więcej niż tylko grę w piłkę. Temat Górskiego Karabachu jest dla nich ważny i pamiętam, że było kilka takich sytuacji, gdy został poruszony, to bardzo się nim emocjonowali i przeżywali. Pamiętam, że jak graliśmy z Arsenalem w Londynie, to na boisko wbiegł kibic z flagą Armenii. Nasz kapitan zaczął go gonić i myślę, że jakby go dorwał, to doszłoby do rękoczynów. Nie przejmowałby się, że dostanie czerwoną kartkę, a wręcz myślę, że zostałby takim chwilowym bohaterem narodowym. Qarabag reprezentuje region i jest jego wizytówką na świecie. Byliśmy goszczeni przez prezydenta po jakichś sukcesach. Prezydent wykorzystuje je do promocji kraju i dlatego mówi się, że klub ma znacznie polityczne - opowiadał w Sekcji Piłkarskiej Jakub Rzeźniczak, który grał w Qarabagu przez dwa lata. 

- Sam wynik sportowy też jest bardzo ważny. Qarabag jest jednym z nielicznych klubów postradzieckich, które grały w Lidze Mistrzów. Widzimy więc, że jest dobrze zarządzany, dobrze gra w piłkę, ma pieniądze. Skrótowo: odbieramy go pozytywnie i automatycznie wiążemy to z całym Azerbejdżanem. I skoro ten Azerbejdżan tak dobrze się kojarzy, to może ten region, o który walczy, powinien być jego? O taki sposób myślenia chodzi władzom - tłumaczy Rajkiewicz. - Do tego dochodzą różne imprezy sportowe, które Azerbejdżan organizuje, by ocieplać swój wizerunek. W XXI wieku było ich już ponad trzydzieści. Pięć lat temu igrzyska europejskie, w zeszłym roku finał Ligi Europy, w przyszłym roku Euro - wymienia.

Mecz z Legią Warszawa z perspektywy azerskiej odbywa się w cieniu kolejnych walk o Górski Karabach. Jeśli ich klubowi uda się awansować do Ligi Europy, władze zapewne wykorzystają to PR-owo. - Pewnie popłyną do klubu gratulacje od władz państwowych. Mogą pojawić się jakieś wspólne oświadczenia w tej sprawie. Zresztą Qarabag, przedstawia na swojej stronie internetowej cały przebieg walk, pokazuje, jak były zajmowane kolejne miasteczka i wsie. Podejrzewam, że w tej sytuacji rola społeczna takiego awansu i możliwość zaprezentowania się na europejskiej arenie będzie jeszcze ważniejsza. Ten związek państwa z klubem jeszcze się zacieśni i zostanie wizerunkowo wykorzystany - mówi Rajkiewicz.