Trzech Polaków robi furorę w Europie! "Wojownik"

Trzech reprezentantów Polski - Jarosław Zyskowski, Michał Michalak i Michał Sokołowski - biega od kilku miesięcy po parkietach najmocniejszych lig Europy. Co w przypadku polskich koszykarzy wcale nie jest tak oczywiste jak u piłkarzy. "A stać nas na więcej" - mówią.

Łączy ich wiele – występują w reprezentacji Polski, grają na podobnych pozycjach, są też świetnymi strzelcami. I niemal rówieśnikami, którzy najlepsze w karierze mają jeszcze przed sobą.

Ale i sporo różni. Jarosław Zyskowski był na sport niemal skazany, wychowywał się we wrocławskim środowisku nasączonym koszykówką, jego ojciec Jarosław także był koszykarzem, reprezentantem Polski. Michał Michalak od początku był uważany za przyszłą gwiazdę, z reprezentacją do lat 17, jako jeden z "chłopaczków Szambelana", czyli selekcjonera drużyny Jerzego Szambelana, zdobył srebro mistrzostw świata. Nastoletni Polacy dopiero w finale przegrali z Amerykanami, przyszłymi gwiazdami NBA. Z kolei Michał Sokołowski to typ wojownika, który do dorosłej koszykówki przebijał się głównie ciężką pracą – najpierw w malutkim, ale specjalizującym się w szkoleniu talentów MKS Pruszków, a potem cierpliwie walcząc o każdą minutę gry w Anwilu Włocławek.

Zobacz wideo Kto był w rundzie jesiennej najlepszym młodzieżowcem w ekstraklasie? (ranking top5)

Wszyscy trzej marzyli o grze zagranicą. Ale angaż tam to nie tak oczywista sprawa, jak u polskich piłkarzy. Zgoda, najlepsi reprezentanci Polski znajdują zatrudnienie na Zachodzie – Adam Waczyński, Tomasz Gielo i Aleksander Balcerowski występują w Hiszpanii, Mateusz Ponitka w Rosji, a swego czasu był bliski NBA, w której karierę spędził będący już na emeryturze Marcin Gortat, lata gry w Turcji ma za sobą Damian Kulig. Mimo to nasi koszykarze nie mają takiej renomy, by europejskie kluby przeczesywały polski rynek.

Zyskowskiego spacer po Bilbao

Ale tercetowi kadrowiczów w końcu udało się spełnić marzenie. Od tego sezonu biegają po parkietach najmocniejszych lig w Europie – w hiszpańskiej ACB, niemieckiej Bundeslidze i włoskiej Lega Basket. I choć na swoją szansę czekali długo, to dziś na Zachodzie robią furorę.

Najszybciej wyruszył Zyskowski. Kiedy w Polsce leje deszcz, w Bilbao – gdzie gra dziś reprezentant Polski – świeci słońce. – Temperatura nie spada poniżej 10 stopni, ale na północy Bizkai pada sporo deszczu – mówi w rozmowie ze Sport.pl.

Rozmawiamy dzień przed meczem jego drużyny w Lidze Mistrzów. Bilbao mierzy się z Fortitudo Bologna. Zyskowski na spotkanie może przyjść pieszo, mieszka pięć minut spacerkiem od położonej w zieleni Bilbao Areny. – Gramy teraz co trzy dni, ale czy może być coś lepszego? – pyta.

Zeszły sezon Zyskowski zakończył jako mistrz Polski w barwach Stelmetu Enei BC Zielona Góra i MVP sezonu. Przynajmniej tak się mu wtedy wydawało, że zakończył. – Pandemia przerwała grę w Polsce, a ja wyjechałem z dziewczyną nad morze, odpocząć – wspomina Zyskowski. – Byliśmy na spacerze, gdy zadzwonił agent. Powiedział, że jest okazja, by dokończyć sezon w Bundeslidze. W takich sytuacjach nie ma się co zastanawiać. Spakowałem się i ruszyłem – dodaje.

Koszykówka w Polsce zatrzymała się w marcu, niemal natychmiast po wybuchu epidemii. W Niemczech postanowiono – wzorem NBA – dograć sezon w "bańce" w Monachium. W środowisku koszykarskim było jasne, że 28-letni "Zyzio" marzy o wyjeździe zagranicę, ale tempo tego transferu było sensacyjne. I choć Rasta Vechta – klub, który zatrudnił Zyskowskiego "last minute" – wypadła w "bańce" blado, przegrała wszystkie cztery mecze, to Polak zaprezentował się z dobrej strony. Już w pierwszym meczu był najlepszym strzelcem (18 punktów), ale przede wszystkim pokazał, że stać go na odgrywanie ważnej roli w zachodnim klubie.

– Wyjechać zagranicę chciałem, od kiedy pamiętam. To odpowiadało mojej mentalności: chciałem się rozwijać, iść do przodu. Sprawdziłem się w polskiej lidze, lidze VTB i Champions League i nie czułem się gorszy – mówi.

Ale takiego rozwoju wypadków nie mógł się spodziewać. Zyskowski nie ukrywa: liczył na to, że dobra gra w Monachium pozwoli mu przedłużyć umowę z Rastą na kolejny sezon. Tymczasem już po dwóch meczach w Bundeslidze podpisał umowę w najlepszej lidze w Europie, hiszpańskiej ACB.

Pytam Zyskowskiego, czy jego obecny klub, RETAbet Bilbao Basket, zatrudnił go dlatego, że był MVP i mistrzem polskiej ligi, czy dlatego, że sprawdził się w Bundeslidze? – Pół na pół – odpowiada. – Już wcześniej byłem na liście graczy, którymi się interesują Hiszpanie. Działacze obserwowali Ludde Hakanssona ze Stelmetu, ale przy okazji przyglądali się także i mnie – dodaje.

Hiszpańska Liga Endesa to dla koszykarzy z Europy – poza absolutnymi wyjątkami, które trafią do NBA – ziemia obiecana. Najlepsi gracze z przeszłością w NBA, duże pieniądze, efektowna otoczka.

– Na początku nazwiska graczy, którzy tu występują, robiły wrażenie. Ale… przywykłem. To są tacy sami gracze, jak ja – mówi Zyskowski.

W tym sezonie klub z Bilbao będzie bronić się przed spadkiem (z bilansem 3-11 zajmuje 17. miejsce, tuż nad strefą spadkową), ale przed świętami wygrał ważny mecz w kontekście utrzymania. Drużyna Zyskowskiego wygrała z Fuenlabradą 74:70, Polak był jej najlepszym strzelcem, zdobył 17 punktów. Średnio zdobywa 11,3 pkt. w meczu.

– Jeśli chodzi o sprawy boiskowe, to z pewnością zaskoczyła mnie intensywność gry. Wszystko dzieje się z maksymalną prędkością. Dlatego nawet ostatnia drużyna w tabeli ma dwóch równorzędnych graczy na każdą pozycję. Ja też staram się podejmować szybkie decyzje, a przede wszystkim być agresywny – z tego zawsze jest korzyść dla zespołu. Stać mnie jednak na więcej – przekonuje.

Zyskowski liczy, że uda mu się zostać w Hiszpanii na kolejny sezon. – Jasne, cudownie byłoby tu zostać, ale przede mną jeszcze sporo gry – sezon trwa do maja. I na tym się koncentruję – kończy.

Michalak nie czekał na gwiazdkę z nieba

Na podobny bieg zdarzeń liczy rok młodszy Michał Michalak, który w przeszłości zasmakował już gry w lidze hiszpańskiej. W 2017 r., po kilku meczach we włoskiej Germani Basket Brescia (Michalak grał tam na podobnej zasadzie, co Zyskowski w Vechcie), podpisał umowę z Basketem Zaragoza. I choć początek sezonu 2017/18 miał obiecujący, a w sezonie potrafił zdobyć 10 punktów w meczu z Barceloną (średnio w sezonie zdobywał 4,5 pkt.), to jednak w perspektywie całego sezonu nie miał szansy, by się pokazać z dobrej strony. I wrócił do Polski - na dwa lata.

Wyjechać chciał już przed poprzednim sezonem, ale długo czekał na dobrą ofertę. Zbyt długo. Czas uciekał, postanowił zostać w Polsce, w Legii. I choć z dobrym skutkiem – został królem strzelców ligi, wrócił do reprezentacji Polski – to jednak wciąż marzył o grze na Zachodzie.

Dlatego przed tym sezonem postanowił, że nie zamierza czekać na ofertę idealną i przyjął pierwszą, którą uznał za przyzwoitą – z niemieckiego Syntainics MBC. – Umowę podpisałem 1 czerwca, czyli bardzo wcześnie jak na koszykarski rynek – mówi Sport.pl Michalak. – Oferta z MBC była pierwszą, którą otrzymałem w te wakacje i po rozmowie z trenerem uznałem, że nie ma sensu czekać na gwiazdkę z nieba, bo to będzie miejsce, w którym będę mógł pokazać pełnię swoich możliwości. Wierzyłem i wierzę w swoje umiejętności, uważałem, że muszę znaleźć miejsce za granicą, gdzie będę miał szanse udowodnić swoją wartość w lepszej lidze. W ligach zagranicznych występuje niewielu Polaków, przez co trudniej jest nam wyjechać, bo jako nacja, szkoła koszykówki nie mamy tak wyrobionej marki w Europie. Często kluby wolą postawić na doświadczonych Amerykanów czy graczy z Bałkanów – dodaje.

24, 17, 32, 15, 12, 29, 23, 23, 25, 23 – tyle punktów Michalak zdobywał w kolejnych meczach Bundesligi w tym sezonie. Ze średnią 21,4 pkt. jest drugi na liście strzelców ligi, lepszy jest tylko Trae Bell-Haynes, który zdobywa śr. 21,8 pkt. – Po dobrym początku sezonu rywale z pewnością już mnie znają i przygotowują się z myślą o ograniczeniu moich ruchów. Staram się podejmować dobre decyzje, czytać obronę i korzystać z tego, że jest ona skupiona na mnie i kreować grę dla drużyny, jednocześnie szukając pozycji dla siebie – mówi Michalak. – Wiedziałem, że liga niemiecka jest świetnie zorganizowana. Przed podpisaniem umowy rozmawiałem z trenerem i menedżerem klubu, wiedziałem, że będę miał ważną rolę w drużynie. Uznałem, że jest to dla mnie duża szansa – dodaje.

Organizację Bundesligi widać chociażby po tym, jak radzi sobie z koronawirusem. Gracze są testowani dwa razy w tygodniu, 48 godzin przed meczem. W hali są strefy pasywna i aktywna, w tej drugiej mogą przebywać koszykarze.

– Podpisałem kontrakt na rok, mając świadomość, że to klub z małego miasta, który stara się zaznaczyć swoją obecność i coś wyszarpać w Bundeslidze. Po kilku porażkach na początku sezonu zaczynamy się rozkręcać, obecnie mamy serię zwycięstw i mam nadzieję, że będziemy w stanie zaskoczyć w tym sezonie – tłumaczy Michalak, którego drużyna z bilansem 6-8 jest 10. w tabeli. Polak dodaje, że w Weissenfels żyje mu się jak u pana Boga za piecem. – To małe miasto niedaleko Lipska. Jest tutaj wszystko, czego potrzeba do codziennego życia, a do większych atrakcji mamy 30 minut jazdy samochodem do Lipska. Organizacyjnie klub zadbał o wszystko dla mnie i mojej rodziny.

Co dalej? – Nauczyłem się nie patrzeć zbyt daleko w przyszłość. Cieszę się każdym meczem. Czy chciałbym wrócić do Hiszpanii? Mam spory niedosyt po swoim pierwszym pobycie zagranicą, wiele się też dzięki tamtemu sezonowi nauczyłem, zobaczymy… Nie myślę dziś o tym, co będzie za pół roku – ucina.

– Marzenia? Jasne, liga hiszpańska jest jedną z najlepszych, ale nauczyłem się robić krok po kroku – tłumaczy swoje podejście do koszykówki, niemal bliźniacze do Michalaka, Michał Sokołowski, dzisiaj koszykarz De' Longhi Treviso Basket.

We Włoszech widzą w "Sokole" wojownika

O wyjeździe Sokołowskiego z Polski mówiło się od lat, zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie. Wydawało się nawet, że lada moment "Sokół" przegapi najlepsze lata kariery. Bez wyjazdu na Zachód. Był członkiem reprezentacji, która na mistrzostwach świata w Chinach zajęła historyczne ósme miejsce, w pewnym momencie widać było, że Energa Basket Ligę przerasta. – Bez przesady, wyjeżdżając miałem dopiero 27 lat i najlepsze wciąż przede mną – śmieje się Sokołowski. – Zgoda, kilka razy uciekła mi szansa, by wyjechać zagranicę, ale ani razu nie miałem myśli, że to już za późno i trzeba będzie zostać w Polsce – dodaje.

Sokołowski z całej trójki wyjechał najpóźniej, bo dopiero w październiku 2020 r. Wobec braku korzystnej oferty związał się z Legią, ale porozumiał się tak, że jeśli dostanie ofertę z Europy, będzie mógł odejść.

W Warszawie zdążył rozegrać osiem spotkań, z których sześć jego zespół wygrał. Sokołowski był bliski transferu do Francji czy Turcji, ale ostatecznie zdecydował się odejść do Lega Basket. – Zanim przyjąłem ofertę z Włoch, kilka wcześniejszych musiałem odrzucić. Dlaczego? Bo szukałem stabilnego miejsca do życia. Kilka pierwszych ofert nie było atrakcyjnych ani finansowo, ani życiowo. Wyszedłem z założenia, że nic na siłę. Opłaciło się, bo oferta z Treviso była naprawdę korzystna – mówi.

– Klub działa profesjonalnie, ale nie widzę wielkiej różnicy w porównaniu z tym, co przeżyłem w Radomiu czy Włocławku, bo te kluby też były świetnie zorganizowane. Nie brakuje mi w Treviso niczego do szczęścia – piękne miasto, mieszkanie, jest ze mną rodzina. Mogę skupić się na grze. 

"Sokół" w zespole z Treviso spotkał m.in. Davida Logana, Amerykanina z polskim paszportem, który kilka lat występował w reprezentacji Polski. Sokołowski ma świetne statystyki – zdobywa ponad 10 punktów, notuje 5 zbiórek i dokłada 2 asysty.  – Trener widzi we mnie wojownika. I chyba za tę waleczność ceni mnie najbardziej. Zgoda, zdobywam punkty, ale przede wszystkim wykonuję brudną robotę, mam dużo zadań w obronie – mówi zawodnik, którego drużyna po 12. kolejkach zajmuje 10. miejsce w tabeli.

Wszyscy trzej podkreślają, że są ze sobą w kontakcie, ale najczęściej o tym, co zastało ich na Zachodzie, rozmawiają w trakcie zgrupowań reprezentacji Polski. Najbliższa okazja, by się spotkali, będzie w lutym. W Gliwicach Polacy będą gospodarzem "bańki" w ramach eliminacji do EuroBasketu 2022. Odebrać nam awans może tylko kataklizm. Drużyna Mike'a Taylora jest druga w grupie A, a do mistrzostw awansują trzy z czterech drużyn. W Gliwicach zagramy z Hiszpanią i Rumunią. Sukces zagwarantuje nam już wygrana w pierwszym meczu z Hiszpanią.

To, że z mistrzami świata można wygrać, Polacy udowodnili rok temu, odnosząc historyczne zwycięstwo na wyjeździe. Być może czas na powtórkę? Oczywiście z Zyskowskim, Michalakiem i Sokołowskim na parkiecie.