Piłkarz wykopał racę w kibiców. "Jedyna rzecz, w którą trafił". Może mieć problemy

Dundee FC przegrało 0:2 z St. Johnstone w ćwierćfinale Pucharu Szkocji. Więcej, niż o końcowym wyniku, mówi i pisze się o zachowaniu Leigha Griffithsa, który wykopał racę w stronę kibiców rywali. - To było podsumowanie jego występu - czytamy na Twitterze.

Leigh Griffiths został wypożyczony z Celticu Glasgow do Dundee FC w ostatnim dniu okna transferowego w Szkocji. 31-latek jak dotąd nie zdobył bramki dla nowego zespołu, który w lidze szkockiej zajmuje ostatnie miejsce po sześciu kolejkach. Reprezentant Szkocji nie poprawił swojej sytuacji także w krajowym pucharze.

Zobacz wideo "Barcelona gra jak Stoke. Koeman jest żywym trupem w Barcelonie"

Leigh Griffiths kopnął racą w kibiców rywali. Szkocka federacja może go ukarać

Dundee FC przegrało 0:2 z St. Johnstone w ćwierćfinale Pucharu Szkocji i odpadło z rozgrywek. 90 minut na boisku spędził Leigh Griffiths. 31-latek miał swoje okazje na strzelenie gola, ale finalnie żadna z prób nie była na tyle precyzyjna, żeby pokonać bramkarza rywali. Zdecydowanie więcej mówi i pisze się o zachowaniu napastnika po zakończeniu spotkania.

Leigh Griffiths wykopał racę z niebieskim dymem w kibiców St. Johnstone, którzy przyjechali na mecz swojej drużyny na Dens Park. Incydent zostanie oceniony przez władze szkockiej federacji piłkarskiej i nie należy wykluczać, że Griffiths zostanie ukarany dyscyplinarnie. Trener James McPake nie skomentował zachowania swojego podopiecznego. Zachowanie Szkota wywołało jednoznaczną reakcję wśród kibiców i dziennikarzy.

"Raca była jedyną rzeczą, w którą celnie trafił po transferze" - piszą kibice na Twitterze. "To było smutne podsumowanie jego występu" - dodają. "Będę zdziwiony, jeżeli Griffiths nie zostanie ukarany po tym incydencie. Kopnięcie racy w tłum było idiotycznym pomysłem tak jak wyrzucenie jej na murawę. Nikt nie rozumie, że taka raca może powodować problemy z oddychaniem? Może to wygląda świetnie, ale może doprowadzić u kogoś do poważnych obrażeń" - komentuje Andrew Dickson, szkocki dziennikarz.

Więcej o: