Liga Mistrzów. Legia Warszawa - Spartak Trnawa. Legia jak Kononowicz: nie było niczego. Mistrzom Polski zabrakło bramek, pomysłu na grę w ofensywie, agresji i zaangażowania

Bez pomysłu na grę w ofensywie, z bezproduktywnym środkiem pola, który wyglądał jak szwajcarski ser, z agresją i zaangażowaniem godnym meczów towarzyskich. To zaprezentowała w meczu drugiej rundy eliminacji Ligi Mistrzów Legia Warszawa, która we wtorek przegrała ze Spartakiem Trnawa 0:2.

Porażki w futbolu się zdarzają. Wystarczy sięgnąć pamięcią do ostatnich mistrzostw świata w Rosji. Z mundialowej grupy nie wyszli przecież piłkarze z Iranu czy Maroka. I choć te reprezentacje nie mają ze sobą wiele wspólnego, to coś je jednak łączy: odpadając pozostawiły po sobie w pamięci kibiców coś dobrego. Była to waleczność, ambicja, odwaga, charakter. Po wtorkowym meczu eliminacji Ligi Mistrzów trudno stwierdzić, co dobrego po sobie pozostawiła w głowach kibiców Legia Warszawa.

Zespół ze stolicy przegrał na Łazienkowskiej ze Spartakiem Trnawa 0:2, ale to nie porażka jest w tej chwili największym problemem zespołu trenera Deana Klafuricia. Tym problemem jest nijakość Legii.

Legia sama sobie kłopotem. Kompromitujący występ w meczu ze Spartakiem Trnawa

Uparty Klafurić i jego taktyczna idée fixe

Trudno stwierdzić, kiedy Dean Klafurić postanowił być jak Adam Nawałka. Istotne jest to, że Chorwat wymyślił, iż jego piłkarze będą grać w modnym ostatnio ustawieniu z trzema obrońcami. Szlifowana już od zgrupowania w Warce taktyka na razie przynosi więcej strat, niż korzyści. Legia przegrała mecz z Arką Gdynia o Superpuchar Polski i ligową inaugurację z Zagłębiem Lubin. Wygrała co prawda dwa razy z Cork City w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale w stylu, jaki pozostawiał wiele do życzenia. Jeżeli pierwszym poważnym testem taktycznego eksperymentu Klafuricia miało być spotkanie z mistrzem Słowacji to test ten wypadł fatalnie. Wydaje się, że narzekania legionistów, którzy w korytarzowych zakamarkach szeptali, że pomysł ich trenera niezbyt im się podoba, nie jest tylko malkontenctwem.

We wtorek jak na dłoni widać było problemy mistrzów Polski ze zrozumieniem mechanizmów taktyki. W oczy szczególnie rzucały się przestrzenie jakie dzieliły piłkarzy ze stolicy, z czego chętnie korzystali rywale. Klafurić wciąż jednak uparcie wierzy w swój pomysł. Wyjścia są więc dwa: albo piłkarze Legii nagle zrozumieją, o co chodzi ich szkoleniowcowi, albo on porzuci idée fixe i szybko wróci do czwórki obrońców. Jeżeli nie będzie jednak żadnej reakcji, to za chwilę w Legii nie będzie także Chorwata.

Największy grzech Legii: brak agresji i zdecydowania

Gdy w 16 min. meczu Erik Grendel przymierzał na bramkę Arkadiusza Malarza, miejsca wokół siebie miał tak dużo, że mógł jeszcze kilka razy poprawić piłkę zanim huknął nie do obrony. Wokół byłego piłkarza Górnika Zabrze biegali co prawda legioniści, ale trudno było wskazać tego, który faktycznie próbował przeszkadzać rywalowi. Tą niefrasobliwość polskich zawodników mogliśmy zresztą oglądać wielokrotnie, bo już do chwili, gdy Grendel pokonał Malarza, Spartak mógł prowadzić dwoma golami.

Do tego momentu to bramkarz Legii był bohaterem cudownie broniąc uderzenie Marvina Egho. Ale w końcu i jego ręce okazały się za krótkie. Trudno dziwić się wściekłości 38-latka, gdy piłka zatrzepotała w siatce. Jego kolegom brakowało agresji i zdecydowania. Słowakom dali się poczuć tak pewnie, że ci na połowie Legii w pewnym momencie robili, co chcieli. Legia grała słabo szczególnie w drugiej linii. Można było odnieść wrażenie, że piłkarze Klafuricia mają przed sobą pańszczyznę, bo wielokrotnie ich ospałość była niemożliwy do wytłumaczenia. Tak jak pod koniec pierwszej połowy, gdy 20-letni Erik Jirka miał tyle miejsca, że nieatakowany przebiegł całą połowę Legii, po drodze minął jeszcze Carlitosa i Adama Hlouska, a później nie niepokojony uderzył na polską bramkę, choć za mocno i niecelnie. Symbolem bezradności gospodarzy była akcja z 83 min., gdy Egho ośmieszył polską defensywę i sam ograł kilku obrońców. I chyba tylko cud sprawił, że Austriak nie trafił później do pustej bramki.

Brak kreatywności, brak sytuacji, brak bramek

Na dramatycznie słabym poziomie była także kreatywność legionistów w ofensywie. Jeśli pod bramką Słowaków bywało groźnie (choć raczej należy powiedzieć, że „jeżeli działo się tam cokolwiek”) to decydowały o tym indywidualne umiejętności piłkarzy i szczęście, a nie precyzyjnie przygotowywane akcje. Tak było na przykład w 27 min, gdy w pole karne Słowaków wpadł Marko Vesović. To właśnie Czarnogórzec miał nękać defensywę Spartaka, ale pozbawiony wsparcia swoją aktywność ograniczył do kilku nieefektownych rajdów i dwóch sztuczek technicznych. Chyba najlepszym podsumowaniem wątłych prób Legii jest fakt, że najlepszą okazję Polacy stworzyli po uderzeniu głową Inakiego Astiza.

Przegrana walka w środku pola doprowadziła do tego, że legioniści praktycznie stracili możliwość oddawania strzałów z dystansu. A to mógłby być jakiś pomysł na zaskoczenie Martina Chudego. Legia nie miała jednak pomysłu, jak przejąć inicjatywę. Niewiele zmieniło pojawienie się na boisku Kaspra Hamalainena i Miroslava Radovicia. Bezproduktywni byli także napastnicy, którzy latem dołączyli do zespołu Klafuricia: Carlitos i José Kanté. Właściwie należy stwierdzić, że we wtorkowym meczu Legia była jak Krzysztof Kononowicz, który stwierdził, że nie będzie niczego. Po stronie mistrzów Polski też nie było niczego: ani bramek, ani pomysłu na grę w ofensywie, ani agresji, ani zaangażowania. Jeżeli do rewanżu nie wydarzy się coś niespodziewanego to nie będzie także awansu do kolejnej rundy.

(Nie)ukryta taktyka i trucht zamiast walki. Legia przegrała ze Spartakiem, czasu na poprawki coraz mniej [SPOSTRZEŻENIA]

Więcej o: