Zdobywca podium mógł nie wejść na tor. Szalony wyścig F1 w Austrii

Formuła 1 wróciła z przytupem. Pierwszy wyścig o GP Austrii oddał wszystko to, co zabrała wcześniej epidemia koronawirusa. Na Red Bull Ringu zagotowało się, jak po uwolnieniu kulek w komorze losującej. Kolejność Bottas, Leclerc, Norris była równie zaskakująca, jak wszystko inne, co wydarzyło się w tym wyścigu.

Choć sezon 2020 zaczął się rekordowo późno, nie była to największa przerwa między sezonami. Dłużej kibice czekali między 1950, a 1951 rokiem - dokładnie 267 dni, wobec 217 teraz. Ale najwidoczniej Mojry Formuły 1 tak bardzo stęskniły się za rywalizacją na torze, że postanowiły dać upust swoim możliwościom. Do mety dojechało zaledwie 11 z 20 kierowców. Broniący tytułu Lewis Hamilton zajął dopiero 4. miejsce, a zespół Red Bulla, który miał walczyć z Mercedesem, nie zdobył ani jednego punktu. 

Wyścig w Styrii pokazał, że Formuła 1 bywa kapryśna, a do zwycięstwa potrzebny jest cały pakiet na najwyższym poziomie: osiągi, kierowca i niezawodność. Brak jednego z tych elementów może zachwiać całą konstrukcją. W GP Austrii problemy dotknęły wszystkich. Kłopoty techniczne miał Mercedes i zespoły z ich silnikami (Racing Point i Williams), awarie wyeliminowały także kierowców Red Bulla i Daniela Ricciardo z Renault. Kimi Raikkonen z Alfy Romeo stracił koło, kiedy doszło do awarii nakrętki, a kierowcy Haasa wypadli z toru, gdy współpracy odmówiły przegrzewające się hamulce. 

Zobacz wideo "Życie kierowców F1 będzie wyglądało zupełnie inaczej. Powrót do gokartów"

Uratowana twarz Ferrari

Takie warunki kreują zaskakujące rozstrzygnięcia. Choć Ferrari ma w 2020 roku najsłabszy silnik w stawce, okazało się, że dobra jazda Charlesa Leclerca może mu dać drugie miejsce. Włoski zespół, pozbawiony nieuczciwego rozwiązania w jednostce napędowej, wyraźnie zwolnił w tym roku. Wszystkie samochody z silnikami z Maranello (Ferrari, Alfa Romeo, Haas) stały się wolniejsze niż przed rokiem. A jednak brawurowa jazda kierowcy z Monako pozwoliła Ferrari zachować resztki godności. Inaczej szykowała się porażka nie tylko z Mercedesem, ale także z McLarenem i Racing Point. Po raz kolejny okazało się także, że Leclerc potrafi wyczarować coś z niczego, a żegnający się z Ferrari Sebastian Vettel, potrafi zafundować jedynie rozczarowujące błędy. 

Krytyczny moment Mercedesa

- Tu James, Sytuacja jest krytyczna, Musicie unikać krawężników. - mówił przez radio Lewisowi Hamiltonowi i Valteriemu Bottasowi, nerwowo tupiący nogą, James Vowles, szef strategów Mercedesa. Obaj kierowcy kończyli wyścig z duszą na ramieniu, bo jeden z czujników mógł wymusić awaryjny tryb działania silnika, co oznaczałoby koniec wyścigu. Hamilton i Bottas mogli więc nie dojechać do mety, tak jak Lance Stroll lub George Russell. Obaj dojechali, tyle że w zupełnie innych nastrojach. Bottas prowadził od początku do końca i zgarnął 25 punktów. Hamilton miał za to wybitnie nieudany dzień. Najpierw został cofnięty na starcie i to tuż przed początkiem wyścigu. Zespół Red Bulla w ostatniej chwili dostarczył sędziom nowe nagranie, udowadniające, że w kwalifikacjach Hamilton nie zwolnił przy żółtych flagach. Jakby tego było mało, w wyścigu zarobił 5 sekund kary, za kolizję z Alexem Albonem. Kierowca z Tajlandii miał szansę nawet na zwycięstwo. Skończył na poboczu, z awarią samochodu. 

Powrót w trudnych czasach

Formuła 1 zrobiła wszystko, by w czasach epidemii umożliwić rywalizację. Prawie stu stronicowa instrukcja opisuje dokładnie regulamin obowiązujący wszystkich na torze. Niewiele brakowało, a zdobywca 3. miejsca w wyścigu, nie wszedłby na tor w dniu kwalifikacji. Tremometry wskazały bowiem podwyższona temperaturę ciała u Lando Norrisa. Brytyjczyk szybko zorientował się, że mogło chodzić o spacer na słońcu, schłodził się butelką wody i kolejny pomiar był już w porządku. Ale kiedy Sebastian Vettel i doradca Red Bulla, Helmut Marko, zostali namierzeni na pogawędce bez obowiązkowych masek, natychmiast otrzymali upomnienie. Kierowcy na podium oblewali się co prawda szampanem, tylko że stopnie podium rozstawiono w przepisowej odległości. A stoliki z wodą, ręcznikiem i obowiązkową czapeczką sponsora dla zawodników na podium, podjechały na specjalnych wózkach, sterowanych zdalnie. Życie w padoku na pewno nie jest teraz łatwe. Praca w garażach, czy udzielanie wywiadów w maseczkach wymaga większego wysiłku. Testy na koronawirusa co 5 dni staną się pewnie zmorą dla wszystkich w zespołach. Ale to niezbyt wygórowana za cena za powrót do rywalizacji i za taki spektakl, jaki mogli zobaczyć kibice podczas GP Austrii. Co prawda na razie tylko w telewizorach, ale na pewno było warto. 

Więcej o: