Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Były reprezentant Polski jest kierowcą autobusu. "Msze są całkowicie zabronione. Polacy cierpią"

- Mój syn jest lekarzem w Holandii, w Groningen, a moja siostra we Wrocławiu. Najbardziej myślę o nich, bo oni są na pierwszej linii frontu - mówi Aleksander Kłak. Były bramkarz piłkarskiej reprezentacji Polski mieszka w belgijskiej Antwerpii. Wicemistrz olimpijski ze sportem związany już nie jest, pracuje jako kierowca miejskiego autobusu.

W 1992 roku Kłak został wicemistrzem olimpijskim. Na igrzyskach w Barcelonie był jednym z liderów kadry prowadzonej przez Janusza Wójcika. Grał w niej m.in. z Jerzym Brzęczkiem, Andrzejem Juskowiakiem, Wojciechem Kowalczykiem, Tomaszem Wałdochem czy Piotrem Świerczewskim. Wielkiej kariery nie zrobił w dużej mierze przez kontuzje. Najdłużej - przez sześć lat - grał w Royalu Antwerp. Później był trenerem bramkarzy w tym klubie. Wreszcie całkowicie zrezygnował z futbolu i o kilku lat pracuje jako kierowca autobusu miejskiego w Antwerpii.

W Belgii zarażonych koronawirusem jest 11 899 osób, a z powodu choroby zmarło 513 ludzi (dane na 30 marca).

Zobacz wideo Czego boją się piłkarze? Mówi Euzebiusz Smolarek

Łukasz Jachimiak: Jak trudno się Panu pracuje w związku z pandemią koronawirusa?

Aleksander Kłak: Od poniedziałku nie jeżdżę, zacząłem urlop. Od sześciu lat zawsze brałem urlop na święta Wielkanocne i jeździłem do Polski. Teraz też wcześniej poprosiłem o urlop i go mam.

Ale do Polski się Pan nie wybiera?

- Nie, w tej sytuacji zostaję w Antwerpii.

Planuje Pan wyjechać z miasta czy urlop spędzi Pan w domu?

- Chciałbym wyjechać. Lubię pojeździć na rowerze, pocieszyć się naturą. Ale ani w Ardeny, ani nawet do pobliskiego lasu raczej nie można się wybrać. Na autostradach są informacje, żeby niepotrzebnie nie jeździć. I są kontrole. Jest sprawdzane choćby to czy w aucie nie znajduje się za dużo osób. Mogą być maksymalnie dwie. Zostaje siedzenie w domu. Może już lepiej by było pracować, niż siedzieć i myśleć. Chociaż na pewno izolacja jest bezpieczniejsza.

Ostatnie tygodnie to był dla Pana najtrudniejszy czas w roli kierowcy miejskiego autobusu?

- Były nowe przepisy i trzeba było się ich mocno trzymać. Przede wszystkim w autobusie mogło być nie więcej niż 15 pasażerów.

Liczył ich Pan?

- Nie musiałem. Ruch jest bardzo mały, ludzie siedzą w domach. Belgowie boją się koronawirusa. Moja linia zwykle nie jest zapchana, a w ostatnich tygodniach to już ogóle mało kto nią jeździł. Przez ten czas nigdy nie wiozłem więcej niż 8-9 osób. W Belgii już dawno temu zamknięto szkoły, wszystkie instytucje kulturalne i obiekty sportowe - muzea, teatry, baseny. Ludzie się nie przemieszczają, bo nie mają do czego. Fabryki, które działają, wożą pracowników swoim transportem.

Ale pewnie kierowcy innych linii, jeżdżących przez centrum, Panu zazdroszczą?

- Ja też jeżdżę przez centrum, większość linii ma tam przystanki. Na główny plac miasta po prostu kompletnie nie ma po co jeździć. Wszyściusieńko w centrum Antwerpii jest pozamykane - sklepy, restauracje, kafejki, nie działa nic. Nie ma też teraz godzin szczytu. Zwykle największe natężenie ruchu było około godziny ósmej, wtedy autobus bywał pełny. Ale teraz szkoły nie ma, wszyscy siedzą w domach. Nie było sytuacji, w której czułbym się zagrożony. Pierwsze siedzenia za mną są wyłączone z użytku, jest wydzielona dwumetrowa strefa zablokowana taśmami. Ludzie wsiadają i wysiadają tylko drzwiami z tyłu. Wozi się też bardzo dużo środków dezynfekujących i ręczników papierowych, żeby co jakiś czas czyścić kabinę. Zmieniliśmy też system zmian między kierowcami. Już nie zmieniamy się na ulicy, tylko zawsze w zajezdni, po dłuższym, dokładnym czyszczeniu kabiny i po wietrzeniu autobusu. Dodatkowo ostatnio nie włączałem ani klimatyzacji, ani ogrzewania. Lepiej ubrać się cieplej niż używać tego, co jest siedliskiem bakterii i wirusów. Unikaliśmy się też z kolegami w zajezdni. Na tyle, na ile się dało, bo jak się spotyka kilkudziesięciu kierowców, to trudno zawsze zachować dwa metry odstępu od człowieka. Ale nie witaliśmy się, siedzieliśmy daleko od siebie. Tylko przez portiernię wszyscy musieliśmy przechodzić. I tam człowiek czuł się nieswojo, myślał, że mógłby coś złapać.

Ale nie miał Pan kontaktu z nikim, u kogo stwierdzono koronawirusa?

- Nie spotkałem nikogo z koronawirusem i - na szczęście - w autobusie też nie miałem pasażera, którego chciałbym wyprosić albo nawet zawieźć od razu do szpitala. Powtarza się ludziom, żeby dzwonili po pomoc, a nie jeździli autobusami po mieście, jeśli się źle czują. No i ten ruch u nas jest naprawdę mały. Aż w piątek kierownictwo zaproponowało części kierowców przejście na techniczne bezrobocie.

Jak ono działa?

- Zredukowano liczbę autobusów i niektórzy kierowcy nie mają co robić. Są w Antwerpii kierowcy, którzy mają swoje stałe linie, jak ja, ale są też tacy, którzy nie mają stałych jazd, są rezerwowymi albo jeżdżą tylko od poniedziałku do piątku. Techniczne bezrobocie daje im 70 procent zarobków. Będą pobierali pomniejszone wynagrodzenie i będą czekali na lepsze czasy.

Nie brzmi najgorzej.

- To prawda, zwłaszcza że są rozmowy, żeby dostawali większą część zarobków niż 70 proc. Może jeszcze im coś państwo dołoży. My w ogóle jesteśmy państwową firmą, opłacaną z budżetu kraju.

Śledzi Pan relacje mediów z walki z koronawirusem?

- Nie. Wolę tym nie żyć. Nie wiem nawet, ilu jest zarażonych i ile ofiar śmiertelnych. Wiem, że nikt nie wie, jak się przed tym bronić. Można się tylko izolować i próbować, żeby izolacja była całkowita, chociaż to bardzo trudne. Staramy się tu nie odwiedzać, rozmawiamy przez komunikatory internetowe. Ale dla mnie, jako człowieka wierzącego, problemem jest brak możliwości uczestniczenia we mszy. Tutaj to jest całkowicie zabronione. Polska społeczność trochę z tego powodu cierpi.

Któryś z przedstawicieli Kościoła w Polsce powiedział, że lepiej, żeby teraz Kościoły były puste niż żeby za jakiś czas były pełne trumien.

- Sytuacja jest bardzo trudna. Rozumiem te postanowienia i nikogo nie osądzam. Trzeba się modlić i myśleć szczególnie o osobach bardzo narażonych, pracujących w służbie zdrowia.

Ma Pan takie osoby w rodzinie?

- Mój syn jest lekarzem. W Holandii, w Groningen. Pracuje w laboratorium. Teraz dosłownie walczy z tym wirusem. Badają go, szukają możliwości pomocy ludziom. A w Polsce moja siostra pracuje jako lekarz. We Wrocławiu. Ona pracuje w hospicjach. Myślę o nich szczególnie, bo są na pierwszej linii frontu.

O sporcie Pan czasem myśli, czy w tych okolicznościach ani trochę?

- Za piłką nie tęsknię, szczerze mówiąc. Od jakiegoś czasu już nie miałem ochoty tak jej oglądać, jak kiedyś. Oczywiście kibicuję Jurkowi Brzęczkowi i naszej kadrze, na Euro czekam. Szkoda, że w tym roku się nie odbędzie. Ale przesunięcie mistrzostw o rok było koniecznością. Tak samo z igrzyskami. Musimy jakoś sytuację opanować i dopiero będzie można myśleć o sporcie. Ciekawe tylko czy naprawdę Euro odbędzie się w aż 12 krajach. Takie przemieszczanie się aż tylu drużyn może być ryzykowne i w 2021 roku.