Reakcja Legii Warszawa mówi wszystko. Trzeba było się uszczypnąć

Dawid Szymczak
Posłuchaj artykułu (ładuję...)
To był mecz w myśl "3xZ": zagrać, zwyciężyć, zapomnieć. Legia Warszawa miała obowiązek pokonać Caernarfon Town, ale długo nie robiła nic ponad normę. Chłodno, beznamiętnie, bez przejmowania się stylem zdobywała kolejne bramki. Dopiero po przerwie w jej grze pojawiło się więcej kreatywności i fajerwerków. Ostateczne 6:0 rozstrzyga kwestię awansu i każe Legii przyklasnąć.

Mimo bardzo wysokiego zwycięstwa, nie będzie to wieczór latami wspominany przy Łazienkowskiej. Puste trybuny, letnia temperatura i półamatorzy naprzeciwko - za słabi, by realnie zagrozić, a jednocześnie zbyt zdeterminowani, by poddać się bez walki. Od sparingu różniło ten mecz tylko to, że Legia Warszawa miała absolutny obowiązek wygrać, by przejść do kolejnej rundy eliminacji Ligi Konferencji i dorzucić punkty do rankingu UEFA. I zrobiła to, choć długo wydawało się, że pójdzie po linii najmniejszego oporu. Była jak pracownik, który nie walczy o uznanie szefa, premię ani tytuł najlepszego w danym miesiącu, a jedynie chce zrobić swoje, nie zmęczyć się za bardzo i wrócić do domu. Ale taka Legia była tylko przed przerwą. Druga połowa to - na szczęście - zupełnie inna historia.

Zobacz wideo Tak Roy Hodgson ocenił reprezentację Polski! Ależ słowa legendy

Trzeba było się uszczypnąć. Zaskakujący początek Legii Warszawa

To, co działo się przez 45 minut fundamentalnie kłóci się z podejściem Goncalo Feio, który zaraz po zwycięstwie 2:0 z Zagłębiem Lubin, w obecności klubowych kamer, streszczał jego najważniejsze założenia. - Zdobywamy bramkę, jesteśmy ofensywni i walczymy o następną. Po trzeciej walczymy o czwartą! I tak dalej! Macie chcieć więcej. Jak byście byli cały czas głodni! Cały czas więcej! - mogliśmy obejrzeć w kulisach tego spotkania "Legia Inside".

Nikt w szatni nie mógł być tymi słowami zaskoczony, bo Portugalczyk w podobnym tonie wypowiada się, odkąd tylko pojawił się w Legii. Tak się przedstawił - jako charyzmatyczny i ambitny. Taka ma też być jego drużyna, dlatego Feio wszedł w ten sezon nieustannie podkreślając, że celem jest zdobycie mistrzostwa Polski. Poza tym nie tylko chce do Ligi Konferencji awansować, ale grać w niej jeszcze wiosną. Gdy tylko ktoś podstawiał mu pod nos mikrofon, powtarzał, że nie ma żadnych wymówek, że on i piłkarze mają świetne warunki do pracy, więc rozwój jest ich obowiązkiem. Nie przepuścił żadnej okazji, by wspomnieć o wymaganiach, jakie narzucił zespołowi. Jakby miało się to utrwalić: piłkarzom, asystentom i dyrektorom. Właściwie każdemu, kogo może minąć na klubowym korytarzu.

Ale na początku meczu z Caernarfon Town tej ambicji kompletnie w grze Legii nie było. Musieliśmy się uszczypnąć, gdy to rywale wyprowadzali groźne kontry i oddawali strzały na bramkę Kacpra Tobiasza. Najpierw, w 8. minucie, tuż nad poprzeczką huknął Danny Gosset, a chwilę później Zack Clarke wpadł w pole karne, okiwał Claude Goncalvesa i trafił w boczną siatkę. Legia wyszła na boisko ospała, za spokojna, jakby była przekonana, że nic jej nie grozi, a mecz wygra się sam. Potrzebowała kilkunastu minut i dwóch-trzech reprymend od Feio, by okiełznać i zdominować nakręconych rywali. Na pierwszego gola czekała do 22. minuty, kiedy po rzucie rożnym piłkę trącił Steve Kapuadi, a do bramki z bliska wbił ją Marc Gual. Drugi gol padł niespodziewanie, tuż przed zejściem na przerwę, gdy walijski bramkarz sam wbił piłkę do bramki po niecelnym dośrodkowaniu Morishity.

Nie wiemy, co działo się w przerwie w szatni Legii, ale patrząc na to, z jakim nastawieniem wyszli jej piłkarze na drugą połowę, Feio raczej nie był zadowolony i wymagał zdecydowanie więcej.

Najważniejszy mecz w historii Caernarfon Town

Słusznie, bo Caernarfon Town to zespół złożony z półamatorów trenujących dwa razy w tygodniu, często w biegu - po pracy i wynagradzanych mniej więcej tysiącem funtów miesięcznie. Szefowie klubu wylot do Warszawy dopięli dopiero na początku tygodnia, szczegóły dogrywali jeszcze we wtorek. W środę piłkarze wsiedli do autobusu, w drodze na lotnisko w Birmingham zajechali jeszcze do "Subwaya", a później musieli poczekać na opóźniony samolot i w Warszawie wylądowali wieczorem. Nie było pewne, czy w ogóle stawią się na treningu, ale ostatecznie około godz. 20 byli przy Łazienkowskiej. Zdążyli przeprowadzić zajęcia i zachwycić się stadionem. Ten, na którym grają na co dzień, ma dwie niewielkie trybuny i nie spełnia wymagań UEFA, więc Legia na rewanż zostanie zaproszona do pobliskiego Bangor. Ale i tamten obiekt trudno porównać do tego w Warszawie. Na stadionie Legii bez trudu zmieściliby się wszyscy mieszkańcy 10-tysięcznego miasteczka, które Caernarfon Town z dumą reprezentuje. Tym bardziej sami Walijczycy żałowali, że na meczu nie było kibiców, bo dopełniliby jeden z najważniejszych wieczorów w ich karierach.

Przeglądając posty publikowane w mediach społecznościowych Caernarfon, można było odnieść wrażenie, że ogląda się relację z wymarzonej wycieczki szkolnej. Piłkarze pierwszy raz w historii grają w europejskich pucharach i tak profesjonalnie przygotowują się do meczów: latają, mają zgrupowania w porządnych hotelach, trenują w świetle jupiterów. To co dla profesjonalistów jest żmudną codziennością, dla nich pozostaje niesłychanym świętem. Weszli do Europy poprzez baraże - po zajęciu piątego miejsca w tabeli. Ich liga w zdecydowanej większości składa się z zespołów podobnych do nich. Tylko The New Saints jest klubem profesjonalnym. W Walii inwestuje się przede wszystkim w piłkę młodzieżową, a najzdolniejszych juniorów jak najszybciej wysyła się do angielskich akademii, przez co później do reprezentacji najczęściej trafiają zawodnicy bez choćby jednego występu w rodzimej lidze. Caernarfon w tej lidze jest przeciętniakiem - ani razu w historii nie skończyło na podium, a największym sukcesem są czwarte miejsca z sezonów 1996/1997 i 2018/2019. Już w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Konferencji pokonanie po rzutach karnych Crusaders z Irlandii Północnej było sensacją. Dwumecz z Legią był dla Caernarfon Town niejako nagrodą za to osiągnięcie i absolutnym świętem.

- Musimy zrozumieć kontekst tego meczu. Dla naszych przeciwników będzie to najważniejsze spotkanie w historii klubu. Dla ich trenera, dla samych piłkarzy, dla wszystkich. Nie ma więc wątpliwości, że ich zaangażowanie będzie maksymalne. Będą zabijać się na boisku - mówił na konferencji prasowej Goncalo Feio.

O taką reakcję chodziło. Awans pewny, lekcja odbyta

I tak było. Aż do drugiej połowy, kiedy po pierwsze - Legia wreszcie podkręciła tempo, a po drugie - Walijczycy opadli z sił. Już w 48. i 53. minucie Marc Gual strzelił dwa gole. Wtedy komentujący mecz w Polsacie Bożydar Iwanow słusznie zauważył, że były to pierwsze bramkowe akcje, które przyniosły Legii satysfakcję. Pierwsza z nich zaczęła się od dryblingu Luquinhasa i jego przytomnego podania w pole karne do Blaża Kramera, który najpierw efektownie piłkę przyjął, a drugim kontaktem wyłożył ją do Hiszpana. Gol na 4:0? Wreszcie szybsze rozegranie piłki w środku, kilka podań bez przyjęcia, zaproszenie do akcji Morishity i jego celne dogranie do Guala, który skompletował hat-tricka.

Później Kramer zmarnował rzut karny, ale już trzy minuty później zrehabilitował się wykorzystując podanie Mateusza Szczepaniaka. Było 5:0. W doliczonym czasie gry strzałem pod poprzeczkę sprzed pola karnego pierwszą bramkę dla Legii zdobył Claude Goncalves.

To wreszcie był zespół, który chce oglądać Feio i kibice. Trzy gole? Legia szukała czwartego. Cztery? Szła. naprzód, po piątego. Pięć? No to jeszcze jeden. I za reakcję w drugiej połowie należy ją pochwalić. Awans do kolejnej rundy ma pewny. Za sobą ma też lekcję wykuwania charakteru i mentalności potrzebnej do walki o mistrzostwo Polski.

Więcej o: