Tomasz Majewski to jeden z najlepszych polskich sportowców XXI wieku. Zaimponował zwłaszcza tytułami mistrza olimpijskiego. Nasz kulomiot był najlepszy na igrzyskach w Pekinie w 2008 roku i Londynie w 2012. O tamtych sukcesach, o drodze do nich i o życiu po nich Majewski opowiedział Sport.pl w dużej rozmowie z cyklu "Niedawny Mistrz". Teraz ją aktualizujemy.
Tomasz Majewski: - Dorobiłem się, wiadomo! Ale nie ma już tego programu. A nawet jakby był, tobym ich nie wpuścił. Bo wcale nie mam niesamowitych rzeczy do pokazywania.
- Dzisiaj jechałem metrem, ale mam troje dzieci, więc mamy też samochody, bo metrem nie wszędzie się dzieci przewiezie. Mamy dwa normalne samochody, do jeżdżenia, jak każdy.
- Czasem sobie o mnie przypomni. Ale wiadomo, że pandemia cały biznes zepsuła. A nawet jak ktoś się zgłosi, to mówię, że nie mam czasu. Mam małe dzieci, mam PZLA i tyle. Poza tym prawda jest taka, że we wszystkich normalnych, dobrych programach już byłem. U nas nie jest jak w Stanach, tu nie ma mnóstwa fajnych formatów, do których chciałbyś pójść.
- Miałem parę propozycji filmowych. Ale może tylko na jedną bym się skusił.
- Niestety, nie ma o czym, bo film nie powstał. Była ekipa, która chciała kręcić "Złego" na podstawie powieści Leopolda Tyrmanda. Szkoda, bo poważnie myślałem nad tą propozycją. To mi się wydawało fajne. Poza tym miałem już tylko śmieszne propozycje.
- Na przykład Patryk Vega chciał, żebym u niego zagrał. W horrorze! Przeczytałem scenariusz i podziękowałem.
- Jakąś pomniejszą. Osiłka oczywiście, a jaką inną?
- Niestety, nie. A bardzo chętnie bym się zgodził.
- Ha, ha, teraz to już ich nie mam i się nadaję do innych ról. Ostatnio miałem frajdę, bo poszedłem do programu, w którym sobie postrzelałem.
- "Strzelnica Navala". Robi to Polsat, a prowadzi Paweł "Naval" Mateńczuk, były żołnierz GROM-u, autor książek. Skorzystałem z zaproszenia i nie żałuję, ale to mi wystarczy. Ja już się naprawdę polansowałem, teraz niech młodzi zasuwają. Igrzyska w Tokio pokazały, że jest kogo promować. Niech ci ludzie mają swoje pięć minut. Mnie już średnio potrzebne są takie atrakcje.
- Co masz na myśli?
- Nieźle! To mi się upiekło, aż takich historii nie miałem. Chociaż, czekaj! "Tomasz Majewski z tajemniczą kobietą" – było coś takiego. A na zdjęciu ja i moja siostra w kinie. Parę głupkowatych zdjęć w trakcie kariery miałem. Ale, na szczęście, ja jestem jeszcze z tych czasów, kiedy nie każdy robił znanym ludziom zdjęcia i gdy nie było social mediów. Dziś pod tym względem jest ciężko. Teraz trudniej jest być popularnym. Dlatego na poligon jeszcze mogę pojechać, ale za więcej dziękuję.
- Postrzelałem z karabinu ręcznego i maszynowego, a największa frajda była, jak strzelaliśmy ze snajperskiego. W snajperce masz już odrzut konkret. Czujesz, że jest w tym pistolecie siła.
- Zdecydowanie mam w czym utrzymać karabin. Zwłaszcza że z barkiem mam spokój, odkąd zrobiłem operację.
- Cztery. Idąc chronologicznie: bark, dwa razy łokieć i ostatnio miałem robiony kręgosłup.
- Pewne partie ciała mam tak zużyte, jakbym miał 60 lat. Ale wiesz, jakoś się na razie wszystko trzyma. Od pięciu lat jestem na emeryturze i fizycznie się nie przemęczam. Ważne jest też to, że po karierze waga mi spadła. Ważę teraz 130 kilo.
- Ważyłem 145. Czuję się lepiej. Ale wiem, że z wiekiem kolejne rzeczy będą się zużywać. Jak na przykład biodra. Trudno, teraz się cieszę, że mam naprawiony kręgosłup. Wyprostowało mnie, mogę normalnie nosić swoje dzieciaki, nie jest źle.
- Medale i puchary trzymam w domu. Stoi sobie wszystko w jednym miejscu i zbiera kurz.
- Gdzieś leży, mam ją na pewno.
- Najpierw nie, a później już tak, bo zryta była, więc uważałem, żeby się nie rozwaliła.
- E tam, szczęście to ja miałem, jak byłem mocny, a jak nie byłem, to i szczęścia nie miałem. Bandana to był element już ugruntowanego wizerunku.
- Nie pamiętam, co ja wtedy, w Londynie, miałem w głowie. Z perspektywy inaczej się do sprawy podchodzi, to jasne. Ale wtedy chyba myślałem tak, że zdobycie mistrzostwa Polski po raz pierwszy było większym wyczynem. Ja wygrałem, a w ogóle sobie nie zdawałem sprawy z tego, że mogę mieć medal. Natomiast w Londynie szedłem po swoje. Byłem zdeterminowany, żeby wygrać, i po prostu wszystko zrealizowałem.
- Ale byłem tak mocno przygotowany, że pamiętam, jak stałem na Okęciu i twardo mówiłem, że lecę po złoty medal.
- Żadnego z nich nie złapano, a wszyscy trzej mieli bardzo długie kariery, wszyscy przez kilkanaście lat pchali na wysokim poziomie. Nie da się oszukiwać, jeśli przez tyle czasu jest się w systemie ADAMS, jeśli się startuje we wszystkich zawodach. Jeśli koksujesz i wszędzie jeździsz, to muszą cię złapać. Oni byli czyści.
- Tak, spotkałem go w Dausze na mistrzostwach świata w 2019 roku. On tam był jako trener zawodnika z Bahrajnu.
- Serdecznie się uściskaliśmy, pogadaliśmy chwilę i tyle. Spoko, ja już teraz inaczej do tego podchodzę.
- Wiesz co, to nie był dla mnie szok, ja wiedziałem, że go w końcu złapią. A zły byłem na siebie. Wtedy, na ME w Barcelonie z nim przegrałem, bo mi start nie wyszedł. On był nakoksowany, ale ja z nim przegrałem, bo słabo wypadłem.
- Wszystkim, co było dozwolone.
- Różne pobudzacze były, zależnie od tego, co było dozwolone. Trzeba było też je zmieniać, bo organizm się przyzwyczaja i coś, co dodawało energii raz i drugi, za kolejnym razem już tak dobrze nie działało. Pod koniec kariery to już waliłem kawę. Przez lata nie piłem jej wcale, bo w odżywkach miałem mnóstwo środków pobudzających. A w ostatnich latach żadne środki już nie działały jak wcześniej, więc naprawdę waliłem tę kawę.
- Miałem litrowy termos. Wsypywałem do niego pół opakowania kawy, zalewałem i przed zawodami wypijałem. To była dawka 10 mocnych kado w. Spoko.
- Po zawodach to trzeba było się napić. Rzeczywiście człowiek był bardzo pobudzony. Zmęczony, ale pobudzony. Wtedy trzeba było z pięć piwek wypić, żeby zasnąć. Pamiętam, że jak kiedyś nie wypiłem tych piw, to źle spałem i następnego dnia trudno mi było funkcjonować. W sporcie, w którym musisz być maksymalnie napięty na jeden strzał, tak jest. To jest normalna droga postępowania po tego rodzaju wysiłku.
- Obaj to wspominamy. Bo tak było – biedni byliśmy, nie mieliśmy kasy nawet na jedzenie. Ale jakoś daliśmy radę. Każdy ma jakieś początki.
- Wiesz, jak jesteś przyzwyczajony do ciężkich warunków, to nic ci nie przeszkadza. Myśmy doceniali wszystko, dla nas to i tak było dużo, czuliśmy, że mamy lepiej, że jest fajnie. I nam nadal niewiele trzeba. To się nie zmieniło, nawet jak byliśmy na światowym topie. A do tego mieliśmy satysfakcję, że tam doszliśmy, idąc od samego dołu, i że wywalczyliśmy sobie i przy okazji innym już naprawdę dobre warunki.
- Miałem ciut wcześniej stypendia. Szybciej zacząłem jeździć na mistrzowskie imprezy i zajmować jakieś miejsca, które dawały pieniądze.
- Raz. Jak brat robił dyskotekę na wsi. W prawdziwych komercyjnych klubach to nie.
- Z trójskokiem to była chwila. Jak poszedłem do liceum do Ciechanowa, to na stadionie było tylko dwóch trenerów. U pierwszego robiłem nawet nie tyle trójskok, co ogólnorozwojówkę, ale zaraz przeszedłem do rzutów i tam zostałem.
- No pewnie, że nie. Jak już cokolwiek mi zaczęło wychodzić, jak uwierzyłem, że naprawdę będę pchał tą kulą, to miałem cele, ale normalniejsze – mistrzostwo Polski, a nie mistrzostwo olimpijskie! Chciałem się załapać do kadry, później mi się zaczęły marzyć igrzyska. W 2000 roku nie miałem szans, a w 2004 roku długo walczyłem i w końcu mi się udało.
- Szczerze? Najpierw myślałem, że to fajnie, a jak później byłem na stadionie, to stwierdziłem, że do d**y było! My nie mieliśmy żadnej atmosfery, a na stadionie było kapitalnie. W każdym razie pobrałem naukę. Cenną.
- Tak wychodziło, że mogę mieć brąz. Trzeci byłem w halowych MŚ w Walencji i sezon się układał właśnie tak na moje trzecie miejsce. Ale przed samymi igrzyskami forma mi rosła, na mityngu w Londynie zrobiłem życiówkę, a później jeszcze świetnie wyszedł nam obóz. Trafiliśmy z przygotowaniami tak, że czułem się jak nigdy. Ale jasne, że o złocie nie myślałem, skoro byli rywale, którzy pchali po metr dalej ode mnie. Dopiero po eliminacjach uwierzyłem, że ja to mogę wygrać. I z tą myślą przyszedłem na finał. Dzięki temu zrobiłem życiówkę. Dzięki pewności, dzięki dobremu nastawieniu.
- Ja byłem w euforii! Widziałem, że rywale są sparaliżowani ze strachu. Po eliminacjach wyszedłem do dziennikarzy i mówiłem, że ja to naprawdę mogę wygrać.
- Ha, ha! Kiedyś żartowałem, mówiąc, że miałem takie marzenie. Ja bym się do koszykówki nie nadawał.
- Nie mówię, że nie nadawałbym się fizycznie. Ale psychicznie byłby kłopot. Nie jestem stworzony do zespołówek. Natomiast jako kibic koszykówkę kocham. Jestem dzieckiem tej epoki, w której panowie Szaranowicz i Łabędź komentowali mecze na Dwójce. Oglądałem wszystko, miałem prowizoryczne kosze, które wieszałem na oborach i stodołach, i grałem. Boiska nie było w całej gminie, ale ja grałem! Zainteresowanie NBA zostało mi na całe życie.
- Nie, już się w to nie bawię. Kiedyś miałem mnóstwo pomysłów i kombinowałem w pierwszym sklepie w Warszawie, w którym można było robić swoje nadruki.
"Sex, drugs, shot put". Miałem tę koszulkę bardzo długo. Pomysłów mi nie brakowało. Na hasła i na grafiki. Ale już wszystko się podarło, minęło.
- Tak, mam z tej pracy satysfakcję. Sam nigdy nie byłem marudzącym sportowcem, a że przeszedłem właściwie wszystkie stadia, to dobrze wiem, co jak wygląda. Wszędzie byłem, wszystko ogarniam i mi się kitu nie wstawi. Przy tym mam w miarę dobry kontakt z zawodnikami. Oczywiście trochę mi zajęło, zanim się przestawiłem na inne myślenie. Ale miałem o tyle łatwiej, o tyle byłem przygotowany, że mój trener był działaczem i w ostatnich latach naszej pracy on już to wszystko chłonął. Dzięki temu szybko zrozumiałem, jak wszystko wygląda organizacyjnie.
- Tak, to jeszcze nie mój moment. A ten układ działa nam pięknie. Mam nadzieję, że nadal tak będzie. Efekty chyba widać.
- Pewnie tak. Ale na razie jestem na stanowisku wiceprezesa i robię, co mogę, żeby porządnie pracować.
- Spoko robota i fajne doświadczenie!
- Robiłem już podobne rzeczy jako kierownik ekipy, ale w lekkoatletyce, z ludźmi już dobrze mi znanymi. Teraz to jest też o wiele większa liczba ludzi, o których trzeba zadbać, no i zasady są trochę inne, bo to wielka impreza. Ale super, dzięki temu to jest naprawdę bardzo cenne doświadczenie zawodowe.
- Widzę, że jesteś w uderzeniu: dopiero prezesa Radka Piesiewicza pytałeś o prezydenturę, a teraz u mnie szukasz awansów, ha, ha! To jest normalna, kolejna rzecz, której się podjąłem. To fajna i przyjemna rola, mam fajny zespół, naprawdę dobrze się pracuje.
- Dwaj chłopcy są jeszcze mali (sześć lat i cztery lata), jeden już jest ciut starszy (ma 12 lat). Dlatego i ich rozpieszczam, i bywam wymagający. Ale przede wszystkim jestem ojcem, który jest w domu. To jest ważna zmiana. Staram się spędzać czas z synami, staram się być dobrym ojcem.
- Najstarszy już trochę sam ogarnia. Na razie czyta książki na swój wiek, ale pewnie będzie czytał fantastykę, bo to naturalna forma rozwoju, kiedy interesujesz się różnymi rzeczami. Mam nadzieję, że chłopcy wyrosną na dobrych, fajnych ludzi.
Redagował Piotr Wesołowicz
***
Zapraszamy do lektury naszego Magazynu Sport.pl na igrzyska w Paryżu. Świetni autorzy, piękne teksty, zaskakujące tematy – nie zawsze o samym sporcie, ale zawsze wokół niego. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.
Komentarze (47)
Polak sprawił najpiękniejszą sensację. Nikt nie wierzył