"Nie przyjechaliśmy po pieniądze, minima. My chcemy zdobyć medal na igrzyskach". Matusiński o Aniołkach

- My biegamy o medale, a nie o udziały w finałach - mówi trener Aleksander Matusiński. Sztafeta 4x400 m kobiet właśnie zdobyła medal na 10. z rzędu imprezie mistrzowskiej. Aniołki Matusińskiego wywalczyły srebro nieoficjalnych MŚ sztafet, choć w Chorzowie nie pobiegły Justyna Święty-Ersetic, Iga Baumgart-Witan, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka i Anna Kiełbasińska. "Zdecydowanie o czymś to mówi".

Zaczęła 17-letnia Kornelia Lesiewicz. Na drugiej zmianie pobiegła Małgorzata Hołub-Kowalik, na trzeciej Karolina Łozowska, która w tym miesiącu skończy 22 lata, a świetnym biegiem naszą sztafetę kończyła 23-letnia Natalia Kaczmarek.

- Ktoś policzył, że mamy tu średnią wieku 21 lat. To proszę policzyć, jak bardzo ją zawyżam - śmieje się Hołub-Kowalik. - Kiedyś powiem swojemu dziecku: zobacz, mamusia z tymi dziewczynami biegała - dodaje przedstawicielka starej gwardii w tej sztafecie pokoleń. Przez kilka lat medale wybiegało w niej już 11 różnych zawodniczek.

Zobacz wideo Patryk Dobek ze złotym medalem w biegu na 800 metrów. "Co ja tutaj narobiłem"

Łukasz Jachimiak: Jakie wnioski wyciągnie Pan po srebrnym medalu MŚ sztafet w Chorzowie?

Aleksander Matusiński: Te mistrzostwa powiedziały nam, że jesteśmy w dobrym miejscu, że idziemy ławą, że rezerwowe wchodzą bez kompleksów i walczą o najwyższe cele.

To nic nowego. Ile medalistek wielkich imprez ma Pan w ekipie? Liczy Pan to?

- Przeczytałem na Twitterze, że to była nasza 10. międzynarodowa impreza z rzędu, na której zdobyliśmy medal.

I mamy już 11. medalistkę, Karolinę Łozowską. Prawie trzy sztafety mógłby Pan wystawić.

- Zdecydowanie tak. Dwie równe, mocne, a trzecia też by była nie najgorsza. Część dziewczyn nie wystartowała tu z powodu kontuzji, a i tak mamy wynik. I naprawdę obiecujące rezultaty poszczególnych zawodniczek. W tych trudnych warunkach, bo było bardzo zimno, z bardzo dobrej strony pokazała się zwłaszcza Natalia Kaczmarek. Pobiegła czas 50,60 s. Pokazała, że będzie bardzo brana pod uwagę do sztafety na igrzyska, ale myślę, że też będzie aspirowała do startu indywidualnego.

Jak duży ból głowy miałby Pan, gdyby dzisiaj musiał podać nazwiska czwórki na olimpijski finał sztafety?

- Dzisiaj by po prostu biegły te same, które pobiegły w Chorzowie. Nie mam większego bólu głowy - dziewczyny rywalizują i biegają najlepsze. W sobotę Karolina Łozowska pobiegła o 0,1 s szybciej od Kingi Gackiej, więc wywalczyła sobie miejsce w sztafecie na finał. I spisała się, bo pobiegła tak samo, jak dzień wcześniej, a warunki pogodowe były o wiele gorsze.

Klaudia Adamek przyćmiła Schippers i została gwiazdą MŚ. Klaudia Adamek przyćmiła Schippers i została gwiazdą MŚ. "Wzięłam się za siebie"

W Chorzowie nie było Amerykanek i Jamajek, czyli nie możecie się w żaden sposób porównać do największych rywalek. Ale chyba coś mówi porównanie z Holenderkami, bo w marcu na halowych ME w Toruniu wyraźnie z nimi przegraliście, a w Chorzowie byliście wyraźnie lepsi.

- Zdecydowanie o czymś to mówi. Holenderki startowały najmocniejszym składem. One już nie mają kolejnych zawodniczek. Tak samo Brytyjki. A myśmy pokazali naszą pozycję. To, że trzeba się z nami liczyć.

Mamy drużynę na wiele lat?

- Myślę, że tak. Jest duża rotacja i to jest bardzo fajne. Kiedyś kadra zamykała się na czterech-pięciu nazwiskach, a teraz młodzież się sprawdza. Mamy komfortową sytuację na lata. Jak to mówi Gosia Hołub-Kowalik - ona może kończyć karierę i nie będzie pustki.

Kontuzje Justyny Święty-Ersetic, Igi Baumgart-Witan, Patrycji Wyciszkiewicz-Zawadzkiej i Anny Kiełbasińskiej Pana martwią?

- Kontuzje zawsze martwią. Ale one są wkalkulowane w sport. My trenujemy na dużych obciążeniach i w zasadzie każdy trening może się skończyć kontuzją. Myślę, że dziewczyny się zrehabilitują i wrócą. Na pewno stara gwardia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Na pewno będzie w dobrej dyspozycji na mistrzostwach Polski i kwalifikacjach do igrzysk.

Pewnie wszystkie wymienione zawodniczki mają takie kontuzje, że na igrzyskach by z nimi wystartowały, a w Chorzowie po prostu lepiej było dmuchać na zimne?

- Dokładnie. Można by zastosować jakieś drastyczne środki przeciwbólowe i biegać. Ale nie o to chodzi. My mamy być zdrowi na igrzyska. W Chorzowie był dylemat czy Gosia Hołub-Kowalik i Natalia Kaczmarek mają biegać po dwa razy, a więc też w sztafecie mieszanej. Po to, żeby się ta sztafeta na pewno zakwalifikowała na MŚ w Oregonie. Ale zdecydowaliśmy, że dziewczyny nie wystartują. Bo mamy priorytety. Dla nas igrzyska są najważniejsze. Do Chorzowa nie przyjechaliśmy ani po pieniądze, ani po minima, ani po medale za wszelką cenę. My chcemy zdobyć medal na igrzyskach. Dlatego w mikście zdecydowaliśmy się wystawić młode zawodniczki. One się sprawdziły. I też zrobiliśmy kwalifikację na MŚ. Z dobrym podejściem mamy wszystko, co chcieliśmy.

Dla tych młodych zawodniczek pieniądze za Chorzów są jednak spore.

- To prawda. Dziewczyny zrobiły zebranie i się procentowo, uczciwie podzieliły. A ja w to nie wnikam.

Starsze zawodniczki są realnie zagrożone, jeśli chodzi o start w Tokio?

- Zagrożone może nie, ale czują presję. I ja się cieszę, że młode wiedzą, o co walczą. One wiedzą, że jak się dostaną do sztafety, to mają gwarancję walki o medal. Bo my biegamy o medale, a nie o udziały w finałach. Starsze dziewczyny widząc atak młodszych jeszcze ciężej pracują, żeby nie dać się złapać. One wszystkie się wzajemnie napędzają. Stąd są nasze fajne wyniki.

Polskie 400 metrów kobiet jest mocne, bo trenerzy dobrze pracują w klubach. I dlatego, że wszyscy współpracują?

- Tak. A dziewczyny zobaczyły, jak mocna jest nasza sztafeta i coraz więcej zawodniczek chce biegać 400 metrów, żeby się do tej sztafety dostać. W innych konkurencjach nie mamy takiej ekipy. My jesteśmy czołówką światową. Mamy też dobre warunki stworzone przez Polski Związek Lekkiej Atletyki. Dopiero co przez trzy tygodnie trenowaliśmy na Teneryfie. Wszystko jest świetnie poukładane. Współpraca między mną a trenerami jest dobra, ja się na nikogo nie zamykam, daję szansę różnym zawodniczkom. Wszystko się zazębia.

Ile zawodniczek może Pan zabrać do Tokio?

- Liczę, że 8-9. Nie wyobrażam sobie, żeby nie pojechała na przykład Natalia Kaczmarek, żeby nie zrobiła minimum. Ono powinno jej przyjść dosyć łatwo. Pamiętajmy, że w Chorzowie warunki były jakby to był kwiecień. Było bardzo zimno, a one tak biegały, że w życiu bym nie powiedział, że takie wyniki będą osiągać. Wszystkie. Trzeba wziąć na igrzyska dużo dziewczyn, bo musimy mieć rezerwy. W tej dziewiątce nie będziemy mieli żadnych kapiszonów, tylko same dziewczyny prezentujące dobry poziom.