Były trener Igi Świątek powiedział: "Tomek, tylko to!" I mamy finał Roland Garros

Posłuchaj artykułu (ładuję...)
Zrzucił piłką okulary fotografowi, inną trafił w kwietnik poza kortem, ale ma to, o co walczył przez prawie trzy godziny! Tomasz Berkieta awansował do finału juniorskiego Roland Garros! Nasz niespełna 18-latek pokonał wyżej notowanego Włocha Lorenzo Carboniego, 7:6, 4:6, 7:6 (10-4 w super tie-breaku), po drodze broniąc aż trzech meczboli!

- Nie mam ani jednego przyspieszenia z forhendu! Ani jednego! - krzyczał Tomasz Berkieta w tie-breaku pierwszego seta półfinału juniorskiego Roland Garos. Wtedy - przy stanie 6:6 w gemach - przegrywał z Włochem Lorenzo Carbonim 2-3.

Chwilę później rywal Polaka popełnił podwójny błąd serwisowy i ze złości kopnął tenisową piłeczkę, gdy ta odbiła się od siatki i podleciała mu pod nogi. Kopnięta piłka poleciała kilkanaście metrów nad kort, uderzyła w płot za Berkietą i spadła na głowę jednego z sędziów liniowych. Włoch dostał ostrzeżenie.

Zobacz wideo Courteney Cox zagrała w tenisa z Igą Świątek

Stoicki spokój byłego trenera Świątek

W walce o finał Roland Garros duże emocje przeżywali obaj chłopcy. Tak, to jeszcze chłopcy - Berkieta w tym roku skończy 18 lat, a Carboni niedawno (w lutym) skończył. Owszem, Berkieta już wygląda jak gladiator, ale emocjonalnie i mentalnie jeszcze dojrzewa i ten proces u niego - i u jego rywali z kategorii juniorskiej - jeszcze potrwa.

Na krzyki Tomka o złym forhendzie ze stoickim spokojem reagował Piotr Sierzputowski. Ten trener od dwóch miesięcy prowadzi Berkietę. A pomaga mu Maciej Ryszczuk, spec od przygotowania fizycznego, który pracuje z Igą Świątek. Sierzputowski i Ryszczuk przez lata razem prowadzili Igę. Ale dwa i pół roku temu Świątek po ponad pięciu latach pracy z Sierzputowskim zamieniła go na Tomasza Wiktorowskiego.

Sierzputowski ma teraz przerwę w pracy z Shelby Rogers (Amerykanka leczy kontuzję i ma wrócić do gry przed US Open) i widać, jak bardzo ta jego przerwa służy Berkiecie. On już potrafił wchodzić do półfinału Australian Open 2023 i ćwierćfinału Wimbledonu 2023. Ale w tym roku było trochę gorzej: z Australian Open odpadł w 1/8 finału. A teraz właśnie osiągnął życiowy sukces.

Mama Berkiety nie wchodzi na mecze

W piątek w Paryżu w tym tie-breaku pierwszego seta od stanu 3:3 forhend zaczął mu działać. I to jak! Sierzputowski po pięknych uderzeniach Tomka na przemian bił brawo i przykładał palec wskazujący do skroni. Tak, głowa ma znaczenie! Siłę spokoju Tomkowi prezentuje też jego ojciec, Kamil Berkieta. On siedzi w boksie ramię w ramię z Sierzputowskim. Wsparcie dawał też Ryszczuk, który przyszedł na mecz w drugim secie, po treningu Igi. Natomiast na trybunach nigdy nie ma z nimi mamy Tomka, Magdaleny Sawickiej.

- Mamy opracowany taki system, że dostaję dwa sms-y: pierwszego o treści "Zaczął", a drugiego na koniec meczu, z wynikiem. W międzyczasie spaceruję. Za bardzo się denerwuję, żeby chodzić na kort. Nie chcę pokazywać tego wszystkiego synowi - mówiła pani Magda grupce polskich dziennikarzy po tym jak jej syn awansował do ćwierćfinału.

W ćwierćfinale Berkieta okazał się zdecydowanie lepszy od francuskiego supertalentu, niespełna 15-letniego Moise Kouame. Teraz po strasznej walce pokonał Włocha, który z kolei w ćwierćfinale wyeliminował rozstawionego z numerem jeden Japończyka Rei Sakamoto.

- Nie mam pomysłu, co zrobić! Nie mam pojęcia! - krzyczał Berkieta, gdy w decydującym secie prowadził 2:1 i serwował, ale rywal świetnie returnował. - Ja się sam wyłączam! On teraz nic nie musi robić! - skarżył się przy stanie 2:3. - Ja zupełnie nie mogę wyczuć bekhendu. No nie wiem, co ja robię źle - dodawał minutę później. A może nawet pół minuty. - Nogi. Musisz na nich pracować. I spokojnie, to normalna rzecz - rzeczowo i krótko tłumaczył mu Sierzputowski. - Wiem, że jesteś zmęczony, ale trzeba się jeszcze skoncentrować i pracować do końca - mówił moment później.

Berkieta pracował i wypracował! Gdy przełamał rywala i wyszedł na 4:3 w trzecim secie, Sierzputowski powiedział: "Tomek, tylko to!". I pokazał na głowę. "I praca na nogach" - przypomniał. Berkieta już pamiętał. I zasłużenie wygrał chyba jak do tej pory najważniejszy mecz w swojej karierze.

Berkieta produkuje zwycięstwa i wirale

Carboni jest 705. w rankingu ATP, a Tomcio, jak czasami pieszczotliwie zwraca się do niego jego team, zajmuje 1191. miejsce. Różnica spora, ale widzimy na własne oczy, że na tak odległych pozycjach umiejętności są zbliżone.

Finałowy rywal Polaka - a będzie nim Amerykanin Kaylan Bigun (rozstawiony w Roland Garros z numerem pięć) jest w światowym rankingu 972, czyli też jak najbardziej w zasięgu Tomcia. Tu naprawdę bardzo dużą rolę odgrywa głowa. Berkieta wie, że jest mocny - widać, że choć czasem się wkurzy, to generalnie umie się tenisem bawić. Potrafi prostymi gestami pobudzić do dopingu publiczność, umie się spektakularnie ucieszyć po świetnej akcji, a nawet - jak pokazał ten półfinał - ma szczęście do sytuacji, które mogą się stać wiralami.

Dużo szczęścia miał fotograf, któremu piłka uderzona przez Tomka strąciła okulary z czapki. Na pewno bardzo by bolało, gdyby trafiła odrobinę niżej.

Szczęściarzami byli też kibice, którzy poza kortem numer sześć stali w kolejce po kawy i lody, gdy inna piłka uderzona przez Polaka wpadła między nich. Sprawdziliśmy - ten "pocisk" wylądował w jednym z kwietników, a nie w czyimś deserze.

Finał: Berkieta - Bigun w sobotę o godz. 12.30.

Więcej o: