Andrzej Gołota oszalał! "Nie bij Andrzej. Nie bij!". Ale Andrzej niestety bił

- Już nie chcę z nim walczyć, muszę chronić swoje jądra - mówił Riddick Bowe po drugiej walce z Andrzejem Gołotą, którą choć wygrał, to powinien przegrać. Bo do momentu dyskwalifikacji wszyscy sędziowie punktowali zwycięstwo Gołoty, który dopiero po latach przyznał, że zupełnie wtedy stracił głowę: - Chciałem go zabić. To było szaleństwo.

Tydzień z... to nowy cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 11 do 17 maja zajmujemy się najważniejszymi momentami współczesnego, polskiego sportu.

By napisać choćby słowo o tej walce, trzeba cofnąć się o pięć miesięcy. Do 11 lipca 1996 roku, kiedy Andrzej Gołota mierzył się z Riddickem Bowe'em po raz pierwszy. W nowojorskiej Madison Square Garden, gdzie pojedynek obu pięściarzy zakończył się największą bokserską bójką XX wieku. I to dosłownie, bo tłukli się wtedy wszyscy. Nie tylko Gołota z Bowe'em, ale także kibice na trybunach, którzy ruszyli na siebie z pięściami po tym, jak sędzia Wayne Kelly na pół minuty przed końcem siódmej rundy zdyskwalifikował Polaka za ciosy poniżej pasa.

W Madison Square Garden wybuchła wtedy wielka awantura. - Na hali nie było żadnej policji, z rzadka jacyś ochroniarze. Dopiero po jakimś czasie wkroczył opancerzony oddział, ale nawet on miał problem, by zaprowadzić tam spokój. Bo bitka była straszna. Nie tylko przy ringu i w ringu, gdzie latały krzesła, ale też na trybunach. Napierający tłum przewrócił nawet Tony'ego Russo, jeżdżącego na wózku inwalidzkim szefa New York Athletic Commission, którego ratowali sanitariusze, zakładając mu maskę tlenową - wspomina Radosław Leniarski z "Gazety Wyborczej", jedyny dziennikarz z Polski, który w Madison Square Garden oglądał walkę Gołoty. I opisywał również sceny po walce, kiedy biali (kibice Gołoty) tłukli się z czarnymi (kibice Bowe'a), ale także czarni z czarnymi i biali pomiędzy sobą.

Zobacz wideo

Kij baseballowy za pazuchą. "Nigdy nic nie wiadomo"

Gorąco było także w samym ringu, gdzie jeden z członków ekipy Bowe'a (Jason Harris) zaatakował Gołotę wielką jak pół cegły krótkofalówką. Polski pięściarz nie pozostawał dłużny. Sam wyprowadzał ciosy, a potem wylądował w szpitalu. Jeszcze w szatni - gdzie podczas bitki skrył się burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani z ówczesną żoną, która pochodziła z Polski - założono mu 13 szwów. Pchnięty w ringu został też Lou Duva, 75-letni trener Gołoty, który wyniesiony z hali na noszach też trafił do szpitala. A wszystko na oczach milionów widzów, bo kamery HBO nie zostały wyłączone. Długo rejestrowały obraz po zakończonej walce, także wynoszenie Duvy, który o mało nie spadł z noszy. A urywki i zdjęcia z jatki w Madison Square Garden nazajutrz obiegły cały świat.

Leniarski: - Sam wybiegłem z hali jakieś 40 minut po walce. Siódma Aleja zablokowana radiowozami, ambulansami. Kordony policji, także na koniach. Każdy w pośpiechu gdzieś biegał. Nawet Freddie Curiel, który walczył przed Gołotą i był moim sąsiadem w Jersey City, też stamtąd uciekał. Ale w powietrzu wyraźnie było czuć niezdrowe emocje, które z hali przeniosły się na ulicę. Stwierdziłem, że pobiegnę od razu do hotelu Southgate Tower. Jakieś 200 metrów od Madison Square Garden, gdzie zatrzymał się Gołota i który w końcu tam dotarł. Jakoś udało mi się z tą całą jego obstawą wślizgnąć do windy. "Niezłe jaja, co?" - rzucił do mnie cały poobijany, a zza pazuchy wystawał mu kij baseballowy. "Nigdy nic nie wiadomo" - dodał, widząc w windzie moje spojrzenie.

- Kij baseballowy, być może nawet ten sam, pojawił się dwa dni później na zorganizowanej ad hoc inscenizacji przed komisją sportową stanu Nowy Jork. Stawił się tam Lou Duva, ale także sekundant Howie Albert, który walił tym kijem w przyrodzenie jednego z pracowników Duvy Chrisa Foxa, z ochraniaczem, tzw. suspensorem. Goście, którzy siedzieli tam przy talerzach, syczeli albo głośno wzdychali jakby chodziło o ich własne przyrodzenie, a ten młody, dzielny człowiek nawet się nie skrzywił. A Duva przy tym szydził z Bowe’a, ale później jego menedżer w specjalnym liście do owej komisji napisał jednak, że jego pięściarz ma wciąż kłopoty z oddawaniem moczu.

"Teraz na pewno zmiotę tego śmiecia z ringu"

Poszkodowanych było więcej, bo bilans pierwszej walki z Bowe'em to 16 aresztowanych, 21 rannych oraz pierwsza przegrana Gołoty na zawodowych ringach (po 28 zwycięskich walkach). Jednak mimo tej porażki jego notowania na rynku bokserskim wzrosły, i to znacząco. Nikomu nieznany dotąd bokser z Polski stał się z dnia na dzień najpopularniejszym pięściarzem w USA obok Mike'a Tysona. Porażka z Bowe'em i zamieszki w Madison Square Garden przyniosły mu nie tylko rozgłos i pieniądze (Gołota za pierwszą walkę zarobił milion dolarów), ale także rewanż, który od razu wydawał się nieunikniony. I do którego doszło niespełna pół roku później: 14 grudnia 1996 roku w Atlantic City, gdzie obaj pięściarze spotkali się po raz drugi.

- Ludzie mówią, że Gołota złoił mi tyłek. Ale ja mówię Gołocie: dziękuję. Tak, dziękuję. Bo dzięki niemu jestem teraz w najlepszej formie w mojej karierze. I jest tylko jedna rzecz, której nie zrobiłem, i tego bardzo żałuję. Nie zniosłem wtedy tego śmiecia z ringu. Ale teraz to zrobię. Na pewno - odgrażał się przed rewanżowym starciem Bowe. W trakcie oficjalnej konferencji, na której obecny był także Gołota, ale on akurat nigdy nie należał do zbyt rozmownych. Więcej mówił Lou Duva. - Całe szczęście, że Bowe przyjechał tutaj z tak wieloma kolegami. Będzie miał go kto znieść z ringu - odpierał ataki pyszałkowatego Amerykanina trener Gołoty, a ten siedział obok i tylko kręcił się na krześle. Jedyne, co wtedy sam przyznał, to że tym razem "spodziewa się czystej walki". Kilkadziesiąt godzin później znowu jednak postradał zmysły.

Leniarski: - Nam też udało się wtedy zrobić przed walką wywiad z Bowe'em. Mówię nam, bo był ze mną Piotrek Milewski, korespondent Radia Zet, który od wielu lat mieszka w Stanach. Pamiętam, że weszliśmy do kasyna Caesars, gdzie akurat Bowe robił trening. Walczył z cieniem do piosenki Marvina Gaye'a "I Heard It Through The Grapevine". Strasznie klimatyczny kawałek, trochę z takim rytmem jakby fakir usypiał kobrę. A do tego ten Bowe: odchudzony, bo ważył 15 kg mniej niż w pierwszej walce, w białych spodenkach, w białych butach. Jeszcze do tej piosenki... No ruszał się i wyglądał kapitalnie. Jak pantera, zupełnie jak nie on. A już na pewno nie jak ten Riddick sprzed pół roku. Ten cały czar uleciał dopiero w momencie rozmowy. Wtedy do nas dotarło, że Bowe strasznie odczuł ten pierwszy pojedynek z Andrzejem. Nie dość, że i tak już wcześniej mówił po afroamerykańsku, z bulgoczącym slangiem typowym dla Brooklynu, to teraz jeszcze zaczął bełkotać. Tak strasznie bełkotać. Spisywanie tej rozmowy zajęło nam chyba z dziesięć godzin. I to mimo że Piotrek Milewski omal nie urodził się w Nowym Jorku, mówił po angielsku bardzo płynnie, niczym rodowity chłopak z Queensu.

 

Ale Bowe to nie był chłopak z Queensu. I nawet nie tyle z Brooklynu, ile konkretnie z owianego złą sławą Brownsville, gdzie dorastał na ulicy w sąsiedztwie innej legendy boksu, Mike'a Tysona. - Pamiętam, że po walce przejeżdżałem metrem przez tę dzielnicę. Nagle do wagonu weszło dwóch gości, jeden zdejmuje czapkę i mówi: "zbiórka dla moich czarnych braci". Poza mną nie było tam nikogo, kto przypominałby Europejczyka. Wyciągnąłem jakieś moniaki, ten mnie mija, patrzę, a spod jego krótkiej kurtki zza paska wyłania się giwera. Pomyślałem sobie wtedy, że ci goście, którzy stamtąd wyszli, musieli być naprawdę silni, charakterni. Że gdyby nie boks, pewnie by nie przeżyli - wspomina Leniarski.

Śmierć dosłownie unosiła się w powietrzu

Boks chłopakom z Brownsville na pewno dawał wiele, ale i wiele zabierał. Także zdrowie. Choćby Bowe'owi, któremu poprzestawiały się klepki w głowie. Wszyscy przekonali się o tym po drugiej walce z Gołotą, kiedy wpadł na szalony pomysł wstąpienia do marines, z czego wycofał się po zaledwie kilku dniach. A potem popełnił federalne przestępstwo, porywając żonę razem z dwójką dzieci i wywożąc ich z USA. Ale Gołota też przypłacił te starcia zdrowiem. Szczególnie to drugie, po którym zaczął jeszcze bardziej zacinać się podczas mówienia. - Cała ta walka to był potworny rollercoaster, który nawet mnie kosztował strasznie dużo zdrowia emocjonalnego - wspominał niedawno Przemysław Saleta w "Kanale Sportowym", który wraz z Januszem Pinderą współkomentował dla Canal+ rewanżowe starcie Gołoty z Bowe'em. Siedząc tuż przy ringu, gdzie odbywała się prawdziwa wojna. Każdy, kto tam wtedy był, później mówił, że śmierć dosłownie unosiła się w powietrzu. - To było widowisko jak z Koloseum, starcie dwóch gladiatorów. Nigdy wcześniej ani nigdy później czegoś takiego nie przeżyłem - pisał w swojej książce "Walki stulecia. Bohaterowie wielkiego boksu" dziennikarz Andrzej Kostyra, który też obserwował walkę kilka metrów od ringu, poleciał wtedy do Atlantic City jako wysłannik katowickiego "Sportu".

- Drugi pojedynek to już było totalne szaleństwo. Do Atlantic City przyleciało wielu dziennikarzy z Polski, a jeszcze więcej kibiców lgnęło do hali z Nowego Jorku i innych zakątków Ameryki, ale i całego świata - mówi Leniarski, który również z bliska obserwował drugie starcie. A to zaczęło się jeszcze w miarę spokojnie, ale to była tylko cisza przed burzą. Po pierwszej rundzie przypisanej przez sędziów Gołocie, który zadał 26 celnych ciosów przy 14 Bowe'a, znowu rozpętała się prawdziwa wojna.

„Poczułem, jakby mnie byk kopnął"

- To już jest koniec walki. Koniec! - krzyczą Pindera i Saleta po 60 sekundach drugiej rundy, kiedy po kilku lewych uderzeniach krótki prawy Gołoty dochodzi celu. - Tak kończy się kariera Riddicka Bowe'a - wieści Saleta, ale po chwili wycofuje się z tej deklaracji. Bo Bowe, choć ląduje na deskach, to wstaje. - Poczułem, jakby mnie byk kopnął - mówił później, ale jeszcze w tej samej rundzie sfrustrowany Gołota naprawdę uderza go z byka. I nie dość, że traci punkt, to jeszcze rozcina sobie łuk.

W przerwie Joe Souza - jeden z lepszych cutmanów w historii boksu, który był w narożniku Gołoty - robi wszystko, by zatamować krwawienie. I nawet tamuje, ale na krótko, bo w trzeciej rundzie Bowe z premedytacją celuje nad prawe oko Polaka - rana się pogłębia. Tak samo w kolejnym starciu, kiedy zakrwawiony Gołota leci na deski. I przegrywa czwartą rundę aż trzema punktami, bo oprócz liczenia sędzia ringowy Eddie Cotton, który kilka tygodni temu w wieku 72 lat sam przegrał walkę z koronawirusem, odejmuje Polakowi punkt za kolejne ciosy poniżej pasa. Po tym starciu słychać, jak drugi trener Roger Bloodworth krzyczy do półprzytomnego do Gołoty: "No more body punches" [Żadnych ciosów w tułów].

Od piątej rundy oblicze walki się zmienia. Znowu to Gołota zaczyna obijać Bowe'a, jakby zupełnie zapomniał o potężnych ciosach, które przyjął w poprzedniej rundzie. - I tak, teraz to już koniec. Koniec. Riddick Bowe pójdzie na deski - krzyczy Saleta, a rywal Gołoty po chwili leży przyklejony do jego buta. Znowu jest liczony i znowu wstaje. - Coś nieprawdopodobnego, że sędzia dopuścił go do dalszej walki, ileż człowiek może wytrzymać uderzeń - dziwią się Saleta z Pinderą, a Gołota ma jeszcze minutę, by skończyć Bowe'a. Ten słania się na nogach. Półprzytomny kiwa na linach i tylko dzięki nim jest w stanie dotrwać do gongu.

W szóstej rundzie Bowe przez chwilę odpoczywa po tym, jak Cotton znowu grozi palcem Gołocie za nieprzepisowe uderzenie, tym razem w tył głowy. A potem sam rusza do ataku. - Przecież on ledwo trzyma się na nogach. Ja nie wiem, jak on ma siłę zadawać ciosy - zastanawia się Saleta, a po chwili Duva w narożniku krzyczy do Gołoty: - Bij prostymi, zamęczaj go! I walcz na środku ringu, trzymaj ręce wysoko. Wysoko i bij podwójnym prostym. Rozumiesz, podwójnym prostym! - powtarza Gołocie, a Bowe z drugiej strony ledwo podnosi się ze swojego narożnika. A później przez większą część siódmej rundy odpoczywa przy linach, gdzie tylko desperacko zasłania się rękoma i pozoruje ciosy.

- Jeśli teraz nie pokażesz niczego, poddam cię - słyszy od sekundanta przed ósmą rundą, do której też wychodzi na miękkich nogach. A Gołota już na niego czeka. Nadal ma wielką przewagę. Amerykanin ogranicza się jedynie do osłaniania głowy i rzadkich, krótkich zrywów. Ale i tak kilka razy trafia Gołotę. Ten znowu zaczyna krwawić, a po chwili, gdy wraca do narożnika, Souza znowu uwija się jak w ukropie. - Pozostały już tylko dwie rundy - słyszy od Duvy i czeka na Bowe’a na środku ringu, który znowu wstaje równo z dźwiękiem gongu, kiedy Gołota jest już gotowy do walki.

- Oby tylko nie uderzył poniżej pasa - zamartwia się Pindera, kiedy walka przez chwilę toczy się przy linach. A nawet nie walka, bo Gołota uderza w Bowe'a jak w treningowy worek. Ale i on w końcu odpowiada. Na minutę i 22 sekundy przed końcem dziewiątej rundy prawym sierpowym odrzuca od siebie Gołotę. Walka wraca na środek ringu, a Pindera znowu się zamartwia, bo Gołota schodzi coraz niżej. Krzyczy: - Nie bij Andrzej. Nie bij!

Ale Andrzej niestety bije. Na dziewięć sekund przed końcem dziewiątej rundy trzy razy uderza poniżej pasa. I przegrywa wygraną walkę, bo do momentu dyskwalifikacji prowadzi wyraźnie u wszystkich sędziów na punkty (75:71, 75:73, 74:72).

„Chciałem go zabić. To było szaleństwo”

- Chciałbym wiedzieć, na Boga, dlaczego on to zrobił - prawie płakał po walce trener Gołoty, który sam bardzo długo unikał tematu walki z Bowe'em. Dopiero po latach - w rozmowie z "Rzeczpospolitą" - powiedział, że od trzeciej rundy zupełnie stracił głowę. - Chciałem go zabić. To było szaleństwo - przyznał Gołota, dla którego druga walka z Bowe'em była nie tylko klęską sportową, ale i finansową. Gdyby wtedy wygrał, podpisałby z HBO kontrakt na trzy następne walki za 15 milionów dolarów.

Ale Bowe, mimo wygranej, takich pieniędzy z ringu też już nie podniósł. Nawet myślał o skończeniu kariery, a już na pewno nie chciał walczyć z Gołotą. - Muszę chronić swoje jądra - mówił. I choć jeszcze wrócił na ring, to już nie wrócił do wielkiego boksu. W przeciwieństwie do Gołoty, który choć przegrał dwukrotnie z Bowe'em, niespełna rok później doczekał się walki o pas mistrza świata. Z Lennoxem Lewisem. Ale to już historia na zupełnie inną opowieść. Szkoda, że też bez happy endu.

 

Druga walka Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe'em w liczbach:

  • Zadane ciosy: Bowe 476, Gołota 638
  • Celne ciosy: Bowe 216, Gołota 408
  • Ciosy proste zadane: Bowe 203, Gołota 220
  • Ciosy proste celne: Bowe 82, Gołota 130
  • Ciosy mocne (inne niż proste, zadane ze znaczącą siłą): Bowe 273, Gołota 418
  • Celne: Bowe 134, Gołota 276
  • Nokdauny: Bowe 2, Gołota 1
  • Punktacja do momentu dyskwalifikacji: 75:71, 75:73, 74:72

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .

Przeczytaj też: