Jacek Sarzało: Naj...

Jacek Sarzało: Naj...

Trzeba odpocząć po nieróbstwie: piłkarze naszej ekstraklasy od dwóch dni spełniają tę wyszukaną myśl, a ci, którzy w futbolu udziału nie biorą, a mimo to z niego żyją - teraz dopiero mają używanie. Jedni - niczym sępy - pastwią się nad padliną, inni w dobrej wierze analizują sezon na tysiąc sposobów. Nie mam zamiaru stawać w szranki ani z fachowymi autorytetami, ani z tymi, którym tylko się wydaje, że dużo wiedzą. Popatrzę na ligę własnymi oczami, tworząc prywatną, wybiórczą i subiektywnie zestawioną księgę Guinnessa.

Największy zespół

- oczywiście Wisła Kraków. Jak nikt potrafił bez większych dla siebie szkód omijać powszechne w całej ekstraklasie rafy finansowych kłopotów, chwilowych kryzysów, organizacyjnych niedomagań. Właściwa korona na właściwej głowie.

Największy zawodnik

- bez konkurencji Maciej Szczęsny. Wyjątek zarówno w wymiarze sportowym (pierwszy w historii mistrz Polski w czterech różnych drużynach), jak i pozaboiskowym. Prawdziwy piłkarz, prawdziwy człowiek, prawdziwy przeciwnik - odważny, błyskotliwy, inteligentny. Nie z tych on, co to w wywiadach o życiu osobistym bez skrępowania zeznają, że w książkach raczej nie gustują, że ulubiony mebel w domu to kanapa, że sprzęt - pilot od telewizora, że w wolnym czasie uwielbia nic nie robić. W czarno-białej na ogół lidze Maciej Szczęsny jest jednym z niewielu kolorowych ujęć.

Największy żal

- pożegnanie z Radzionkowem. Miejscowość nie leżąca w Himalajach piłkarskich umiejętności, lecz niewątpliwie czysto tam, swojsko i rodzinnie. Nieskażone źródło naturalności i wiary w zależność efektów od własnych możliwości, chęci i starań. Dlatego szkoda, choć przegrali pięknie.

Największy zgrzyt

- cuchnąca nieudolną reżyserią, pełna podejrzeń końcówka rozgrywek. Po wybuchu ogólnonarodowych dyskusji przed dwiema zamykającymi sezon kolejkami boiskowi oszuści spuścili nieco z bezczelnego tonu, ale kiedy ktoś mówi, że od tej pory liga była szczera jak spowiedź, od razu przypomina się stary dowcip: - Czy są na tej wyspie ludożercy? - pyta podróżnik tubylców po przybiciu do brzegu. - Nie ma. Ostatniego zjedliśmy wczoraj - brzmi odpowiedź. Zwłaszcza jeden taki zespół konsekwentnie zdążał do mety, roztrącając się łokciami nieuczciwości. Który? Oczywiście, że... (ingerencja autocenzury).

Największa obłuda

- wciąż powszechny i niemożliwy do uśmiercenia pogląd, że jeżeli klub A daje pieniądze klubowi B i z nim wygrywa - to jest to przekupstwo, ale jeżeli do A przyjeżdża klub C z walizką forsy w zamian za zwycięstwo z B - toż to przecież dopuszczalna motywacja. Otóż nie, panowie pseudomoraliści - to też jest prostytucja. Grasz wszak dla siebie i kiedy płaci ci ktoś z boku, to już nieważne kto i za co. Ważne, żeś się sprzedał.

Największa zmora

- królowa bieda. Panuje od lat i za nic nie ma ochoty abdykować. Wiadomo, że ktoś mądry wymyślił sentencję: "pieniądze szczęścia nie dają", ale ileż klubów chciałoby się o tym przekonać. Bo dziś jest tak, że w większości brakuje nawet końców, by je ledwo ze sobą wiązać. Tym nie wystarcza, ci przejadają pożyczki za pożyczkami, a tamci nieustannie żyją za obiecanki.

Największy huk

- cała Polska słyszała płockie decybele, z jakimi uciekło powietrze z przekłutego balonu nadziei i z jakimi upadła na ziemię pierwszoligowa rzeczywistość. Hałas jest tym donośniejszy, że było tam wszystko, co potrzebne do osiągnięcia sukcesu. Poza jednym, niestety najważniejszym - wynikami.