Po pierwszej części Turnieju Czterech Skoczni Polacy są tłem w rywalizacji o Złotego Orła. Jesteśmy w trakcie kolejnej zimy, podczas której wyniki są rozczarowujące i nie potrafią zaspokoić oczekiwań. Tak było już w trzech z czterech ostatnich sezonów i coraz trudniej być przekonanym, że to się zmieni. Jednak w kraju, który uważa się za potęgę świata skoków, zawsze chciałoby się mieć zawodników w czołówce. I choć nie da się w niej utrzymywać bez końca, to trzeba przyznać, że obecny kryzys trwa za długo. I są przesłanki, żeby myśleć, że wcale nie musiało tak być.
Kolejne wypowiedzi zawodników podczas Turnieju Czterech Skoczni sprawiają, że w kontekście polskiej kadry wraca temat tego, czy skoczkowie ufają swojemu trenerowi. Słychać to już nie tylko z ust starszyzny kadry jak rok temu - w wywiadach pojawia się coraz więcej uwag, zwłaszcza o tym, w jaki sposób pracuje się nad usprawnianiem elementów, gdy te już zaczną nieźle działać. - Jak skok jest dobry, to kontynuujmy, zamiast mówić: "Ale zrób to inaczej" - mówił Eurosportowi Aleksander Zniszczoł. I choć w jego wypowiedzi tak naprawdę nie było wiele kontrowersji, po prostu zauważenie, jak coś funkcjonuje, to podobno i tak dostało mu się za nią od sztabu.
Słowa o tym, że to, ile trenerzy chcą zmieniać w skokach Polaków, przeszkadza im w skupieniu się na najważniejszych elementach na skoczni, słyszymy już od zeszłej zimy. Teraz pojawia się ich więcej i więcej, z różnych stron. W dodatku Polacy nie są przekonani do swojego sprzętu, uważają go za słaby i widzą, że sztab nie ma pomysłu na to, jak poradzić sobie z tym problemem. To wszystko stawia pod znakiem zapytania ich przekonanie do obecnego kształtu współpracy z Thomasem Thurnbichlerem i układu w kadrze.
A Thurnbichler jakby tego nie widział. Akceptuje to i mówi swoje: od kilku miesięcy powtarza w kółko, że stara się przekazywać jak najprostsze komunikaty. Tylko że jeśli kontrujące trenera uwagi pojawiają się bez przerwy i to od różnych zawodników, to zaczyna to wyglądać tak, jakby Thurnbichler nie umiał zapanować nad tym problemem. Nie potrafi nawet w odpowiednio mocny sposób odpowiedzieć swoim zawodnikom, pokazać, że jest przekonany o tym, że to on myśli słusznie. To jeden z wielu słabych punktów trenera Polaków.
Obecnie Thurnbichler ma w kadrze w zasadzie jednego "swojego" skoczka. To Paweł Wąsek, którego wprowadził na stałe do Pucharu Świata i pomógł osiągnąć najlepsze wyniki w karierze. I on powoli się rozwija. To jeden z sukcesów Austriaka od początku jego pobytu w Polsce. Czego nie można powiedzieć o pozostałej części kadry.
Wiosną Thurnbichler sprowadził do swojego zespołu nowego asystenta Macieja Maciusiaka, który wcześniej był trenerem kadry B. Gdy w 2022 i 2023 roku musieli współpracować, nie mógł się porozumieć z Austriakiem, ale nagle sytuacja miała się magicznie zmienić: trener przekonywał, że wszystko sobie wyjaśnili i potrafią współpracować. Wygląda to dziwnie, ale powiedzmy, że kupimy te wyjaśnienia, bo w trakcie sezonu nie widać pomiędzy nimi dużo złej krwi. Warto się jednak zastanowić, czemu właściwie Thurnbichler chciał u siebie Maciusiaka i Grzegorza Sobczyka, który ostatecznie nie został trenerem kadry B.
Gdy dokonywały się zmiany i kształtowano sztaby, wydawało się, że skoro po pierwszym sezonie Thurnbichler w roli usprawnienia kadr w Polsce widział zagranicznego trenera - Czecha Davida Jiroutka - to znów może pójść w tym kierunku. Tymczasem Thurnbichler - świadomy tego, że zaufania pewnych zawodników sobie nie kupi - chciał, żeby przyszli tu szkoleniowcy, którzy dobrze ich znają i którym będzie o to o wiele łatwiej. Krótko mówiąc: chciał zaspokoić ich potrzebę pracy z kimś, z kim układa im się współpraca, jednocześnie utrzymując posadę.
Maciusiak do kadry A trafił głównie jako wsparcie dla Zniszczoła. Bo to z jego planów treningowych i konsultacji skoczek korzystał w zeszłym sezonie, gdy pierwszy raz stawał na podium Pucharu Świata i wreszcie potrafił się przebić do czołówki zawodów. Oczywiście, Thurnbichler odgrywał rolę w jego przygotowaniu do zawodów, czy codziennej pracy. Ale jego relacja ze Zniszczołem popsuła się w samej końcówce 2022 roku, gdy nie powołał go do składu na Turniej Czterech Skoczni, choć mu to obiecał i mówił, że może się tą kwestią nie przejmować w trakcie grudniowych mistrzostw Polski. Po nich Zniszczoł dowiedział się, że na TCS jednak nie pojedzie. Od tamtego momentu już się z Thurnbichlerem w pełni dobrze nie rozumie.
Dlatego do zespołu Austriaka od kolejnej zimy musiał trafić Maciusiak. I musiał z niego odejść Wojciech Topór, kolejna osoba, z którą Zniszczoł nie złapał nici porozumienia. Ówczesnego asystenta Thurnbichlera przerzucono go do kadry B, gdy nie trafił do niej Sobczyk. On z kolei mógłby przejąć polskie zaplecze i jednocześnie być trenerem koordynującym pracę skoczków na Podhalu - w tej roli wspierającym też tych najstarszych, z którymi znał się z pracy jako asystent Stefana Horngachera i Michala Doleżala. A powrót Maciusiaka satysfakcjonował też wielu innych zawodników, którzy z nim pracowali i których potrafił wcześniej odbudować. Wszyscy zostali uszczęśliwieni, tylko ten Thurnbichler został bez większego wpływu na to, co się dzieje, prawda?
W tym wszystkim brakuje jeszcze jednego Polaka, który w tym sezonie potrafił skakać nieźle - Jakuba Wolnego. Z jego wypowiedzi wynika, że idzie w tym samym kierunku, co sugerowany przez Thurnbichlera, ale to, co wykonał w tym sezonie - powrót do punktowania w Pucharze Świata i najwyższe pozycje w cyklu od pięciu lat - nie wydają się jego zasługą. Przecież Wolny nie zaczynał przygotowań do sezonu w kadrze A, a dopiero został do niej włączony po kilku miesiącach. Za zbudowanie jego bazy odpowiadał zatem kto inny. Decyzja o jego powrocie do głównej kadry też musiała mieć już swoje podłoże w postaci lepszych skoków, więc one pojawiły sie wcześniej. Wolnemu Thurnbichler nie okazał na tyle dużo zaufania wiosną, żeby wcielić go do swojego zespołu od początku. Pewnie chodziło o pokłosie sytuacji z zeszłego sezonu, gdy Wolny "zwolnił" trenera kadry B Davida Jiroutka, bo to skutkiem jego mocnych wypowiedzi na temat Czecha było pożegnanie się z nim wiosną przez związek. A to był transfer Thurnbichlera, do samego końca broniony przez Austriaka. I jego nastawienie do Wolnego jeszcze można zrozumieć. Ale Thurnbichler obdarzył swoim zaufaniem Tomasza Pilcha, Jana Habdasa i Kacpra Juroszka. I gdzie teraz są oni, niepotrafiący sobie radzić nawet na poziomie Pucharu Kontynentalnego, a gdzie Wolny?
Tajemnicą nie jest już fakt, że zrozumienia z Thurnbichlerem nie potrafi złapać Dawid Kubacki. Sprawa dotyczy przede wszystkim strategii jeżdżenia na zawody, którą Polak ma zupełnie inną niż jego trener. Uważa, że lepiej startować w zawodach niż wycofywać się z Pucharu Świata. Zeszłej zimy sam potrafił przekonać Thurnbichlera do swojej wersji. Teraz jest już stawiany przed podjętymi decyzjami sztabu, czy się z nimi zgadza czy nie. To dobrze, ale i tak nieporozumień w tej kwestii było już co najmniej o kilka za dużo. Choćby ostatnia dotycząca narracji w sprawie decyzji o wycofaniu zawodnika z zawodów PŚ w Engelbergu.
Kubacki miał też za złe Thurnbichlerowi, że ten rok temu nie rozumiał, że Polak potrzebuje odpoczynku po igrzyskach europejskich. Zdaniem skoczka być może to pomogłoby zatrzymać błędne koło, w którym zamknęli się wtedy polscy skoczkowie - zostali zajechani mocnymi przygotowaniami do zimy, które układał ówczesny asystent Thurnbichlera, Marc Noelke. Thurnbichler, co może do tej pory nie wybrzmiało odpowiednio głośno, wprost zarzuca mu kłamstwo, twierdząc, że o niczym takim od niego nie usłyszał. I nieważne kto ma rację: cierpi na tym ich współpraca i powinni umieć się porozumieć w tak ważnych kwestiach.
A to wszystko nic przy tym, co Kubacki powiedział po kwalifikacjach w Ga-Pa w rozmowie z Eurosportem. Na pytanie, "kiedy to wszystko się zepsuło", odpowiedział, że jakoś tak 2,5 roku temu. Od razu zarzucono mu, że zapomniał o sezonie 2022/23, kiedy odniósł sześć zwycięstw w Pucharze Świata, długo był liderem w klasyfikacji generalnej cyklu i wręcz zdominował pierwszą część zimy. Tymczasem niekoniecznie musiało tak być. Ta zima była jednocześnie początkiem współpracy z Thurnbichlerem i, rzeczywiście, szczytem jego kariery. Ale w podkaście Eurosportu sprzed zimy skoczek wskazał wprost, że jego zdaniem przez kontuzję, którą miał wówczas na początku przygotowań, nie wprowadzał do treningu wszystkich nowości, które przyniósł ze sobą Austriak. I w efekcie bazował na tym, jak wcześniej pracowali z poprzednim sztabem Polaków - z Doleżalem na czele.
A Thurnbichler znów się z nim zgadza - w rozmowie ze Sport.pl na start sezonu mówił, że jego zdaniem Kubacki stosował się do jego zaleceń i trenował zgodnie z tym, co proponował. I znów: nawet jeśli Thurnbichler ma rację, to tylko pokazuje, jak na sprawę teraz, już z dystansu, patrzy Kubacki. Zresztą mamy poważne podstawy do tego, żeby wątpić w wersję trenera: w układaniu planów treningowych w dużej mierze korzystano wówczas z tego, co zostawił po sobie w Polsce Harald Pernitsch, zajmujący się tym aspektem za Horngacher i Doleżala.
Kubacki działa w tym momencie bardziej jakby był swoim własnym trenerem. Podobnie wygląda sytuacja Piotra Żyły, który w Eurosporcie ujawnił, że w Engelbergu zaspał na kwalifikacje do drugiego konkursu. Jego udział w zawodach uratowało, że seria była opóźniana - przez nieobecność jednego z sędziów, ale i trudne warunki pogodowe. To ciekawe, że Żyła po prostu śmieje się z tej sytuacji w wywiadzie. Wygląda to tak, jakby nie poniósł konsekwencji swojego zachowania. Jakby mógł robić, co chce, "bo to Piotrek".
I z tym Thurnbichler ma ogółem spory problem - ze stawianiem sprawy konkretnie, z mocnymi reakcjami na to, co robią jego zawodnicy. Nie rządzi tą kadrą twardą ręką. Nie wypracował sobie tego przez trzy lata pracy. Nie reaguje na wiele sytuacji tak jak powinien. I teraz widać tego efekty.
Mamy styczeń 2025 roku i żaden z trójki doświadczonych zawodników, która była najlepsza na początku jego pracy w Polsce, już w pełni mu nie ufa. A możemy się tylko domyślać, kiedy tak naprawdę przestali. Żyła robi, co chce, Kubacki mówi, że "ufa Thurnbichlerowi, ale to kontroluje", a Kamila Stocha w kadrze Thurnbichlera już nie ma, ma swój własny team. I my naprawdę się dziwimy, czemu wyniki tych zawodników są słabe, a bywają na katastrofalnym poziomie? W sumie dlaczego w obecnych okolicznościach miałoby być inaczej?
Thurnbichler twierdzi, że odchodząc z jego zespołu, Stoch nie zadał mu żadnego ciosu, a on potrafił się z tym pogodzić. Cóż, trudno nam w to uwierzyć, a uwiarygadnia to sytuacja z ostatniego dnia pracy Łukasza Kruczka w roli team managera polskiej kadry. To obecnie asystent prywatnego trenera Stocha, Doleżala. O propozycji pracy u trzykrotnego mistrza olimpijskiego dowiedział się jeszcze kiedy pracował w PZN. I Thurnbichler miał mu za złe, że nie potrafił mu o tym powiedzieć, a szkoleniowiec dowiedział się o planach Stocha od dyrektora skoków w Niemieckim Związku Narciarskim, Horsta Huettela. Tego ostatniego dnia pracy Kruczka Thurnbichler do niego podszedł i spytał: "Co ty sobie wyobrażałeś? Że wywrzesz na mnie presję w taki sposób? To śmieszne". I Kruczek jest teraz personą non grata wokół kadry polskich skoczków. Thurnbichler w sprawach dotyczących Stocha konsultuje się z Doleżalem. I to też niechętnie, bo np. bał się, że Czech będzie w stanie zdradzić, jaki sprzęt mają przygotowany Polacy, swojemu byłemu szefowi, Horngacherowi.
Nie widać, żeby Thurnbichler świadomie reagował na sytuację, w której się znalazł. Odnoszę wrażenie, że trener chce po prostu ją przetrwać i łudzi się, że codzienna praca z zawodnikami przyniesie mu jeszcze coś dobrego. I oni też się łudzą, łudzi się PZN. Łudzą się całe polskie skoki.
A najbardziej polskie skoki cierpią na tym, że są zdominowane przez półśrodki. Może zawodnicy nie ufają trenerowi, ale niech z nim pracują, co złego może się stać? Może i Thurnbichler nie potrafi postawić na swoim, a jego wizja coraz częściej rozjeżdża się z tym, co myślą zawodnicy, ale przecież muszą jakoś współpracować, prawda?
I oczywiście, to nie tak, że tylko Thurnbichler jest winny kryzysu formy polskiej kadry. Bo czynników jest wiele i wymieniamy je od początku sezonu bardzo często. Te są także po stronie PZN i tego, jak zaniedbano w przeszłości budowę odpowiedniego systemu, czy płynnego przepływu zawodników pomiędzy kadrą i jej zapleczem. Do powyższych pytań możemy dopisać też te do Adama Małysza - choćby o to, czemu wymaga, żeby kadra była na tym samym poziomie technologicznie co Austriacy, którzy mają 10 sprzętowców, a my jednego? Oni inwestują w tę dyscyplinę zupełnie inaczej i - patrząc na obecne wyniki - skuteczniej niż Polacy. Ale Polska zamiast ich gonić, odkąd w zeszłym roku pojawił się temat przepaści w rozwoju technologii w stosunku do rywali, dalej śpi. Okopuje się w miejscu, z którego nie ruszy bez wydania dużych pieniędzy na innowacje. Chyba że już się poddała?
Zresztą Małysz w sprawie Thurnbichlera też nie jest bez winy. Raz mu wierzy, raz nie. Raz jest stanowczy, a raz go broni. Nie ma jasnego podejścia do sprawy. Lub nie chce go publicznie prezentować. Może dlatego, że Thurnbichler to przecież jego pomysł. On go tu sprowadził i on, jeśli ten okręt miałby zatonąć, będzie jednym z pierwszych, któremu będzie się przypominało, kto wybierał kapitana.
Ciekawe, jaki będzie wynik jego rozmowy z Thurnbichlerem i Alexandrem Stoecklem, którą mają odbyć, gdy prezes PZN dołączy do kadry na TCS - przyjedzie do Innsbrucku. Interesujące jest zwłaszcza, co powie mu Stoeckl, który w rozmowach z Małyszem, jako największą przyczynę tego, że Polacy odstają od czołówki, przedstawiał to, że Austriacy mają o wiele lepsze materiały w kombinezonach. A już pojawiają się dowody, że tak nie jest.
Stoeckl tak zresztą mówił tylko Małyszowi, bo publicznie potrafił już przedstawić zupełnie odwrotną wersję: że polskie kombinezony są konkurencyjne, materiały dobre i odpowiednio dobrane. A nie są. Tylko że wrzucanie pod pociąg sprzętowca Polaków, Mathiasa Hafele, mówiąc swojemu szefowi, że to w tym leży największy problem, też nie jest fair ze strony Stoeckla. Podobnie jak to, że przed konkursem w Ga-Pa, za winnych gorszej atmosfery wokół kadry i jej problemów uważał dziennikarzy. Że wywierają zbyt dużą presję i interpretują fakty po swojemu, tworząc fałszywą narrację. Zobaczymy, co nowego wymyślą z Thurnbichlerem w tym momencie, żeby się wybronić. I czy ktokolwiek to jeszcze kupi.
Komentarze (63)
Katastrofa polskich skoczków. Koniec tajemnic. Oto cała prawda o kadrze
Ich problem jest pewnie taki, że niczego nie potrafią poza skokami. I skaczą, póki są z tego jakiekolwiek pieniądze.