Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Po trzech latach gry w ekstraklasie spotkał się z Messim w LM. "Niektóre akcje Ferencvarosu zbierały oklaski z sektora VIP"

Od jedenastu lat nie było w Lidze Mistrzów węgierskiej drużyny, od 25 nie było Ferencvarosu, nigdy nie zagrał w niej Adnan Kovacević. Zderzenie - mimo udanego początku - okazało się bolesne: Węgrzy przegrali z Barceloną 1:5, a były piłkarz Korony Kielce sfaulował Lionela Messiego w polu karnym.

Nawet najlepszy plan na mecz może upaść, gdy Lionel Messi dostanie piłkę i znajdzie miejsce, by się z nią rozpędzić. Ferencvarosowi trzeba oddać, że przez blisko pół godziny zawsze miał zawodnika oddelegowanego do pilnowania Argentyńczyka, a ten nieszczęśnik wiedział, że za plecami ma jeszcze jednego kolegę do pomocy. Trener Serhij Rebrow ewidentnie miał pomysł na zatrzymanie Barcelony, wiedział też jak ją zaatakować, by miała problemy. Wysoki wynik nie mówi o tym meczu wszystkiego. Nie bez powodu węgierski portal "Nemzetisport.hu" pisze o "porażce z podniesioną głową", a kapitan Denes Dibusza mówi, że mimo różnicy goli nie czuje powodów do wstydu.

Zobacz wideo Marek Papszun tłumaczy tajemnice sukcesu Rakowa. "Polska jest zacofana w szkoleniu"

Obiecujący początek meczu: nieuznany gol i słupek

Oglądający to spotkanie premier Viktor Orban pewnie kilka razy nawet przyklasnął. W futbolu szuka powodów do dumy, którą cały naród mógłby odczuwać w tym samym momencie. Mecze mają jednoczyć, scalać pod węgierską flagą. A Ferencvaros jest przecież zespołem wszystkich Węgrów - prawie jak reprezentacja. I na Camp Nou rzeczywiście było kilka momentów do uśmiechu: efektowny gol Tokmaca Nguena na 1:0 chociażby. Tyle, że uśmiech ten zniknął wraz z uniesieniem przez liniowego chorągiewki. Był też słupek po bardzo mocnym strzale Isaela da Silvy, efektowana parada Denesa Dibusza. Wszystko w pierwszych trzydziestu minutach, jeszcze przy bezbramkowym remisie. Ale w końcu Messi przyspieszył.

Zatrzymał go dopiero znany z Korony Kielce Adnan Kovacević. Niestety - faulując w polu karnym. W lipcu po trzech latach opuszczał ekstraklasę - jego zespół spadał do pierwszej ligi, on wsiadał do windy jadącej na sam szczyt. Niewielu spodziewało się wówczas, że już w październiku zobaczy go na Camp Nou. Wyróżniał się w słabej Koronie, był jej kapitanem i najlepszym strzelcem w poprzednim sezonie, ale nie zdołał jej przecież utrzymać. Otrzymał kilka ofert z Turcji i Rosji, ale nieoczekiwanie wybrał węgierski Ferencvaros. W szatni spotkał dwóch innych piłkarzy z przeszłością w Polsce: Gergo Lovrencsicia, który jest kapitanem, a wcześniej przez cztery lata grał w Lechu Poznań (z Barceloną wszedł z ławki) i Laszę Dvaliego z Pogoni Szczecin (na Camp Nou nie zagrał). Kovacević wykorzystał kontuzję Miha Blazicia i szybko wywalczył miejsce w składzie. Najpierw pomógł awansować do Ligi Mistrzów, zaliczając asystę w meczu z Dinamem Zagrzeb, a już w pierwszym meczu fazy grupowej stanął naprzeciw Messiego. 

W akcji z 27. minuty Argentyńczyk zdążył minąć dwóch piłkarzy Ferencvarosu, wrzucał kolejny bieg, gdy w polu karnym Kovacević ewidentnie się spóźnił i trafił go prosto w nogi. Sam faulowany po chwili wykonał rzut karny i dał Barcelonie prowadzenie. Z gości zeszło powietrze. Ronald Koeman dopiero wtedy nieco się uspokoił. Wcześniej tylko rozkładał ręce i przeklinał pod nosem, widząc jak łatwo przychodzi Węgrom stwarzanie kolejnych sytuacji. "Niektóre akcje Ferencvarosu były tak dobre, że zbierały oklaski z sektora VIP" - pisze korespondent "Nemzetisport.hu".

"Barcelona to jednak inna kategoria"

- Indywidualności Barcelony zrobiły różnicę. Pod koniec pierwszej połowy byliśmy już zmęczeni, co jej gwiazdy znakomicie wykorzystały. Wtedy padły bramki, co na pewno jest dla nas rozczarowujące, bo dopóki byliśmy świeży, kontrolowaliśmy gę i strzeliliśmy gola. Niestety, był spalony - podsumowywał na konferencji prasowej trener Ferencvarosu. Występ jego drużyny usprawiedliwia też "Infostart.hu": "Zagraliśmy dobre spotkanie, ale Barcelona to jednak inna kategoria" - czytamy.

Barcelona rozprawiała się z Ferencvarosem bez większych emocji. Jeszcze przed przerwą Frenkie de Jong świetnie podał piłkę wbiegającemu za plecy obrońców Ansu Fatiemu, a młody Hiszpan precyzyjnym strzałem wykończył akcję. A po zmianie stron dołożyła kolejne trzy gole - punktowała raz za razem. Wybierała odpowiedni moment do ataku i kończyła golem. Trafiali Coutinho, Pedri i Ousmane Dembele. Pewnym pocieszeniem dla Węgrów był gol z rzutu karnego Igora Karatina i wyrzucenie z boiska Gerarda Pique. Skończyło się jednak bolesnym 1:5, bo choć Barcelona miała przewagę przez większość meczu, nie była ona aż tak przygniatająca, jak mówi wynik.