Z piekła do nieba. Szaleńczy pościg dał Pogoni bezcenne trzy punkty [ZDJĘCIA]

To był niezwykle emocjonujący poniedziałek na stadionie w Szczecinie. Po pierwszych 45 minutach kibice Pogoni byli w minorowych nastrojach, natomiast po końcowym gwizdku na każdym obliczu malował się promienny uśmiech.

Poniedziałkowe popołudnie na archaicznym obiekcie im. Floriana Krygiera zdecydowało się spędzić nieco ponad pięć tysięcy kibiców Pogoni Szczecin. Niedogony termin oraz paskudna pogoda zrobiły swoje i na stadion przyszli tylko najwierniejsi fani Dumy Pomorza. Przez dwie godziny padał rzęsisty deszcz, ale nikt nie żałował swojej decyzji, ponieważ ten mecz na długo pozostanie w pamięci wszystkich osób związanych ze szczecińskim klubem.

Dramatyczny początek Pogoni

Czesław Michniewicz w wyjściowej jedenastce zdecydował się tylko na jeden zaskakujący ruch. W miejsce awizowanego na skrzydle Ricardo Nunesa, pojawił się 18-letni Marcin Listkowski. Poza tym w meczowej "osiemnastce" zabrakło miejsca dla Iworyjczyka Ismaela Kama Traore. Nie udało się go na czas zarejestrować.

- Problem jest w systemie transferowym. My wpisaliśmy tam prawidłowe dane, natomiast Hiszpanie się pomylili i teraz muszą je wprowadzić jeszcze raz - mówi szkoleniowiec Dumy Pomorza.

Kibice Pogoni nie mieli jednak czasu na rozpamiętywanie braku Traore, ponieważ granatowo-bordowi spotkanie z Koroną rozpoczęli katastrofalnie. Byli chaotyczni, niedokładni i zupełnie nie mieli pomysłu na grę. Kielczanie zaprezentowali natomiast to, z czego słyną na wyjazdach. Szybkie wyprowadzenie piłki z obrony oraz zabójcze kontrataki pozwoliły na zadanie Pogoni dwóch szybkich ciosów, a na zegarze była dopiero 17 minuta. Najpierw Jakuba Słowika pokonał Bartłomiej Pawłowski, a potem Hiszpan Airam Cabrera. Przy straconych golach nie bez winy była także kompletnie pogubiona w defensywie drużyna Czesława Michniewicza. Portowcy zupełnie przespali pierwszą połowę i jedyną groźną sytuację stworzyli w samej końcówce, kiedy Zbigniew Małkowski nadludzkim wysiłkiem zatrzymał uderzenie Rafała Murawskiego, a potem dobitkę Listkowskiego. Schodzących do szatni gospodarzy pożegnały więc gwizdy.

Murawski odmienił losy spotkania

- W przerwie powiedziałem swoim zawodnikom, że jeśli mamy przegrać, to na pewno nie w takim stylu - mówił Czesław Michniewicz.

I faktycznie w drugiej połowie kibice zobaczyli zupełnie inną Pogoń, która rzuciła się do odrabiania strat. Sporo ożywienia wniosły wszystkie trzy zmiany (Łukasz Zwoliński, Dawid Kort oraz Ricardo Nunes), a sprawy w swoje ręce wziął przede wszystkim duet Adam Frączczak - Rafał Murawski. Portowcy kontakt z rywalem złapali na pół godziny przed końcem, kiedy po zamieszaniu w polu karnym najwięcej zimnej krwi zachował właśnie kapitan zespołu i precyzyjnym strzałem po ziemi po raz pierwszy pokonał Małkowskiego. Dziesięć minut później do wyrównania doprowadził natomiast Frączczak. Kibice wyjątkowo długo czekali jednak ze świętowaniem, ponieważ nim piłka wpadła do siatki, odbiła się od obu słupków bramki Korony.

Drużyna Marcina Brosza straciła w tym momencie wszystko na co tak ciężko pracowała w pierwszej połowie i Pogoń niesiona dopingiem kibiców poczuła, że otworzyła się szansa na wydarcie zwycięstwa. I w 77. minucie zadała ostateczny cios. Przez niemal całe boisko przebiegł niezniszczalny Murawski, po czym oddał piłkę do debiutującego w granatowo-bordowych barwach Gyurcso. Ten oddał mierzony strzał i zapewnił Pogoni bezcenne trzy punkty. Goście nie podnieśli się już do końcowego gwizdka i Szczecin mógł cieszyć się z bardzo ważnego zwycięstwa.

- Wyciągnęliśmy wynik na 2:2 i uwierzyliśmy ponownie, że możemy wygrać ten mecz. Wszyscy bardzo się cieszymy. Nie zapominamy jednak o pierwszej połowie - skomentował na gorąco Frączczak.