Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Nie boją się spadku z ekstraklasy. "Lepiej w ogóle nie startować. To zupełnie inna rzeczywistość"

- Jeśli mamy grać 3-4 kolejki tylko po to, żeby później podjąć decyzje o rozstrzygnięciach, to lepiej w ogóle nie startować. I mówię to być może przeciwko swoim interesom, bo przecież jesteśmy na ostatnim miejscu w tabeli - mówi Tomasz Salski, prezes ŁKS-u.

"Klubowy raport" to cykl autorstwa dziennikarzy Sport.pl dotykający problemów, z którymi przyszło się teraz mierzyć polskim klubom piłkarskim. I tym dużym - z ekstraklasy, i tym mniejszym - z niższych lig. Codziennie o 8 na Sport.pl i Gazeta.pl.

ŁKS był jednym z pierwszych klubów bezpośrednio dotkniętym wstrzymaniem rozgrywek. 13 marca, gdy podjęto decyzję o zawieszeniu ligi, łodzianie mieli rozegrać mecz z Górnikiem Zabrze. - Jeszcze 30 minut przed oficjalnym potwierdzeniem byliśmy gotowi, by przystąpić do tego spotkania - mówił trener Kazimierz Moskal. - Najbardziej zaniepokoił mnie komunikat, że jeśli rozgrywki zostaną zakończone, to wszelkie decyzje zostały podjęte i wiemy, jak rozstrzygnie się liga. Wszystko odbywało się trochę poza klubami i decyzje za tym idące mogłyby być podejmowane zbyt szybko. Ale mam nadzieję, że nie będą. Wiadomo, że ktoś na tym straci, a ktoś zyska, ale tu jest jeszcze dużo do rozegrania. Wszyscy wiedzą, w jakiej jesteśmy sytuacji. Grozi nam spadek i chcemy walczyć o utrzymanie, nawet jeśli kalendarz zupełnie się zmieni.

Na razie rzeczywistość dla ŁKS-u się nie zmienia. Zespół Moskala zajmuje ostatnie miejsce w tabeli już dłuższy czas. Do bezpiecznej strefy traci aż jednaście punktów. Ale w teorii wszystko jest jeszcze do odrobienia, bo do końca ligi zostało jedenaście kolejek. Pytanie tylko, czy one zostaną rozegrane?

ŁKS finansowo może stracić najmniej w ekstraklasie

Prezes Tomasz Salski rzadko pojawia się w swoim gabinecie. Teraz biuro na stadionie przy al. Unii  przestało jednak funkcjonować na dobre. Wszystkich pracowników odesłano do domów - wydano im nakaz pracy zdalnej. Tak samo piłkarzy, którzy też dostali specjalne zalecenia. - Mają rozpisane indywidualne treningi biegowe, do tego ćwiczenia siłowe i prewencyjne do wykonania w warunkach domowych bez ciężaru zewnętrznego, na kilka dni do przodu. Ten plan jest na bieżąco aktualizowany, a piłkarze monitorowani za pomocą zegarków i urządzeń GPS - mówi rzecznik prasowy Bartosz Król.

W polskiej lidze wraz ze wstrzymaniem rozgrywania meczów zaczęło się narodowe liczenie strat. Dziś niewiele klubów może powiedzieć, ile dokładnie zabierze im przerwa w rozgrywkach. - Chodzi przede wszystkim o pieniądze, które miałyby nie wpłynąć do klubu ze spółki Ekstraklasa S.A. Ale my tak naprawdę bierzemy udział w podziale tych środków w mniejszym stopniu - mówi Salski. - 20 proc. podziału tych funduszy to ranking historyczny, jest określany na podstawie pięciu poprzednich sezonów w ekstraklasie. Przez to beniaminek w tym prawie nie uczestniczy, a ostatnie miejsce w tabeli sprawia, że nie ma dużej różnicy między tym, co mogliśmy uzyskać w przypadku dokończenia ligi. Gdybyśmy w tabeli zajmowali pozycję, przy której nie spadamy z ligi, środki byłyby wyższe ze względu na Pro Junior System - tłumaczy prezes.

Inaczej wyglądają kwestie rozliczeń dni meczowych i kwestii sponsorskich. - Tu spory wpływ na wszystko ma fakt, jak wygląda nasz stadion. Jedna trybuna, która pomieści pięć tysięcy osób. My, Raków, ale też Pogoń mamy po prostu mniejsze wpływy z dnia meczowego niż Lech, Legia i inne kluby korzystające z pełnych obiektów. Do tego dochodzą wpływy od sponsorów. W połowie marca zwróciliśmy się do nich, bo nie ma sensu chować głowy w piasek. Wszyscy, bez względu na branżę, mamy problemy. Jesteśmy w stałym kontakcie z firmami, które nas wspierają. I wiemy, że musimy liczyć się z tym, iż środki, które przeznaczają, mogą zostać obniżone. Sytuacja jest trudna. Zdrowy rozsądek podpowiada, że nie dokończymy tego sezonu, ale każdy ma jeszcze nadzieję, że to się uda. W tej chwili trudno mówić o konkretnych liczbach, ale wydaje mi się, że straty będą sięgały minimum 2,5 miliona złotych. To jest wersja przy założeniu, że przychylnie spojrzą na nas sponsorzy. Jeśli stanie się inaczej, strata będzie większa - mówi Salski.

Brak pensji? "Nikt tego nie bierze pod uwagę"

Salski w programie "Piłka meczowa" w łódzkiej telewizji TOYA mówił o kilku wariantach działań w sytuacji kryzysowej. Nawet o tym bardzo radykalnym, a więc zaprzestaniu płacenia piłkarzom. - Mam na biurku rozwiązania prawne dla tej sytuacji i traktuję to jako coś do dyskusji. Chciałbym, żebyśmy jako kluby ekstraklasowe, I-ligowe, II-ligowe, a nawet III-ligowe mieli dla polskiej piłki jedno, wspólne rozwiązanie. Takie, które nie będzie krzywdziło, a podchodziło ze zrozumieniem do obecnej sytuacji. Z jednej strony będziemy liczyć na zrozumienie piłkarzy i trenerów, a z drugiej nie będziemy uciekać do tych radykalnych kroków. Dziś wydaje się, że takie możliwości są, ale to ostateczność. Nikt tego raczej nie bierze pod uwagę - powiedział nam Salski i dodał, że klub nie powinien mieć problemów z płynnością finansową. Chyba że nie wróci do gry przez kolejne kilka miesięcy. Ale to już sytuacja ekstremalna. Nie tylko dla ŁKS-u, ale dla wszystkich.

W kontekście ŁKS-u wielokrotnie mówi się o przyszłości, która sięga dalej niż tylko kilku miesięcy. Plan zakłada działanie stabilizujące klub na kilka lat. - Cały czas podkreślam, że rozwój ŁKS-u musi dziać się na kilku płaszczyznach. Rozmawiając z osobami zainteresowanymi, żeby ze mną współistnieć w tym klubie, dochodzę do wniosku, że najważniejszy jest stadion. I to jest obok zmartwień - wstrzymania rozgrywek, pandemii i miejsca w tabeli - jedyna pozytywna rzecz, bo ona nie została przerwana i nic nie wskazuje, żeby miała się zatrzymać. Plany, które mamy z tyłu głowy, nie zostały zachwiane. Kwestia ewentualnego spadku utrudnia tę pracę, ale ma to być projekt kilkuletni, więc trudno by miał się załamać po dwóch latach - tłumaczy Salski.

Pomogą pieniądze z miasta?

Jednym z rozwiązań ma być też zmiana w rozdysponowywaniu środków przekazywanych wszystkim łódzkim klubom przez miasto. Salski, jako wiceprezes Rady Sportu w Łodzi, wraz z przewodniczącym Filipem Kenigiem złożyli propozycję miastu. Miałoby ono przekazać pieniądze do klubów, zamiast wynajmować obiekty, na których w tym momencie i tak nikt nie może przebywać. - Twierdziłem, że środki, które pozostają po danym roku, wracają do budżetu miasta. Dyrektor Wydziału Sportu korygował, że te pieniądze pozostają w budżecie wewnętrznym Wydziału. Jeśli tak, to według mnie powinny być przeznaczane na kluby. Ale teraz tak nie jest. I to jest dla mnie najważniejsza kwestia, która powinna się zmienić. Bo dziś zwracamy około 200 tysięcy złotych z tych środków, które dostajemy. One nie są do naszej dyspozycji, tylko przeznaczone na obiekty, i tak robi każdy klub - tłumaczył prezes ŁKS-u.

- Kwoty ustalane są na podstawie liczby meczów i ich potencjalnej wartości - w tym zakłada się także fundusze np. europejskie rozgrywki klubów siatkarskich, więc wiadomo, że one mogą liczyć na większe wsparcie, to normalne. Nie mamy na to wpływu, bo koszty określa spółka miejska, a one tylko przepływają przez nasze konto. Mamy je wyłącznie na wynajem obiektów. W Łodzi jest wiele imprez sportowych - w tym biegowe, lekkoatletyczne, czy siatkarskie - które w naszej ocenie są źle promowane wśród mieszkańców Łodzi. Pokazywaliśmy zatem jako Rada, że chcemy, by ich organizatorzy, zgadzając się na przyjazd tutaj, wydatkując pieniądze od miasta, uwzględnili odpowiednią politykę informacyjną. Łodzianie powinni otrzymywać odpowiedni przekaz o tych wydarzeniach. Już teraz udało nam się zmienić, że tego typu imprezy współfinansowane są z innych budżetów niż nasz sportowy, m.in. z budżetu promocji miasta - mówi Salski.

“Nie można zapominać, że jesteśmy w Polsce”

Według Salskiego dokończenie sezonu ekstraklasy nie jest prawdopodobne. Tutaj zgadza się ze Zbigniewem Bońkiem, który mówi, że jeśli liga ma zostać wznowiona, to tylko w przypadku rozegrania jej do końca, w więc wszystkich 11 kolejek. - Taka możliwość wygaśnie około 20 maja. Jeśli mamy grać 3-4 kolejki tylko po to, żeby później podjąć decyzje o rozstrzygnięciach, to lepiej w ogóle nie startować. I mówię to być może przeciwko swoim interesom, bo przecież jesteśmy na ostatnim miejscu w tabeli. Takie rozwiązanie byłoby wielką niesprawiedliwością, wiadomo, że zawsze będą niepocieszeni. Ale na dziś dobrych rozwiązań, które satysfakcjonowałby wszystkich, po prostu nie ma - mówi Salski.

I zaczyna się zastanawiać: - Jestem ciekawy, jak wszystko miałoby funkcjonować, gdyby okazało się, że ekstraklasę musimy kończyć np. w lipcu. Ile regulaminów, założeń, czy zasad trzeba byłoby złamać? Im dalej się w to zagłębiam i jak rozmawiam z szerszym gronem osób, tym wszyscy więcej mamy pytań. Są kontrakty piłkarzy, napięty terminarz przyszłych rozgrywek, bo nie można zapominać, że jesteśmy w Polsce, a nie w Hiszpanii, Anglii czy Francji. UEFA przełożyła Euro, ale ekstraklasa zaczyna rozgrywki w lipcu, a nasze kluby grają jeszcze w "eliminacjach do eliminacji" europejskich pucharów. Dlatego nie brałbym kalki z innych lig, bo to jest zupełnie inna rzeczywistość. Nasza jest jaka jest. Duch sportu i nadzieja umierają ostatnie, ale to, co dzieje się dziś na ulicach, nie napawa optymizmem w kwestii wznowienia sezonu - przekonuje Salski.

Największy sukces

Sytuacja ŁKS-u jest dość złożona. O ile finansowo może to wyglądać dobrze na tle innych klubów, o tyle sportowo łodzianie znajdują się w najgorszym z możliwych położeń. Pomaga na pewno tworzenie wizji klubu, która ma mu pomóc przetrwać. Ale z pomocą może też przyjść PZPN, bo rozważa jedno rozwiązanie. Powstał pomysł powiększenia ligi i rozegrania barażu pomiędzy trzecią drużyną I ligi i ŁKS-em. W ten sposób mieliby szansę pozostać w ekstraklasie. To ich największa nadzieja.

Jeśli ten pomysł nie przejdzie, ŁKS i tak zapewnia, że ma plan. Plan, który sprawi, że wcale nie musi się drastycznie odmieniać, a jedynie zaadaptować do sytuacji. Nawet, jeśli znowu rzeczywistość dla niego okaże się pierwszoligowa. I to chyba największy sukces łódzkiego klubu w tym i tak trudnym dla niego okresie.