W reprezentacji Polski rozpętało się piekło. Matusiński: Ania odmówiła. Dalsze rozmowy nie miały sensu

Łukasz Jachimiak
Ostatniego dnia MŚ w Eugene trener Aleksander Matusiński spotkał się z grupką polskich dziennikarzy, by wyjaśnić wszystkie porażki biegaczek na 400 metrów. Trudno nie dostrzec, że odpadnięcie w eliminacjach znakomitej sztafety to pokłosie konfliktu, jaki powstał w grupie już pierwszego dnia MŚ.

Pierwszego dnia MŚ w Eugene w reprezentacji Polski rozpętało się piekło. Anna Kiełbasińska odmówiła startu w sztafecie mieszanej 4x400 metrów. Nasza druga najszybsza w tym roku zawodniczka wydała oświadczenie. Poinformowała, że trener Aleksander Matusiński obiecał jej start tylko w finale, bez konieczności biegania również kilka godzin wcześniej w eliminacjach. Trener w ostatniej chwili chciał, by Kiełbasińska jednak pobiegła dwa razy, bo zorientował się, że przed finałem będzie mógł dokonać tylko jednej zmiany (na igrzyskach w Tokio, gdzie wywalczyliśmy złoto, zrobił trzy zmiany).

Zobacz wideo Maria Andrejczyk: Ważniejsze są cisza i spokój, które pozwalają skupić się na najcięższej pracy

Kiełbasińska w oczach wielu kibiców skompromitowała Polski Związek Lekkiej Atletyki i trenerów sztafety mikst (Matusińskiego i Marka Rożeja), podkreślając w oświadczeniu, że ona o zmianach w przepisach wiedziała już dwa tygodnie wcześniej i nie jest jej winą, że nikt w naszej ekipie nie wiedział, przez co wszystko było źle zaplanowane.

Postawę Kiełbasińskiej za zdradę uznali Karol Zalewski i przede wszystkim Justyna Święty-Ersetic oraz Natalia Kaczmarek. Obie dawały do zrozumienia, że nie chcą już w Eugene biegać z Kiełbasińską. Chociaż w programie była jeszcze klasyczna, damska sztafeta 4x400 m.

Dlaczego Święty-Ersetic i Kaczmarek aż tak się zdenerwowały? Jak próbowano przekonać Kiełbasińską, by jednak pomogła drużynie? Kto popełnił błąd, nie śledząc zmian w przepisach? Na te pytania odpowiedzieć próbuje trener Matusiński.

Trenerzy nie dostali informacji. "Nie wiem, czy ktoś w związku zawinił"

- Informacja o zmianie w przepisach rozgrywania sztafety mieszanej nie dotarła ani do mnie, ani do trenera Rożeja aż prawie do zawodów. 20 czerwca PZLA przekazał nam do ściągnięcia team manual, czyli jedyny dokument, który mówi o sposobie przeprowadzania zawodów. Nie ma w nim żadnych informacji na temat nowej ilości zmian w mikście. Ten zapis pojawił się bodajże dwa dni przed startem, w manualu na stronie internetowej mistrzostw. Mamy ściągnięty team manual z czerwca i ten, który był tutaj na MŚ, widzimy różnicę - mówi Matusiński.

- Podobno po 20 czerwca do krajowych związków została wysłana aktualizacja. Nie wiem, czy do PZLA dotarła, czy ktoś w związku zawinił i nam jej nie przesłał. W każdym razie o wszystkim dowiedzieliśmy się dwa dni przed startem. I musieliśmy się dostosować - dodaje trener.

Matusiński nie ma przekonania, czy Kiełbasińska wiedziała o zmianach wcześniej niż cała nasza ekipa. To jest możliwe, ona trenuje z Holenderkami, ma szwajcarskiego szkoleniowca, od kogoś z tego międzynarodowego towarzystwa mogła słyszeć, że teraz w sztafecie mieszanej będzie możliwe zrobienie tylko jednej zmiany.

- Nie wiem, skąd się Ania dowiedziała. Proszę ją zapytać. Na naszym zebraniu powiedziała, że nie wiedziała, że może wiedziała. A z jej oświadczenia się dowiedziałem, że od dwóch tygodni wiedziała. To oświadczenie przeczytałem dopiero po paru dniach, nie chciałem sobie tym zaprzątać głowy, nie chciałem się do tego odnosić, bo trwały zawody - mówi trener.

Zalewski miał obiecane dokładnie to, co Kiełbasińska

Matusiński podkreśla, że gdy nasza kadra znalazła się w nowej, trudnej sytuacji, wszyscy poza Kiełbasińską szukali nowego rozwiązania.

- Była rozmowa na zebraniu. Jedna, później druga. Kilkanaście osób było zaangażowanych w ten problem. Wszyscy chcieli się dostosować do przepisów, znaleźć rozwiązanie, a dopiero potem znaleźć tego, kto zawinił. Ta osoba wciąż jest do znalezienia. Ale wtedy my szukaliśmy rozwiązania - mówi Matusiński.

Trener zdradza ciekawe szczegóły. - Karol Zalewski miał też obiecany bieg tylko w finale, a nawet słowem się nie odezwał, pobiegł dwa razy - mówi.

Trener Kaczmarek był gotów poświęcić Natalię

- Po odmowie Ani jeszcze raz porozmawiałem z trenerem Rożejem, że może spróbujmy zrobić krok w tył, żeby Natalia też pobiegła w eliminacjach, choć uważałem, że jej, jako naszej najwyższej rankingowo zawodniczce należał się odpoczynek przed finałem. Ale byliśmy gotowi to zrobić i wtedy Karola Zalewskiego świeżego byśmy wstawili na finał - opowiada dalej Matusiński.

- Ale Ania powiedziała, że takie rozwiązanie też jej nie satysfakcjonuje. Uważam, że dalsze rozmowy nie miały sensu. Trener Rożej chciał ten krok w tył zrobić, Natalia nawet nie wiedziała, ale pobiegłaby dwa razy, gdybyśmy tak zdecydowali. Natomiast Ania nie zgodziła się na żadne nowe rozwiązanie - dodaje Matusiński.

Przykład z koszykówki i przykład najlepszy: Justyna Święty-Ersetic

- W sytuacji nagłej trzeba zareagować, pomóc. Nie wyobrażam sobie, że na przykład koszykarz zagra tylko w trzeciej kwarcie, bo tak się umówił, a gdy nagle się okazuje, że jest potrzebny również w czwartej, to on odmawia, nie chce pomóc gonić wyniku - mówi jeszcze Matusiński. I podaje chyba najlepszy przykład, z życia tej sztafety.

- Na MŚ w Dausze w 2019 roku mieliśmy w indywidualnym finale Justynę Święty-Ersetic i Igę Baumgart-Witan. Było powiedziane jasno: zawodniczka, która będzie miała słabszy wynik w finale, będzie biegła w eliminacjach sztafety. Bo tam mieliśmy rezerwowe w słabszych dyspozycjach. Justyna była w finale lepsza od Igi, ale powiedziałem jej: "Justyna, jesteś mocniejsza, zregenerujesz się, niech Iga odpocznie, zwłaszcza że jest lekko przeziębiona". Justyna słowem nie zaprotestowała, pobiegła.

"To jest rozgoryczenie. To emocje"

Matusiński mówi wprost, że rozumie, dlaczego w emocjach Święty-Ersetic powiedziała po finale sztafety mieszanej, że nie wyobraża sobie, że miałaby w Eugene stanąć na bieżni razem z Kiełbasińską. - W sumie rozumiem te słowa. To jest rozgoryczenie. To emocje. Dziewczyny na pewno się nie czuły pewnie i komfortowo. Natomiast później przez tydzień wspólnie przepracowaliśmy temat i już nie było mówienia, że ktoś z kimś nie pobiegnie. Wszystkie dziewczyny chciałby pobiec dla reprezentacji, wszystkie były nastawione na wspólną walkę - mówi trener.

Tej wspólnej walki nie było, bo damska sztafeta 4x400 metrów nie awansowała do finału. Odpadnięcie Polek w eliminacjach to sensacja. One od 2017 roku na MŚ, ME i igrzyskach zdobyły dziewięć medali. Piękna seria kończy się w bardzo przykry sposób. Na pewno w jakiejś mierze powodem niepowodzenia jest zepsuta atmosfera w drużynie.

Matusiński nie żałuje, że wybrał taki skład. "To nie są roboty"

- Nawet przy tych trudnych okolicznościach sztafeta powinna być w finale. Przy takim ułożeniu składu, jaki był - mówi Matusiński.

W eliminacjach nie pobiegły najszybsze Kaczmarek i Kiełbasińska. Trener tłumaczy, że obie musiały być oszczędzane na finał. - Ania i Natalia są w najlepszej dyspozycji, ale miały swoje problemy. Natalia po eliminacjach miała zatrucie pokarmowe, przez trzy dni nie było wiadomo czy wyjdzie na trening, czy go zrobi. Natomiast Ania była potwornie zmęczona po biegach indywidualnych (dotarła do finału, zajęła ósme miejsce). Te dziewczyny to nie są roboty, swoje już przeszły, mają różne urazy, Uznaliśmy wspólnie, że jeżeli mamy walczyć o medal, a tylko takie cele nas interesują, to musimy wystawić świeże zawodniczki - mówi Matusiński.

Jury nie ma racji, kolizja zabrała nam finał

Trener jest przekonany, że sztafeta w składzie: Święty-Ersetic, Baumgart-Witan, Kinga Gacka i Małgorzata Hołub-Kowalik wywalczyłaby awans do finału, gdyby nie pech Hołub-Kowalik. Ona ruszała na ostatnią zmianę na trzecim miejscu. Gdyby na nim dobiegła do mety, Polki weszłyby do finału. Niestety, finiszowała piąta. Z kontuzją lewej stopy.

- Kanadyjka, która odbierała pałeczkę na ostatniej zmianie, stała za blisko Gosi i ta, która oddawała jej pałeczkę, nie miała gdzie zahamować, dlatego nadepnęła na stopę Gosi. Porwała Gosi buta, zrobiła rany w stopie. Do wejścia do finału zabrakło nam 0.23 s. Myślę, że bez kontuzji Gosia by zyskała więcej i mielibyśmy finał - analizuje trener. - Chociaż uczciwie trzeba powiedzieć, że wszystkie dziewczyny pobiegły trochę słabiej niż wychodziło z kalkulacji - dodaje.

Wobec kolizji Kanadyjki z Hołub-Kowalik PZLA złożył protest. Wnioskowaliśmy o dodanie nas do finału. Ale jury uznało, że kontakt był minimalny i nie miał wpływu na wynik. - Powiem tylko, że Gosia ledwo chodzi, powłóczy nogą. Nie wiadomo jak to się skończy, jak będzie przebiegało leczenie - mówi Matusiński.

"Jak dostaną rozkaz, że mają razem stanąć na bieżni, to nie widzę możliwości, że któraś odmówi"

Główny trener sztafety 4x400 m jest przekonany, że nieudane starty w Eugene nie przekreślą drużyny, która w ostatnich latach była jedną z najlepszych w całym polskim sporcie.

- Dziewczyny są profesjonalistkami. Wiedzą, że w sporcie bywa różnie. My cały czas lecieliśmy na fali wznoszącej, wyciągaliśmy nawet więcej, niż teoretycznie powinniśmy. Na pewno dziewczyny się zmobilizują, dobrze popracują przez trzy tygodnie i spróbują zrobić jak najlepsze wyniki na mistrzostwach Europy w Monachium. Porobimy badania krwi, posprawdzamy, co się dzieje w organizmach. I pojedziemy na zgrupowanie. Temat nieporozumień już odetniemy. A Anię, jeśli będzie zdrowa, jak najbardziej widzę w sztafecie. Zarówno w biegu eliminacyjnym, jeśli będzie taka potrzeba, jak i w finale - mówi Matusiński.

- Nikt nikogo nie przepraszał, ale normalnie ze sobą rozmawiamy, nie krzyczymy na siebie. Przypuszczam, że dziewczyny na wakacje z Anią nie pojadą, natomiast jak dostaną rozkaz, że mają razem stanąć na bieżni, to nie widzę możliwości, że któraś odmówi - kończy szkoleniowiec.

Więcej o: