Liga Mistrzów. Legia Warszawa - Spartak Trnawa. (Nie)ukryta taktyka i trucht zamiast walki. Legia przegrała ze Spartakiem, czasu na poprawki coraz mniej [SPOSTRZEŻENIA]

Truchtający Cafu zamiast walczącego środka pola. Dezorientacja zamiast zaskoczenia, niezrozumiałe decyzje, brak pomysłu na grę i "Legia grać, k**wa mać" po raz pierwszy w tym sezonie na trybunach warszawskiego stadionu. Mistrzowie Polski przegrali pierwszy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów, w którym okazali się gorsi od Spartaka Trnawa. Miejsca na błędy drużyna Deana Klafuricia ma coraz mniej, a w zasadzie nie ma go już w ogóle. Sam Chorwat ma natomiast coraz mniej czasu na poprawę.

(Nie)ukryta taktyka Klafuricia

3-4-2-1 czy 3-5-2? 4-3-3, a może 4-4-2? Dean Klafurić przed rozpoczęciem wtorkowego spotkania sprawił niemały kłopot kibicom i dziennikarzom, a przede wszystkim sztabowi szkoleniowemu rywala, jak się później okazało - jedyny. Chorwat wystawił do gry taką jedenastkę, że tak naprawdę nikt nie wiedział, w jakiej formacji mistrzowie Polski rozpoczną spotkanie ze Spartakiem. Wystarczy spojrzeć na to, że w podstawowym składzie znalazł się zaledwie jeden nominalny środkowy obrońca - Inaki Astiz.

Klafurić więc zaskoczył, a może bardziej chciał to zrobić, bo do końca mu się nie udało. Legia zagrała bowiem tak, jak we wszystkich spotkaniach tego sezonu, czyli ustawieniem z trójką środkowych obrońców i dwoma zawodnikami wahadłowymi. Chytry plan, a raczej problem trenera warszawiaków polegał jednak na tym, że w gronie środkowych defensorów wystawił pomocnika (Chris Philipps) i lewego obrońcę (Adam Hlousek), na swojej pozycji zagrał jedynie Inaki Astiz. Gra zawodników ustawionych w bocznych sektorach boiska również wyglądała bardzo słabo - Marko Vesović popełniał te same błędy, co w starciach z Zagłębiem Lubin, Cork City i Arką Gdynia. Podłączał się do akcji ofensywnych, zbyt często zapominając o grze w obronie. O obronie zdarzało się zapominać także Sebastianowi Szymańskiemu, ale jego nie było widać też z przodu. Usprawiedliwieniem jego przeciętnej postawy może być jednak ustawienie, bo on również nie grał na swojej optymalnej pozycji.

Brak zrozumienia

Wydaje się, że to, co we wtorek miało stanowić największą broń legionistów, czyli zamiana pozycji i próba zaskoczenia rywala taktyką, stało się największym błędem warszawskiego zespołu. Z tego, że kilku zawodników grało na nowych pozycjach brało się mnóstwo nieporozumień. Philipps nie czuł się dobrze na pozycji środkowego obrońcy, zostawiał rywalom zbyt dużo miejsca, miał problemy z kryciem i odpowiednim ustawieniem. Hlousek często lewą stronę pozostawiał całkowicie wolną, z czego bezlitośnie korzystali m.in. Erik Jirka czy Marvin Egho. Szymański nie mógł w pełni wykorzystać swoich umiejętności, a współpracę Astiza z Hlouskiem najlepiej należałoby przemilczeć. Hiszpan i Czech zostawiali między sobą dużo wolnej przestrzeni, w którą piłkarze rywala bez trudu wbiegali. Jedna z takich akcji zakończyła się stratą bramki, kiedy w 16. minucie nieatakowany Erik Grendel podbiegł do pola karnego, uderzył z dystansu i nie dał szans Arkadiuszowi Malarzowi.

Trucht zamiast biegu, spacer zamiast ruchu

Problemem gospodarzy był również środek pola. Legioniści, szczególnie w pierwszej połowie, nie potrafili poradzić sobie z przeciwnikiem stosującym wysoki pressing. Na domiar złego Krzysztof Mączyński po kilkunastu minutach gry opuścił boisko z kontuzją po tym, jak brutalnie zaatakował go Egho. Antolić przez długi czas był niewidoczny, a więcej do gry zaczął wnosić dopiero w ostatnich 20 minutach spotkania. Najbardziej zawiódł jednak Cafu, bo on również w dużej mierze przyczynił się do straty gola. Środkowy pomocnik biernie przyglądał się na Grendela prowadzącego piłkę w kierunku bramki Malarza, wracając za nim truchtem. Po kilkunastu minutach w niemal identycznej sytuacji zachował się jeszcze gorzej, bo nawet na trucht się już nie zdobył. Wracał powoli, tempem spacerowym, znajdując się w okolicy środka boiska, kiedy rywal był już w "szesnastce" gospodarzy.

Cafu chwilami sprawiał wrażenie, jakby zdawał sobie sprawę ze swojej słabej postawy w obronie - postanowił więc pomóc z przodu. Tam również mu jednak nie wychodziło, bo próby przerzutów łatwo zatrzymywali rywale, tak samo jak próby strzałów z dystansu. A jeśli już jakiegoś nie zablokowali, to piłka i tak leciała wysoko nad bramką. Zagrożenie udało mu się stworzyć jedynie raz, jeszcze przed przerwą, kiedy znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem przeciwnika. Udało mu się nawet minąć Martina Chudego i wbić piłkę do pustej bramki. Zanim jednak zaczął się cieszyć z bramki, to sędzia Adam Farkas odgwizdał spalonego.

Zabrakło zaangażowania

Nie tylko brak ruchu Cafu stanowił jednak problem. Podobnie było z innymi piłkarzami - większość z nich starać mocniej zaczęła się dopiero w drugiej połowie. Mało aktywny był wspomniany wcześniej Szymański, Vesović teoretycznie biegał więcej, ale z tego również nic nie wynikało. Tak naprawdę za walkę i zaangażowanie można było wyróżnić - poza Malarzem, który znów popisał się kilkoma świetnymi interwencjami - dwóch piłkarzy: Jose Kante i Carlitoa. Pierwszy pracował bardzo mocno w ataku i na skrzydłach. Często wymieniał pozycje z kolegami i starał się zmylić obrońców rywala. Wracał też do obrony, gdzie wybił kilka groźnych dośrodkowań ze stałych fragmentów gry. Podobnie było z Carlitosem, który co prawda częściej zostawał na połowie rywala, ale gdy trzeba było wracać, to wracał. Dwa razy zrobił to zamiast Cafu, pędząc od pola karnego rywala pod własną bramkę. Pracy w ofensywie również miał dużo, bo pozostali zawodnicy rzadko mieli mu coś do zaproponowania - zazwyczaj posyłali długie piłki "na walkę". Walkę trudną, bo na środku obrony Spartaka najczęściej widzieliśmy rosłych Borisa Godala i Martina Totha. Walkę, która kosztowała go mnóstwo sił, a i to nie przeszkodziło mu w błyskawicznym wyprowadzeniu kontrataku w 75. minucie. Kontrataku zresztą zmarnowanym, tym razem przez Miroslava Radovicia, a wcześniej przez innych zawodników.

Dariusz Mioduski Dariusz Mioduski KUBA ATYS

Zmarnowany komfort pracy

Cały okres przygotowawczy z drużyną, obóz w Warce, jedynie dwóch piłkarzy powołanych na mistrzostwa świata, zakup najlepszego napastnika Lotto Ekstraklasy - długo wydawało się, że warunki do przygotowania drużyny Dean Klafurić miał idealne, zdecydowanie lepsze niż jego poprzednicy. Zamiast jednak wykorzystać je jak najlepiej i ulepszyć zespół, który dobrze zaczął funkcjonować już w końcówce ubiegłego sezonu, kiedy przejął go po Romeo Jozaku, zdecydował się na inny wariant. Jaki? Gra legionistów mówi, że chyba sam do końca nie wiedział. Chorwat wymyślił grę systemem 3-5-2 mówiąc, że wraz ze swoimi współpracownikami przygotował profile wszystkich piłkarzy, a te powiedziały mu jasno: ta formacja będzie idealna. Idealna jednak nie jest, bo widać to w każdym meczu mistrzów Polski.

Nieoficjalnie mówią też o tym piłkarze, chociaż oficjalnie proszą o czas na dopracowanie nowego sposobu gry. Jose Kante, który teoretycznie grę z trójką obrońców chwalił, również powiedział o tym, że współpraca z wahadłowymi nie wygląda tak, jak powinna, bo tak naprawdę tej współpracy nie ma. Nie ma też czasu na wspomnianą pracę nad formacją, bo może się okazać, że za tydzień Legii w kwalifikacjach Ligi Mistrzów nie będzie.

Klafurić teraz musi sprawić, by drużyna wróciła do tego, co prezentowała kilka miesięcy temu. Pytanie tylko, czy zrobić to poprzez zmianę formacji, zmiany personalne czy zwiększenie zaangażowania piłkarzy. Na to Chorwat będzie musiał odpowiedzieć sam, bo jeśli tego nie zrobi, to jego posada zacznie się robić coraz bardziej niepewna.

Kibice stracili cierpliwość

Na razie wydaje się, że Klafurić kredyt zaufania u władz klubu jeszcze ma, choć już bardzo mały. Cierpliwość stracili natomiast stołeczni kibice."Legia grać, k*rwa mać" zabrzmiało na trybunach warszawskiego stadionu pierwszy raz w tym sezonie. Także pierwszy raz w tym sezonie kibice zaczęli opuszczać stadion jeszcze przed końcem spotkania. Pierwsi z nich wyszli już kwadrans przed końcem, a w następnych minutach dołączały do nich kolejne grupki. "Żyleta", trybuna najbardziej zagorzałych fanów mistrzów Polski, na miejscach została do końca, ale pokazała, że margines błędu robi się coraz mniejszy i wszyscy oczekują poprawy gry. Jeśli tej poprawy nie będzie, będą przyśpiewki nawołujące do zwolnienia trenera. "Chyba już najwyższa pora, zwolnić tego amatora" - tak śpiewali warszawscy fani, kiedy z drużyną żegnał się Romeo Jozak. Jego następca szansę poprawy wciąż ma, ale zaczyna brakować mu czasu, a co gorsza - pomysłów.

Więcej o: