Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wasiljew w wywiadzie Staszewskiego: Byłem żołnierzem, kochałem matematykę a teraz walczę sam ze sobą

Konstantin Wasiljew to postać wyjątkowo niebanalna: Rosjanin reprezentujący Estonię, który w szkole był prymusem a w armii służył w jednostce łączności. Latem ku zaskoczeniu kibiców Jagiellonii zmienił Białystok na Piast Gliwice. - Teraz walczę sam ze sobą. Poprzeczkę postawiłem sobie wysoko. Ale znów mogę być liderem - mówi Wasiljew w rozmowie Sebastiana Staszewskiego z cyklu "Wywiadówka Staszewskiego".

Sebastian Staszewski: Wielu kibiców Jagiellonii wciąż ma ochotę zapytać: Kostia, szto wy zdielali, co pan zrobił? Zamiast zostać w Białymstoku, gdzie był pan gwiazdą, wrócił pan do Piasta Gliwice, dziesiątego zespołu poprzedniego sezonu Ekstraklasy.

Konstantin Wasiljew: Rozumiem te pytania, ale co mam powiedzieć? Tak poukładało się moje życie. Nie uważam jednak, że zrobiłem krok w tył. Teraz Jagiellonia jest wicemistrzem, ale dwa sezony temu miała problemy w strefie spadkowej. A wicemistrzem był wówczas Piast. Teraz robię wszystko, aby górą byli gliwiczanie. Futbol lubi przecież zaskakiwać.

Nie taki był jednak plan. Kiedy rozmawialiśmy na gali Ekstraklasy sugerował pan, że może przenieść się do Rosji albo jednego z krajów arabskich.

Miałem kilka propozycji, ale żadna z nich nie była na tyle dobra, abym spakował się i wyjechał. Było kilka zainteresowań spoza Europy, dzwonili z Azerbejdżanu, z Rosji. Pojawiła się szansa na powrót do Premjer Ligi, ale kluby czekały aż skończy się Puchar Konfederacji. Musiałbym czekać i ja. A nie miałem gwarancji. Nie chciałem ryzykować. Ekstraklasa zbliżała się wielkimi krokami, więc zdecydowałem się na ofertę z Gliwic.

Gliwiczanie przekonali pana stabilizacją, czyli 3-letnim kontraktem?

Nie tylko, ale to był bardzo ważny argument. Rozmowy z Piastem szły szybciutko, klubowi bardzo na mnie zależało.

Nie było żal opuszczać Podlasia? To właśnie w Jagiellonii osiągnął pan szczyt formy i największy sportowy sukces w karierze.

Niektóre scenariusze kończą się szybciej niż planujemy. Taki los piłkarza. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Kiedy żegnałem się z Jagiellonią, przeczuwałem, że mogę zagrać w innym polskim klubie. Szybko odezwało się kilka zespołów z Ekstraklasy. W tym Piast.

Mówił pan: „Gdyby Michał Probierz został w Jagiellonii, zostałbym i ja”. A jednak nie podążył pan krakowską drogą Probierza. Był w ogóle taki temat?

Gdyby Michał został, byłaby większa szansa, że zostanę i ja. Ale odszedł. Natomiast jeśli chodzi o Cracovię, to były jakieś wstępne rozmowy, ale nic z nich nie wyszło. Mimo to cały czas mam koleżeński kontakt z Michałem. Lubimy się i szanujemy.

Pana największym rywalem w tym sezonie jest Konstantin Wasiljew? Bo ostatni raz tak dużo bramek nastrzelał pan dziesięć lat temu, w Levadii Tallinn!

Muszę zmierzyć się z oczekiwaniami kibiców, dziennikarzy i działaczy. Do Gliwic przyszedłem jako jeden z najlepszych zawodników ligi. Po sezonie, który w mojej polskiej przygodzie był szczytowy. Grałem na swoim poziomie, klub walczył o mistrzostwo Polski. Teraz chcę być liderem kolejnej drużyny, która ma ambicje. Konkretnych celów jeszcze nie mamy, ale na pewno chcemy awansować do pierwszej ósemki. Ja natomiast chciałbym strzelić tyle bramek, co w moim najlepszym roku w Levadii!

W Levadii, której był pan 20-letnim kapitanem…

W każdym klubie byłem blisko kapitańskiej opaski. Nawet w Rosji w kilku spotkaniach towarzyskich wyprowadzałem drużynę Amkara Perm jako kapitan. Tak samo w Gliwicach, w Białymstoku. Nie jestem typem krzykacza, który wszystkich opierdziela. Wolę pomagać swoją postawą na boisku, wolę zarażać spokojem. Wiadomo, że czasem zaklnę, ale należę do ludzi, którzy od emocji preferują racjonalność. Myślę, że właśnie to 12 lat temu dostrzegł we mnie trener Tarmo Rüütli, późniejszy selekcjoner reprezentacji Estonii.

Jak w ogóle zostaje się piłkarzem w Estonii? To kraj bez futbolowej tradycji, gdzie ludzie wolą oglądać biegi narciarskie i hokej. W całej Estonii w piłkę gra 12, może 15 tys. ludzi.

Na nartach nigdy nie biegałem, na łyżwach ledwo stoję. Od samego początku wiedziałem za to, że chcę zostać piłkarzem. Należę do generacji dzieci, która całe dnie spędzała na podwórku. Już w szkole podstawowej zrozumiałem, że piłka da mi na chleb. Byli nauczyciele, którzy chcieli mnie od tego odwieść, ale otrzymałem mocne wsparcie rodziny. Jako dziecko dostałem się do piłkarskiej szkoły w Tallinie. To była jedna z siedmiu dużych szkółek w Estonii. Tam spędziłem aż 10 lat. Awansowaliśmy nawet do II ligi. Jako akademia! Mając 18 lat podpisałem profesjonalny kontrakt z Levadią.

Nie żałuje pan czasem, że urodził się pan Estończykiem? A nie na przykład Belgiem, Niemcem?

Właściwie to urodziłem się Rosjaninem, ze Związku Radzieckiego pochodzą moi rodzice. Nie mogę wyprzeć się tej części mnie. Ale paszport mam estoński, a więc połowa Kostii należy właśnie do Estonii. W tym kraju poznali się mama i tata, tam się urodziłem, wychowałem. A więc reprezentuję Sinisärgid. Chociaż tak, myślę, że gdybym miał inną narodowość, mógłbym zrobić większą karierę. Przecież skauci najlepszych klubów rzadko zaglądają do naszej ligi. Dlatego też o marzenia musiałem walczyć dwa razy mocniej.

Gdyby nie grał pan w piłkę, zostałby pan matematykiem, analitykiem? Podobno w szkole był pan prymusem.

Zawsze lubiłem matematykę. Ale nie tylko. Z języków też byłem niezły. A w szkole mieliśmy estoński, rosyjski, angielski, francuski. Nie przepadałem tylko za fizyką i chemią. W Estonii najlepsza ocena to piątka, a najsłabsza – jedynka. Na świadectwie ukończenia gimnazjum miałem same piątki i tylko jedną czwórkę. Z fizyki właśnie. A żeby było zabawniej, w Tallinie przez półtora roku studiowałem elektroenergetykę.

Podobało się panu?

Tylko momentami. Ale gdybym nie grał w piłkę na pewno znalazłbym dobrą pracę. Dużą wagę do mojej edukacji przykładali rodzice. Mówili, że będę mógł grać tylko wtedy, gdy zadbam o szkołę.

A wojsko? Był pan przecież w armii.

To była jednostka łączności w Tallinie. Byłem w niej jedenaście miesięcy. Chociaż tak naprawdę to połowę czasu spędziłem na treningach piłkarskich. Wiesz, że z tamtych czasów nie mam nawet jednego zdjęcia?

Umie pan strzelać?

No jasne. Strzelało się z automatów.

Równie celnie co na boisku?

Gdzieś zawsze trafiłem. Ale takiej wprawy, jak na murawie, nie miałem.

Często uderza pan z dystansu, więc w armii byłby pan pewnie snajperem.

Możliwe. Ale całe szczęście, że zostałem strzelcem piłkarskim, a nie wyborowym.

Polskich piłkarzy po raz pierwszy spotkał pan w Rosji. W Amkarze Perm pana kolegami byli Damian Zbozień, Janusz Gol i Jakub Wawrzyniak. Wesołe czasy?

Życie płata różne figle. Wtedy graliśmy w Permie, a dziś Damian jest w Arce Gdynia a Kuba w Lechii Gdańsk. Czekamy tylko na Janka, któremu w Rosji widocznie tak się spodobało, że nie chce wracać. Pamiętam, że przeskok ze Słowenii do ligi rosyjskiej był bardzo duży. To były wówczas mocne rozgrywki. Także pod względem spożywanych trunków, haha. Z chłopakami tworzyliśmy naprawdę fajną paczkę.

Jak układała się współpraca ze Stanisławem Czerczesowem?

Uważam go za dobrego trenera. Ma pewne cechy charakteru, którymi przekonuje do siebie zawodników. Natomiast jego metody są proste. Wszyscy biegają tyle samo – dużo. Kiedy Stasiek trafił do Legii pomyślałem, że klub dostanie olbrzymi impuls. I tak było. Czerczesow przejął zespół w kryzysie, zdobył mistrzostwo i puchar. W Warszawie mogą żałować, że odszedł przed Ligą Mistrzów. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę na to, że Stasiek nigdzie nie pracował długo. Ani w Amkarze, ani w Tereku Grozny, ani w Dinamie Moskwa. Na dłużej zaczepił się dopiero w reprezentacji Rosji, ale to inna bajka.

To prawda, że zanim wylądował pan w Rosji, mógł pan trafić do Genui?

Tak się mówiło. Ale ja z nikim nie rozmawiałem. Najlepszą ofertę w życiu miałem z Panathinaikosu Ateny. To było trzy lata temu, tuż przed moim transferem do Gliwic.

Do Polski sprowadził pana legendarny w naszym kraju Zdzisław Kręcina…

Bardzo miły facet. Negocjowałem wtedy z jednym klubem z Izraela, ale odezwał się Kręcina i zaprosił mnie do Gliwic. Nic nie oferował, chciał tylko pokazać mi klub. Bez niego na pewno nie byłoby Wasiljewa w Ekstraklasie. Pamiętam, że codziennie wydzwaniał do agenta, walczył o ten transfer. Dzięki panu Kręcinie Piast wszedł na wyższy poziom.

Widział pan memy z Kręciną w roli głównej? Kręcina-prezydent, Kręcina-papież, Kręcina-siłacz itd.

Jego reputacja strasznie mnie dziwi. Facet jest profesjonalistą, naprawdę zna się na piłce. Rozmawiałem o nim z wieloma osobami i wszyscy go szanują. Do dziś mamy kontakt. Widzieliśmy się pół roku temu w Warszawie. I jak zawsze było bardzo miło.

Pamięta pan bramkę strzeloną reprezentacji Polski? Rok 2012, przeddzień pana urodzin i debiut selekcjonera Waldemara Fornalika. Przegraliśmy 0:1.

Dla Estonii była to prestiżowa wygrana. Polska była tuż po mistrzostwach Europy. Ten mecz zacząłem na ławce rezerwowych. Pamiętam, że nie dominowaliście, mieliśmy swoje sytuacje. Po Euro byliście emocjonalnie wypaleni. Wszedłem w końcówce i strzeliłem piękną bramkę. To jeden z najlepszych prezentów urodzinowych jaki dostałem. Bardziej podobały mi się tylko piłki, które jako dziecko otrzymywałem od rodziców.

Równie pięknego gola zdobył pan rok później w meczu z Holandią. I znów miał pan okazję do świętowania. Dwa dni wcześniej urodziła się pana córka, Victoria.

Przypadek? Nie sądzę! Ładnie to poukładałem, co? Ta bramka to był jeden z fajniejszych momentów w życiu. Ostatecznie zremisowaliśmy 2:2, choć na to nie zasłużyliśmy. Ale strzeliłem bramkę, zrobiliśmy kołyskę dla córy. Żona była szczęśliwa. Victoria znaczy „zwycięstwo”. I od jej urodzin moje życie to faktycznie pasmo sukcesów. Oby to imię pomogło także jej.

Które trafienie było ważniejsze?

Z Holandią. To był mecz o punkty z wicemistrzem świata. Takie momenty pamięta się do końca życia.

Jest pan w Estonii gwiazdą, jak Robert Lewandowski w Polsce?

Wolałbym być jak moi idole z dzieciństwa, Andrea Pirlo, Roberto Baggio. Ale niestety nie.

Na ulicy kibice chociaż poznają?

Czasem, ale bardzo rzadko.

Na kawę zaproszą?

Nie, nigdy mi się nie zdarzyło.

A w Białymstoku?

Na pewno znacznie częściej. Tam ludzie zwracają na mnie uwagę, robią sobie zdjęcia, proszą o autografy. Od razu widać, że na Podlasiu futbol jest znacznie popularniejszy, niż w Estonii.

Zapytam więc jeszcze raz: po co się pan stamtąd ruszał?

Taki scenariusz napisało życie. Ja mogę zrobić tylko wszystko, aby na jego końcu było szczęśliwe zakończenie.

Wywiad ukazał się w Przewodniku Kibica EkstraStats. A w nim kolejne wywiady, teksty i analizy!

Zobacz wideo
Więcej o: