Mówiono, że jest leniem i nie ma serca do walki. Świat był w szoku, gdy 30 lat temu James Douglas pokonał Mike'a Tysona

James Douglas trzy tygodnie po śmierci matki walczył z Mikiem Tysonem. Wszyscy go lekceważyli. Tyson straszył nawet, że po walce rywal dołączy do swojej matki. Douglas się nie przestraszył i znokautował "Bestię". Mistrzem wagi ciężkiej był krótko. Za szybko konsumował sukces.

Była dziesiąta runda. James "Buster" Douglas trafił Mike’a Tysona prawym podbródkowym. Po kolejnych ciosach "Bestia" leżała już na deskach. Sędzia zaczął liczyć, a Tyson na czworakach usiłował włożyć z powrotem ochraniacz do ust. Ten obrazek zapisał się w historii boksu. Tyson w końcu wstał, ale nie wiedział, czy jest w Tokio, czy w rodzinnym Brownsville. Sędzia go objął i zakończył walkę. - Kompletnie zamroczony poszedłem do swojego narożnika. Żułem swój ochraniacz, ale nie wiedziałem nawet, co to jest - wspominał Tyson. W lutym minęło 30 lat od walki, która wstrząsnęła pięściarskim światem.

Zobacz wideo

Tragedia w rodzinie i rola underdoga bez serca do walki 

To był szok. Nikt nie spodziewał się, że Mike Tyson straci władzę w wadze ciężkiej. James Douglas był underdogiem, bukmacherzy zastanawiali się, czy jest sens przyjmować zakłady na jego wygraną. Kurs był 42-1 dla Tysona. W Las Vegas tylko jedna osoba postawiła na wygraną Douglasa. - Walka Tysona z Douglasem to piękna karta w historii sportu. Niezwyciężony tytan znajdujący się u szczytu kariery i sławy został nieoczekiwanie zdetronizowany przez największego możliwego underdoga. Jeśli ktoś potrzebuje dowodu na to, ile w boksie znaczy psychika, lepszego przykładu chyba nie znajdzie - mówi Leszek Dudek, znawca boksu. 

Przed walką w Japonii James Douglas przeżył rodzinną tragedię, zmarła mu matka. Mimo tragedii nie zrezygnował z pojedynku o mistrzostwo wagi ciężkiej. - Chciałem tej walki bardziej niż kiedykolwiek. Rozmawiałem z mamą przed jej śmiercią i ona był pewna, że to zrobię. Jej wiara była dla mnie inspiracją - mówił Douglas, który nie miał najlepszej reputacji. Zarzucano mu, że nie przykłada się do treningów i że nie ma serca do walki. - Inaczej było w najważniejszym pojedynku życia, do którego przygotował się - być może jedyny raz w karierze - na sto procent. Śmierć matki na 23 dni przed walką z Tysonem była dla Douglasa wielkim przeżyciem i ten wstrząs udało się przekuć w coś naprawdę wielkiego - mówi Dudek. Dla Douglasa była to druga walka o mistrzostwo wagi ciężkiej. Wcześniej przegrał z Tonym Tuckerem.  

Inne podejście do walki miał Mike Tyson. Brakowało mu motywacji. - 8 stycznia 1990 roku wsiadłem na pokład samolotu, który leciał do Tokio. Opierałem się, jak mogłem. Nie chciałem walczyć - twierdzi Tyson. Był wtedy najniebezpieczniejszym gościem w wadze ciężkiej. 37 zwycięstw, w tym 33 przed czasem. "Żelazny Mike" niszczył kolejnych rywali, ale zaczął też niszczyć swoją karierę, bo bardziej od boksu pokochał imprezy. 

Jego przygotowania do walki z Douglasem trudno nazwać przygotowaniami. Tyson spędzał więcej czasu na imprezach i z kobietami niż na sali treningowej. Miał nadwagę, Greg Page podczas sparingu powalił go na deski. Douglasa nie traktował poważnie. Tyson był na tyle arogancki, że powiedział, że po walce James dołączy do swojej matki.  

- Nie chciało mi się nawet oglądać żadnej z jego walk. W ogóle nie przygotowywałem się do pojedynku. Dzień przed ważyłem 100 kilogramów. Nigdy nie wychodziłem do ringu tak ciężki - mówił Tyson. Douglas miał być dla niego przekąską przed zaplanowaną na czerwiec 1990 roku walką z Evanderem Holyfieldem, za którą miał dostać 22 miliony dolarów. Za pojedynek w Tokio dostał sześć milionów dolarów, Douglasowi skapnęło 1,3 miliona.  

Pytali Douglasa o kolor spodenek i kiedy się urodził. Później sława powiedziała mu "dzień dobry"

- Tyson przegrał ze swoim stylem życia. Porażka była w jego przypadku nieuchronna – twierdzi Dudek. - Tyson wiedział, że był faworytem 42-1 i był przekonany, że Douglas się przestraszy. A on nie przestraszył się, co było widać od pierwszej rundy. Według mnie nie można mówić o porażce z samym sobą, bo w każdym sporcie walczysz z sobą i rywalem - mówi Przemek Garczarczyk, dziennikarz fightnews.com I Polsatu Sport.  

Ze względu na różnicę czasu walka odbyła się w niedzielę rano, w Ameryce był sobotni wieczór. Z USA do Japonii wybrało się tylko sześciu dziennikarzy. - Rozmawiałem wielokrotnie o tej walce z Jimem Lampleyem, który był w Tokio. Jego pierwsze wspomnienie to cisza panująca w sali podczas walki. Powtarzał też, że Mike nie był przygotowany na kogoś bijącego kombinacjami. Ale to akurat wszyscy widzieliśmy w TV - mówi Garczarczyk. Ron Borges, inny dziennikarz z USA, wspomina, że w piątej rundzie zadzwonił do swojej redakcji i powiedział, że Tyson dostaje bęcki i że może warto szykować pierwszą stronę na relację z walki.  

Media podobnie jak Tyson nie traktowały Douglasa poważnie. Przed walką mistrz i pretendent mieli osobne konferencje prasowe. - Najpierw była konferencja Tysona. Sala była pełna, brakowało miejsc. Na mojej konferencji była garstka dziennikarzy. Pytali mnie o kolor spodenek i datę urodzenia - przypomina Douglas. Po wygranej z Tysonem wszystko się zmieniło. Gdy Douglas wylądował w Chicago, na lotnisku czekały na niego tłumy. Były kamery, flesze i mikrofony. Sława powiedziała Douglasowi "dzień dobry".  Ale tej sławy mogło nie być. Głowa Douglasa miała polecieć na orbitę.

Walka w Tokio nie układała się po myśli Tysona, Douglas go tłamsił. Po kilku rundach nad okiem mistrza pojawiła się opuchlizna, a ludzie w jego narożniku nie potrafili sobie z nią poradzić. - Do dziś nie umiem pojąć, jak doszło do tego, że Douglas zawalczył koncertowo. Jego lewy prosty trafił tej nocy aż 128 razy (53% skuteczności). Nigdy później ani wcześniej "Buster" nie był tak znakomity - mówi Dudek.  

Jednak w ósmej rundzie ziemia zatrzęsła się pod Douglasem. Po prawym podbródkowym Tysona padł na deski. - Głowa każdego innego zawodnika poleciałaby po czymś takim na orbitę - mówi Tyson. Ale pretendent wstał i dalej bił się z Tysonem. W dziesiątej rundzie go znokautował.  

Don King nie byłby Donem Kingiem, gdyby nie złożył protestu po walce. Promotor uważał, że Tyson został oszukany, bo sędzia zbyt długo liczył Douglasa w ósmej rundzie. Warto podkreślić, że King był wtedy promotorem i Tysona, i Douglasa, ale finansowo bardziej opłacała mu się wygrana Mike’a. King obwiniał sędziego Meyrana o zbyt długie liczenie. Twierdził, że liczył co najmniej 12 sekund. - Sędzia był w szoku i się pogubił. Gdyby nie ten błąd, Mike wygrałby walkę - twierdził Don King.  

- Dla mnie nie ma żadnego spisku w tym legendarnym liczeniu Douglasa. Przypominam zawsze: to nie jest 10 sekund, to jest liczenie do 10 - uważa Garczarczyk. - To był ciężki nokdaun, przy którym nieco bardziej energiczny sędzia mógł przerwać walkę - mów Dudek i dodaje: Rozumiem rozgoryczenie obozu Tysona, ale takie sytuacje jak nieco wydłużone lub przyspieszone liczenie to w boksie nierzadkie zjawisko. Boks to gra milimetrów i ułamków sekund. Czasem się na tym zyskuje, a czasem traci. Po walce tylko federacja IBF od razu uznała Douglasa za mistrza świata. Federacje WBC i WBA początkowo nie uznały zwycięstwa "Bustera".  Później zmieniły zdanie i Douglas miał oficjalnie trzy pasy.  

Konsumował sukces aż za bardzo. Przed walką zajadał się hamburgerami 

Osiem miesięcy później Douglas był już w ringu z Evanderem Holyfieldem. Ale to nie był ten sam Douglas, który w Tokio zbił Tysona. Douglas dał się zdominować rywalowi i został znokautowany w trzeciej rundzie. Skończyło się jego panowanie w wadze ciężkiej. Na pocieszenie zgarnął wypłatę życia - ponad 24 miliony dolarów.  

- Czy "Buster", który rozbił Tysona, miałby szanse z Holyfieldem? Pewnie nieduże, ale nie było nam dane się dowiedzieć, bo do starcia z Evanderem wychodził już inny zawodnik - mówi Dudek. Douglas po latach przyznał, że nie powinien brać walki z Holyfieldem. Był nieprzygotowany, nie dbał o wagę. - Przed walką z Holyfieldem zjadał w kasynie hamburgery wartości 100 dolarów dziennie, czyli zjadał ich kilkadziesiąt. Czyli dosłownie skonsumował sukces, a szkoda, bo po tym, co pokazał w Tokio, był wtedy zawodnikiem Top 5 wagi ciężkiej - twierdzi Garczarczyk.  

Po tej walce Douglas zakończył karierę, ale nie zakończył konsumpcji. Pakował w siebie ogromne ilości jedzenia. W pewnym momencie ważył już ponad 180 kilogramów. Wylądował w szpitalu, był w śpiączce cukrzycowej. Później wziął się za siebie, wrócił do treningów. Po sześciu latach wrócił na ring. Stoczył dziewięć pojedynków, ale nie był już tym samym zawodnikiem, który zatrzymał Tysona. W lutym 1999 roku walczył po raz ostatni.  

- Douglas był dużym talentem, ale takich zawodników nie brakowało w tamtej erze. Nierówny zawodnik ze skłonnościami do jedzenia i odpuszczania nie ma szans na wielką i długą karierę. Gdyby Douglas traktował boks zawodowy poważnie, mógłby osiągnąć znacznie więcej i wygrać kilka dużych pojedynków - mówi Dudek. Douglas uważa, że miał wspaniałą karierę. Był mistrzem świata wagi ciężkiej. Jego wygrana z Tysonem zapisała się w historii sportu. Nikt mu tego nie odbierze. - Kilka razy rozmawiałem z Jamesem. Nie żałuje tego, że tak naprawdę przestał być pięściarzem po dwóch wielkich wypłatach za walki z Tysonem i Holyfieldem - mówi Garczarczyk. - Podchodzi do tego tak: "Fajne miałem życie, mam o czym opowiadać".

Autor korzystał z artykułów ESPN i The Ring. Cytaty z Mike’a Tysona pochodzą z książki "Mike Tyson. Moja Prawda".  

Więcej o: