Giro d'Italia. Sprint Vivianiego kończy izraelski tryptyk na trasie Giro

Jest coś niepokojącego w pustyni Negew: absolutna cisza. Kiedy się staje na krawędzi krateru Ramon i patrzy w dal, gdzie pofałdowana ziemia rozmywa się na horyzoncie, panująca wokół cisza oszałamia i wciąga. Dziś przeciął ją warkot śmigłowców, ryk motocykli i szum rowerowych kół. Giro wjechało na pustynię, po raz pierwszy w swojej ponad stuletniej historii.

Wśród dziennikarzy kolarskich krąży od lat pyszna anegdota o Ryszardzie Szurkowskim, który pytany o to, co najlepiej zapamiętał z wszystkich wyścigów i wszystkich krajów, które odwiedził w trakcie kariery, odpowiedział: "przednie koło". Doskonale to obrazuje, na czym polega praca kolarza w wyścigu. Na podziwianie widoków zwyczajnie nie ma czasu. Potwierdzają to również wszyscy, którzy jadą w wyścigowej kolumnie.

Giro d'Italia Giro d'Italia ODED BALILTY/AP

Nie wiadomo, czy kolarze jadący na trzecim etapie Giro mieli dziś okazję rzucić okiem na widoki, jakie oferowała im pustynia Negew, ale przez blisko 230 kilometrów trasy nie było zbyt wielu innych możliwości. Tuż za Beer Szewą, zwaną przez Izraelczyków wrotami do Negew, rozsiane wzdłuż drogi ubogie beduińskie osady. Kilka obiektów wojskowych, a gdzieś dalej na pustyni potężne mury wielkiego więzienia. Wszystko to położone przy drodze, bo - jak to ktoś zgrabnie określił: "Izrael ma mnóstwo tajemnic, o których wszyscy wiedzą". Poza tym olbrzymie połacie suchej ziemi, gdzieniegdzie porośniętej rzadką roślinnością. I tak przez kilkadziesiąt kilometrów, aż do osady Micpe Ramon, przed którą zlokalizowany był dziś drugi lotny finisz. A zaraz za nim otworzył się jeden z najpiękniejszych widoków, jaki mogliśmy kiedykolwiek oglądać w kolarstwie: krater Ramon.

Pojęcie "krater" jest tu nieco mylące, bo w pierwszej chwili przywodzi na myśl miejsce uderzenia meteorytu. Tymczasem Ramon to naturalny krater o długości około 40 i szerokości 9 kilometrów, powstały na skutek przesunięcia się płyt tektonicznych. Jego urok wynika nie tylko z potężnych, blisko 300-metrowej wysokości brzegów, ale również różnorodnej powierzchni, powstałem w wyniku pomieszania się różnych warstw. Mamy tu więc wapienne skały, ziemię oraz fragmenty wulkanicznej lawy i popiołu. Całość tworzy niezwykle barwny krajobraz. Środkiem krateru przebiega droga, po której dziś jechali uczestnicy 101. Giro d'Italia.

Tę trasę wybrano nieprzypadkowo. Jest to bowiem jeden z bardzo popularnych w Izraelu celów wypraw rowerowych. Wprawdzie kolarstwo szosowe dopiero się tutaj do życia budzi (choć na drodze można było dziś spotkać dużą liczbę kolarzy), ale kolarstwo górskie ma w tym kraju już dosyć bogatą tradycję, doskonałe warunki do rozwoju oraz takie właśnie miejsca, jak pustynia Negew i krater Ramon. Stąd miedzy innymi obecność tu peletonu.

Ale i oczywiście z tego powodu, że to miejsce stwarza okazję do znakomitej sportowej rywalizacji. 230 kilometrów, które dzieli Beer Szewę z Eilatem trzeba przejechać w upale (dziś na szczęście palące słońce zasłonięte było chmurami), przy zaledwie kilkunastoprocentowej wilgotności. Po drodze rozegrać dwa sprinty: na 45. i 77. kilometrze oraz górską premię 4. kategorii, na kończącym przejazd przez krater Ramon podjeździe Faran River (127. km). Wszystkie te zdobycze podzielili między siebie uczestnicy ucieczki, zawiązanej tuż przed startem: Guillaume Boivin (Israel Cycling Academy), który wygrał obie próby sprinterskie, Marco Frapporti (Androni Giocattoli-Sider) - był najszybszy na premii górskiej oraz Enrico Barbin (Bardiani), który wprawdzie na podjeździe był dopiero drugi, ale wciąż jedzie w Maglia Azurra - koszulce lidera klasyfikacji górskiej.

Giro d'Italia 2018 Giro d'Italia 2018 ODED BALILTY/AP

Plany ucieczki pokrzyżował wiatr, który na długiej prostej, prowadzącej do Eilatu, momentami robił się bardzo porywisty i utrudniał uciekającym kolarzom skuteczną pracę. Zostali złapani na około 6 kilometrów przed metą, a na wąskie ulice Eilatu, po których jazdę utrudniały ciasne ronda, wjechała cała grupa. Prowadziła ją ekipa Quick-Step, pracująca na rzecz Elii Vivianiego. I - jak się okazało - pracowała niezwykle skutecznie, bo znakomicie wyprowadzony na pozycję Viviani, który schował się za plecami Sama Bennetta (BORA-hansgrohe) i przyciskany przez niego do bandy, zdołał się bokiem przecisnąć i dysponując ogromną mocą wyprzedzić Bennetta. Cienia Vivianiego złapał się w tej krótkiej rozgrywce Sasha Modolo (Education First) i na kreskę wjechał jako drugi. Bennett trzeci, a czwarty niepocieszony Jakub Mareczko, który tym razem nie zdołał skutecznie włączyć się do głównej rywalizacji.

Szczęśliwy Viviani najwyraźniej znalazł na Giro d'Italia swój patent na wygrywanie i po dwóch wygranych etapach prowadzi w klasyfikacji punktowej. Liderem pozostaje Rohan Dennis (BMC), z sekundą przewagi nad broniącym tytułu Tomem Dumoulinem (Team Sunweb).

Przepięknymi widokami i wielkimi emocjami kończy się izraelski tryptyk Grande Partenza Giro d'Italia. Pod wieloma względami - jak choćby liczbą i zaangażowaniem kibiców - zaskakujący i bardzo udany. Jutro dzień przerwy, niezbędny na transport wyścigu na Sycylię. Mimo bardzo ciepłego przyjęcia w Izraelu, Giro wraca tam, gdzie czuje się najlepiej: na ziemię włoską.