Kompromitacja Lecha mimo awansu. "Strzelił gola i wyglądał na załamanego"

Dawid Szymczak
Lech Poznań pokazał, że można wygrać (4:1) i awansować do kolejnej rundy eliminacji Ligi Konferencji, a przy tym palić się ze wstydu. Mistrzowie Polski wyeliminowali bowiem półamatorów z Vikingura Rejkjavik dopiero po dogrywce, bo wcześniej zaprzepaścili doskonałe okazje - z nietrafieniem do pustej bramki włącznie. Ten mecz zamiast im pomóc, tylko zaszkodzi: kibice stracili cierpliwość, załamał się Sousa, zawiódł Amaral i cały Lech.

Można strzelić gola i ze złości uderzać pięścią w ziemię. Można doprowadzić do dogrywki, mimo kilkunastu okazji do strzelenia gola. Można wygrać i pogrążyć się w kryzysie. Można strzelić cztery gole i zostać wygwizdanym. Można awansować i spalić się ze wstydu. Udowodnił to Lech Poznań w meczu z Vikingurem Rejkjavik.

Zobacz wideo W Lechu Poznań mówią o rewolucji. Nowy trener przeciwieństwem Skorży

Kuriozalna cieszynka. Nie te okoliczności, nie ten moment, nie ten rywal

Kristoffer Velde po golu strzelonym półamatorom naprężył muskuły i uciszał krytyków, jakby zawód Lechem i nim samym był zupełnie bezpodstawny. Jakby nie doszło do porażki w pierwszym meczu z islandzkimi elektrykami i hydraulikami grającymi w Vikingurze, jakby nie było przedostatniego miejsca w ekstraklasie ani odpadnięcia po blamażu już w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Jakby on sam wcale nie zawodził, odkąd pojawił się w Poznaniu ani obie bramkowe akcje w rewanżu z Vikingurem nie były nielicznymi, jakie mu wyszły. Jakby cała ta krytyka była nieadekwatna i wynikła ze złej woli. Wreszcie - jakby nie było dogrywki na własne życzenie w rewanżu III rundy eliminacji Ligi Konferencji, czyli w przedbiegach najsłabszego z trzech europejskich pucharów.

Lech PoznańLech awansował po dogrywce. Ale powinien czerwienić się ze wstydu

Lech, strzelając dwa gole w dogrywce i odrabiając straty z meczu na Islandii, jedynie uniknął kompletnej katastrofy i absolutnej kompromitacji. Odniósł zwycięstwo, które od początku powinno być formalnością. A że nie było i do meczu z Vikingurem - najniżej notowanym zespołem w tej rundzie eliminacji Ligi Europy - siadało się bez przekonania, że mistrzom Polski uda się awansować, już fatalnie o nich świadczy. Taka cieszynka Velde, w tych okolicznościach, była kuriozalna. To jakby świętować pokonanie w matematycznym konkursie ucznia pierwszej klasy podstawówki ledwie o punkt. To powód do wstydu, a nie teatralnego triumfu. 

To tylko gest, mało istotna cieszynka po ważnym golu, ale symboliczna, bo pokazująca, że Velde kompletnie nie rozumie sytuacji, w której znalazł się Lech i nastrojów, jakie temu towarzyszą. Zawód początkiem sezonu, mimo przebrnięcia do kolejnej rundy eliminacji Ligi Konferencji - głównie dzięki mistrzowskiej ścieżce i szczęśliwym losowaniu - jest olbrzymi. A co gorsza, przejście Vikingura nie rozwiązuje problemów Lecha i nie odżegnuje kryzysu, w którym się znalazł. Nie dość, że mecz z półamatorami w ogóle nie ma takiej mocy, to jeszcze sam jego przebieg przyniesie raczej odwrotny skutek.

Lech Poznań tylko pogłębił kryzys. Cisza w dogrywce

Sama gra Lecha pokazuje bowiem, że John van den Brom po blisko dwóch miesiącach pracy wciąż nie zaczął nawet nadawać zespołowi swojego stylu. Kolejorz ograł Vikingura dzięki temu, że ma w składzie lepszych piłkarzy. Wyceny ich wartości w serwisie "Transfermarkt" są niedoskonała, ale dają przynajmniej pobieżne wyobrażenie, jak duża może być różnica w piłkarskiej jakości między dwoma zespołami. I tak - kadra Lecha wyceniana jest na blisko 30 milionów euro, a Vikingura na nieco ponad 2 mln. Było to widać na boisku. Islandczycy nie mieli w składzie zawodnika potrafiącego tak dobrze podać piłkę, jak grający na prawej obronie w Lechu Joel Pereira. To on napędził pierwszą akcję bramkową i asystował przy drugim golu. W Vikingurze nie było też napastnika, który umiałby tak dobrze uderzyć dośrodkowywaną piłkę. Było za to wielu piłkarzy, którym celne podanie i dokładne przyjęcie piłki pod presją sprawiało spore problemy.

Lech PoznańLech poznał rywala w IV rundzie el. Ligi Konferencji Europy

Mimo to do końca meczu zachowali nadzieję, że jedno - choćby przypadkowe - trafienie doprowadzi do dogrywki. I w ostatnich sekundach doliczonego czasu, tuż po zaprzepaszczonej okazji przez Lecha, rzeczywiście trafili. I to wcale nie przypadkowo, bo akcja, która dała im gola na 1:2 i dogrywkę (było 2:2 w dwumeczu), przypominała pierwszą bramkową akcję Lecha. Przez ostanie pół godziny mecz toczył się w ciszy, którą zaburzały jedynie kpiące okrzyki "ole!", gdy mistrzom Polski udało się celnie kopnąć piłkę. Tak zareagowali kibice na żenujący przebieg meczu, w którym Lech najpierw nie potrafił zdominować przeciwnika, a później nie umiał go dobić trzecim trafieniem. Mistrzowie Polski w ostatnich minutach zmarnowali co najmniej trzy okazje, które powinny skończyć się golem i zagwarantować bezpieczną przewagę. W słupek uderzył Isak, na pustą bramkę nie trafił Afonso Sousa, a Michał Skóraś w kluczowej akcji niecelnie dośrodkował.

Lech, przekładający mecze ekstraklasy i narzekający na konieczność zagrania w Superpucharze Polski, na własne życzenie musiał tracić siły w półgodzinnej dogrywce. Fatalny tego wieczoru Sousa zmarnował w niej rzut karny, a gdy minutę później gola na pocieszenie podarował mu Filip Szymczak, zamiast się cieszyć, upadł na kolana i ze złości uderzał pięścią w murawę. Wyglądał na kompletnie załamanego. Nie on jedyny. To mecz, który nie ma zwycięzców. Obrońcy znów nie zachowali czystego konta, Antonio Miliciowi odnowiła się kontuzja, Amaral, zamiast się przełamać, zmarnował doskonałe sytuacje, a van den Brom znów nie nakreślił przekonującego planu na pokonanie przeciwnika. Kolejny raz polegał jedynie na naturalnych umiejętnościach swoich piłkarzy, które ostatecznie wystarczyły na półamatorów z Islandii.

Można zgadywać, że po pewnym, wysokim zwycięstwie, piłkarzy Lecha żegnałyby brawa - może nawet bardziej na zachętę niż za rozprawienie się z półamatorami. Być może pomogłyby chociaż na chwilę zapomnieć o kryzysie i cieszyć się z drobnostki. Ale nawet to się nie udało. Kibice rozumieją bowiem okoliczności lepiej niż Kristoffer Velde, dlatego po zwycięstwie 4:1 nad Vikingurem gwizdali, zamiast klaskać.

Więcej o: