Londyn 2012. Bez McDonalds'a, bez akredytacji, bez prestiżu czyli wioska olimpijska bis

Pierwszy raz w historii igrzysk olimpijskich powstała rezerwowa wioska olimpijska, jakżeby inaczej - dla rezerwowych. Na terenie Queen Mary University zamieszkuje tysiąc sportowców, trenerów, działaczy z 27 krajów.
Na ten pomysł wpadli cztery lata temu w Pekinie Francuzi. Do Chin wysłali olimpijską reprezentację bis. Ideę powielili teraz Brytyjczycy. Zaproponowali również innym państwom miejsce na terenie Queen Mary University. Zaproszenie przyjęły delegacje z 27 krajów. Najliczniej reprezentowani są Francuzi, wynajmują 157 apartamentów.

Wszystko na pozór wygląda tak samo jak w wiosce olimpijskiej. Przed budynkami wiszą flagi narodowe, w pokojach mieszkają sportowcy, działacze. Francuski Komitet Olimpijski właśnie tu na czas igrzysk sprowadził swój sekretariat.

Ze sportowców w Queen Mary goszczą rezerwowi, partnerzy do treningów uczestników igrzysk. Rola jaka im przypadła wcale nie jest łatwa do zaakceptowania. - Jesteśmy poza tym wszystkim, nie uczestniczymy tak naprawdę w igrzyskach. Nie przysługują nam żadne przywileje - nie mamy wstępu na żadne zawody, bo nie dostaliśmy akredytacji, nie możemy pójść do wioski, MKOl w żaden sposób się nami nie zajmuje. Trening z uczestnikami igrzysk to wszystko - mówi w dzienniku "Le Parisien" szermierz Nicolas Rousset. Na zajęcia jeździ metrem, czasami weźmie taksówkę, do olimpijskiego busa nikt go nie wpuści. - Mamy jednak wspaniałego szefa naszej misji. On potrafi zadbać o atmosferę - dodaje Rousset.

Szefem francuskich rezerwowych jest Michel Godard. - To oczywiste, że oni mogą się czuć trochę opuszczeni i sfrustrowani, ale trenerzy muszą wiedzieć, co zrobić, żeby ich z tego wyciągnąć. Dużo gorzej było w Pekinie, kiedy przerabialiśmy to pierwszy raz - powiedział Godard.

"Można zrozumieć ich frustrację. Nie ma tu McDonalds'a czynnego przez całą dobę, ale restauracja samoobsługowa zamykana wieczorem, Nie ma salonu piękności, fryzjera, ale dwie pralki automatyczne. Nie ma wieczorów filmowych, ani sal do gier video tylko wi-fi w pokojach. Żeby wyjść z cienia trzeba po prostu zakwalifikować się na następne igrzyska" - pisze "Le Parisien".