Wystarczył rok. Idą do Ekstraklasy jak po swoje. "Poczułem to po meczu z Szachtarem"

Jakub Seweryn
- Kiedy poczułem, że naprawdę możemy awansować do ekstraklasy? Myślę, że to był moment po zimowym sparingu z Szachtarem Donieck (1:1), gdzie bez większych wzmocnień prezentowaliśmy się bardzo dobrze na tle przeciwnika z europejskich pucharów. (...) To było dla nas takim pozytywnym bodźcem, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych i tylko od nas będzie zależało, jak dużo będziemy mogli osiągnąć wiosną w I lidze - mówi Sport.pl Szymon Grabowski, trener zmierzającej do ekstraklasy Lechii Gdańsk, która w niedzielę może wrócić na fotel lidera I ligi.

Po spadku z ekstraklasy w zeszłym sezonie w Lechii Gdańsk doszło do ogromnych zmian. Nowy właściciel Paolo Urfer, nowy dyrektor sportowy Jakub Chodorowski, nowy trener Szymon Grabowski i mnóstwo nowych zawodników dostali za cel jak najszybszy powrót do elity. Nowa Lechia ten cel zdaje się rywalizować. Przed weekendową kolejką I ligi drużyna Szymona Grabowskiego, która wiosną zdobyła 18 punktów na 21 możliwych, była w tabeli druga z jednopunktową stratą do Arki Gdynia i pięcioma punktami przewagi nad kolejnymi rywalami. Po potknięciu Arki w Lublinie, Lechia w niedzielnym spotkaniu z Bruk-Bet Termalicą (godz. 12:40) będzie walczyła o powrót na fotel lidera zaplecza ekstraklasy.

Zobacz wideo Feio mówi o konfliktach z sędziami. "To są konkrety"

Jakub Seweryn: Lechia Gdańsk jest na autostradzie do ekstraklasy?

Szymon Grabowski: Może by tak było, gdybyśmy wygrali w Katowicach. Wtedy pewnie można by było powiedzieć, że wjeżdżamy na tę autostradę, czy jesteśmy tego bardzo blisko. Ten ostatni mecz może nie tyle nas wyhamował, co delikatnie pokazał, że jeszcze dużo pracy przed nami. Myślę jednak, że ta porażka przyszła w najlepszym możliwym momencie.

Dlaczego?

Bo jeszcze jest dużo meczów do wygrania i dużo punktów do zgarnięcia. Teraz musimy się skupić tylko i wyłącznie na meczu z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza.

Co się stało w Katowicach? Mieliście w ostatnich minutach wszystko, aby przynajmniej tego meczu nie przegrać, grając w przewadze.

To dla nas duży cios i myślę, że nie przystoi takiemu zespołowi, jakim już jest Lechia, tracić bramkę w 90. minucie, do tego w momencie, kiedy gramy w przewadze i do tego ze stałego fragmentu gry, gdy powinniśmy teoretycznie być na to wszystko przygotowani. Mamy duże pretensje do siebie, ale patrząc przez pryzmat całego meczu, to jednak nie zasłużyliśmy na nic więcej niż na remis, a finalnie nawet tego remisu nie potrafiliśmy utrzymać.

Wszystko układało się po naszej myśli, choć nie mogliśmy złapać swojego rytmu. Obrona GKS-u Katowice prezentowała się bardzo dobrze, przede wszystkim w obronie niskiej, nie pozwalając nam mocniej zagrozić jego bramce. Także GKS bardziej zasłużył na to, żeby w tym meczu zapunktować.

Traktujecie to jako sygnał ostrzegawczy pomimo dobrej sytuacji w tabeli?

Nie wiem, jak to nazwać, żeby to było dobrze odebrane, ale jeżeli mam wyciągać pozytywy z porażek, to właśnie przy tej okazji starałem się wytłumaczyć pewne rzeczy przede wszystkim sobie i teraz staram się to przełożyć na szatnię. Musimy wyciągnąć wnioski jak najszybciej, bo można powiedzieć, że nic takiego jeszcze nie stało, a taka rzeczowa analiza pozwoli nam na to, żeby w końcowej fazie sezonu prezentować się lepiej. Albo przede wszystkim być mądrzejszym, bo myślę, że tej mądrości nam w Katowicach zabrakło. Musimy odrzucić to koncentrowanie się na końcowym wyniku, a wrócić znowu do skupienia się na pojedynczych, mniejszych celach.

Był pan zaskoczony, gdy latem jako trener Stomilu odebrał pan telefon z Lechii Gdańsk, która zaraz miała zostać przejęta przez Paolo Urfera i jego fundusz?

Wtedy jeszcze dostałem telefon od Łukasza Smolarowa, ówczesnego dyrektora sportowego Lechii. Miało to miejsce na kilka tygodni przed końcem sezonu II ligi. Może nie traktowałem tego jako zaskoczenie, ale że ktoś docenił moją pracę. Tym bardziej że Lechia była pierwszym klubem z wyższej ligi, który ze mną się kontaktował.

Długo trwały rozmowy?

Nie, przebiegło to naprawdę szybko. Grałem w otwarte karty z ówczesnym prezesem Deptułą i radą nadzorczą Lechii, że najpierw chcę dokończyć ligę, bo chciałem awansować ze Stomilem do pierwszej ligi, a dopiero potem podjąć decyzję co do mojej przyszłości. Byliśmy umówieni, żeby to trochę odwlec w czasie. Potem jeszcze były rozmowy, które prowadziłem też z innymi klubami, ale też zdawałem sobie sprawę, że po finale baraży tego czasu na zastanawianie się dużo już nie będzie. Po meczu barażowym z Motorem wszystko musiało rozegrać się bez zbędnej zwłoki.

Co w takim razie zadecydowało, że przeniósł się pan do Trójmiasta?

Zadecydowało przede wszystkim to, że Lechia odezwała się jako pierwsza, że Łukasz Smolarow wykonał ten pierwszy telefon. Rozmowy z prezesem i radą nadzorczą też były konkretne. Ponadto zadecydowało to, że Lechia to bardzo duży klub. Słysząc różne głosy dookoła, do mojej ostatecznej decyzji podchodziłem z takim przekonaniem, że takiemu klubowi po prostu nie przystoi grać w pierwszej lidze i będzie on robił wszystko, żeby zaraz wrócić do ekstraklasy. Czyli na przykład stworzy naprawdę dobre warunki do pracy. Trójmiasta wcześniej nie znałem, skupiałem się na aspektach czysto sportowych.

Jakie kluby oprócz Lechii się do pana odzywały?

Prowadziłem rozmowy z jeszcze jednym klubem pierwszoligowym i dwoma drugoligowymi, ale od samego początku to Lechia była na pierwszym miejscu. Nie ukrywam jednak, że chciałem rozpatrzyć każdą z ofert, żeby potem nie mieć pretensji do siebie.

Jakie wrażenie zrobił na panu Paolo Urfer, który niedługo później przejął Lechię Gdańsk?

Piorunujące. Jadąc na rozmowę z nim, zdawałem sobie sprawę, że praktycznie większości ludzi, którzy byli odpowiedzialni za sprowadzenie mnie do Gdańska, już nie ma w klubie. Wiedziałem też, że za chwilę może też nie być zawodników, którzy wtedy byli w Lechii. Więc jechałem na tę rozmowę, spodziewając się wszystkiego.

Ale sama rozmowa była bardzo dobra, a Paolo Urfer zrobił na mnie wrażenie człowieka, który wie czego chce, który jest obyty w świecie piłki nożnej. Z wielkimi planami, które mi się bardzo podobały.

W pewnym momencie jednak miałem rzeczywiście znak zapytania, czy to, co słyszę, będzie miało odzwierciedlenie w przyszłości. Pierwszym dobrym znakiem było sprowadzenie Luisa Fernandeza, które pokazało mi, że od samego początku prezes był ze mną szczery i realizuje krok po kroku to, co chce.

Powiedział panu wprost: "pierwsze, co robimy, to jedziemy do ekstraklasy"?

Oczywiście, że słowo "ekstraklasa" nieraz w tej rozmowie padło, ale nie było tak, że pierwsze, co robimy, to musi być awans do ekstraklasy. Widać było, że chciał tutaj uporządkować te rzeczy, które nie były dobre, jeśli chodzi o przeszłość. Widać, że zależało mu na tym, żeby ci zawodnicy, którzy za chwilę będą w szatni, mieli warunki do prawidłowego rozwoju, żeby byli skupieni tylko i wyłącznie na pracy.

No ale oczywiście, wiadomo, że jeżeli ktoś wchodzi do takiego klubu, no to też ma swoje marzenia i ambicje. Dlatego ekstraklasa nie tylko w pierwszej, ale i w każdej kolejnej rozmowie była jednym z głównych tematów. Wiadomo, że im bliżej końca sezonu, tym to ciśnienie jest większe, a takich rozmów więcej.

Początek pracy miał pan jednak bardzo trudny, brakowało wam piłkarzy w kadrze.

Tak, praktycznie nie graliśmy żadnego sparingu w pełnym zestawieniu. Kilka z nich przed sezonem musieliśmy odwołać. Rzeczywiście było ciężko, ale co było dla mnie najważniejsze, to fakt, iż jak nie z dnia na dzień, to z tygodnia na tydzień nowi zawodnicy do nas przychodzili. Na początku był Luis Fernandez, potem dochodził Iwan Żelizko, Riki Kapić, w trakcie sezonu przyszli Camilo Mena, Maksym Chłań czy Tomas Bobcek, tak że przez cały czas ta szatnia stawała się mocniejsza.

No i to było takim bodźcem, który powodował to, że nie podchodziłem do sezonu z obawą, że nie uda się osiągnąć dobrego wyniku. Miałem przy tym wsparcie prezesa, że on sobie zdaje sprawę, że na początku będzie ciężko i dlatego nie wymaga od razu nie wiadomo jakiego punktowania. Krok po kroku budowaliśmy tę drużynę i swoje miejsce w tabeli.

No i wygląda na to, że wszystko na razie układa się tak, jak należy. Wydaje mi się, że gdybyśmy siedząc na pierwszej rozmowie sobie powiedzieli, że 9 kwietnia będziemy zajmowali drugie miejsce w tabeli z jednym punktem straty do lidera, to każdy by to wziął w ciemno, więc możemy być zadowoleni, że tak się wszystko rozwija.

Jednak znowu w Lechii pojawiają się opóźnienia w pensjach, co zresztą potwierdził dyrektor sportowy Jakub Chodorowski. Jak to wpływa na waszą pracę?

Na nas to nie wpływa, bo wszystko odbywa się na jasnych zasadach i o wszystkim jesteśmy informowani. Jak nie przez samego właściciela, to przez dyrektora. My też sobie zdajemy sprawę, z jakimi problemami mierzy się teraz właściciel, których wcześniej raczej nie mógł przewidzieć. Dlatego podchodzimy do tego spokojnie, skupiamy się na treningu i na grze, bo mamy też zapewnienia, że zaraz wszystko wróci na właściwe tory.

Wspomniał pan, że macie tylko punkt straty do lidera, a tym liderem jest wasz odwieczny rywal - Arka Gdynia. Czy ta rywalizacja was dodatkowo nakręca? Bo chociażby w kolarstwie mówi się, że jednoosobowa ucieczka zawsze ma mniejsze szanse powodzenia niż dwuosobowa.

My staramy się i tak nie patrzeć w dół tabeli. Na tą chwilę jesteśmy drudzy, ale naszym celem i naszą ambicją jest, żeby być pierwszym. W przypadku Arki na pewno jest podobnie, więc fajnie, że mamy taką wewnętrzną rywalizację. Nie będę ukrywał, że byłbym bardzo zadowolony, jeśli moglibyśmy zagrać derby w przyszłym sezonie w ekstraklasie. Myślę, że światek piłkarski potrzebuje takich derbów na najwyższym poziomie.

Z tego co wiem, w Gdyni myślą podobnie i dobrze, że też zdrowo potrafimy ze sobą rywalizować. To jest najlepsze. Teraz się ścigamy, będziemy się starali prześcignąć, no ale finalnie liczy się tylko awans do elity.

Ale pierwszych derbów nie zaliczy pan do udanych. Lechia po raz pierwszy od dłuższego czasu przegrała z Arką.

Z pewnością chcieliśmy, żeby te derby potoczyły się inaczej. Chodzi tu nie tylko o wynik, ale też o fatalne warunki atmosferyczne, czy fakt, że z powodu kartek nie mogliśmy wystawić optymalnej jedenastki. Pamiętamy o tym, ale tylko po to, żeby za chwilę po prostu spróbować wziąć rewanż.

W szatni ma pan przedstawicieli aż dwunastu narodowości. Jak sobie pan z tym radzi?

Teraz dobrze albo bardzo dobrze, ale przychodząc do Lechii musiałem się zaadaptować w nowej rzeczywistości. Działo to się od początku, bo przecież zastawałem już zespół, w którym byli Durmus, Diabate, De Kamps czy Kuciak.

Teraz mamy w drużynie naprawdę bardzo dużo narodowości. ale w szatni zupełnie nie widać tego, żeby to stanowiło dla nas jakikolwiek minus, jeśli chodzi o relacje na boisku czy relacje poza boiskiem. Zawodnicy tworzą naprawdę zgraną i fajną grupę. Myślę, że jest to spowodowane też ich wiekiem, nastawieniem do życia, sportu i swoich indywidualnych celów. Dzięki temu nie ma z tym najmniejszego problemu zarówno na boisku, jak i poza nim.

Kolejnym wyzwaniem była dla pana kontuzja Luisa Fernandeza, ale to też nie zatrzymało pana zespołu.

Nie tylko Luisa, ale też Conrado, który nie zagra już w tym sezonie i jest przygotowywany na kolejne rozgrywki. To byli dwaj zawodnicy, o których klub się bardzo starał. W przypadku Luisa, żeby przyszedł do Lechii, a w przypadku Conrado, żeby został w klubie. Mieli być najjaśniejszymi postaciami naszej drużyny, od których najwięcej zależy. Stało się inaczej i rzeczywiście to przede wszystkim na początku sprawiało nam problem, ale jak się później okazało, nie ma ludzi niezastąpionych i zarówno Luisa, jak i Conrado potrafiliśmy bardzo dobrze zastąpić.

Cieszę się jednak, że Luis będzie mógł pomóc nam w końcowej fazie sezonu. Na pewno nie jest jeszcze w swojej optymalnej formie, z pewnością potrzebuje jeszcze trochę czasu, ale im więcej minut spędza w treningu z zawodnikami, im więcej minut spędza na boisku w rywalizacji ligowej, to jest tego bliżej. Chciałbym, żebyśmy w tym sezonie doczekali się takiego momentu, gdy będziemy mogli powiedzieć, że Luis jest w swojej najlepszej formie. Ale czy tak będzie, to nie wiem.

Lechia ma z pewnością bardzo silny środek pola, który jest jednym z jej głównych atutów, ale mam wrażenie, że kluczem do obecnej dyspozycji była umiejętność dotarcia do dwóch zawodników ofensywnych o dość specyficznym charakterze, jak Maksym Chłań czy Camilo Mena.

Tak, myślę, że tutaj zarówno Camilo, jak i Maks po pierwszej rundzie nie byli zadowoleni, jeśli chodzi o indywidualne liczby, dlatego też poświęciłem dużo czasu na rozmowy indywidualne z nimi, na analizę stricte pod ich pozycje, jaki oni mają potencjał i gdzie byśmy wszyscy chcieli, żeby oni zaraz byli, bo naprawdę mają ogromne możliwości.

Myślę, że udało nam się do nich dotrzeć, bo widać, że wiosną zarówno ich gra, jak i ich liczby są lepsze. To pokazuje też nam, że ten młody wiek rządzi się swoimi prawami. Ich forma jeszcze nie jest na tyle ustabilizowana, żeby mogli powiedzieć sobie, że są to już piłkarze przez wielkie P, czyli utrzymujący poziom, którego oni by oczekiwali. Tutaj cały czas mamy duże rezerwy, jeśli chodzi o te dwie postaci, ale jestem zadowolony, że idziemy do przodu, bo według mnie dla tych zawodników to jest najważniejsze. Oni widzą rezultat, a jak widzą rezultat, to łatwiej im przekonać się do pracy, czy do innego ustawiania się i funkcjonowania na boisku. Trzeba zdawać sobie sprawę, że są to profile, których za bardzo nie można ograniczać czy wrzucać w jakieś wąskie ramy taktyczne, bo nie będą dawali tego drużynie, co powinni.

Czy patrząc chociażby na Menę i Chłania, a także zawodników, których Lechii udało się sprowadzić z mistrza Łotwy Valmiery, Mena, Żelizko czy Kapić, można powiedzieć, że macie już trzon zespołu, który poradziłby sobie w ekstraklasie?

Mało tego, jestem przekonany, że z większością zawodników, których teraz mamy, mogą i powinny być wiązane nadzieje związane z ich grą w ekstraklasie. Mają oni nie tylko bardzo duży potencjał piłkarski, ale widoczna jest u nich duża inteligencja piłkarska. Riki Kapić czy Iwan Żelizko to dwa mocne ogniwa naszego kręgosłupa drużyny. Szczerze mówiąc, wręcz nie mogę się doczekać, kiedy wielu z obecnych piłkarzy Lechii będzie funkcjonowało na wyższym poziomie, poziomie ekstraklasy.

Gdy ci zawodnicy przychodzili latem do Lechii, do pierwszej ligi, miał pan taki efekt "wow", gdy pomyślał pan sobie, że dostaje pan naprawdę dobrych piłkarzy na ten poziom rozgrywkowy?

Jak najbardziej. Tym bardziej że w przypadku części z nich rywalizowaliśmy z klubami ekstraklasy. Na pewno takie pierwsze wrażenie zrobił Luis Fernandez, bo kiedy wszedł w trening i rzeczywiście już na pierwszy rzut oka widać było tę oczywistą różnicę, jeśli chodzi o jakość podania czy uderzenia piłki. Potem dochodzili kolejni zawodnicy, i mimo że nie znałem ich wcześniej, to nawet wideo nie oddawało tego, co rzeczywiście potrafią. Najpierw w trakcie treningów, później w trakcie meczów widać było bardzo wyraźnie, że Paolo Urfer nie pomylił się w ocenie umiejętności i potencjału tych zawodników, których mimo młodego wieku stać już na bardzo wiele.

W którym momencie spojrzał pan na ten zespół i powiedział sobie: "OK, teraz jesteśmy w stanie rzeczywiście ruszyć po ekstraklasę"?

Myślę, że to był moment po meczu sparingowym z Szachtarem Donieck w zimowym okresie przygotowawczym, gdzie można powiedzieć, że bez większych wzmocnień prezentowaliśmy się bardzo dobrze na tle przeciwnika z europejskich pucharów. Widać było, że ten postęp jest zachowany. Tak że to było dla nas, dla całego sztabu, a zarazem też dla klubu i samych zawodników również, takim pozytywnym bodźcem, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych i tylko od nas będzie zależało, jak dużo będziemy mogli osiągnąć wiosną w I lidze.

Jaka jest obecnie największa siła Lechii Gdańsk?

Myślę, że jest to kolektyw, młodość i brak kalkulacji oraz oglądania się czynniki zewnętrzne, czyli to, co się dzieje dookoła klubu, czy nawet miejsce w tabeli. Każdy jest skupiony na tym, by z tygodnia na tydzień się rozwijać. To jest nasza siła.

A gdzie tkwią największe rezerwy?

Myślę, że w dalszym ciągu ta strefa mentalna musi być usprawniona. Chodzi tu choćby o utrzymywanie wysokiego poziomu, na który już poszczególni zawodnicy wskoczyli, a który według mnie może i powinien być lepszy. Więc tutaj też jest zadanie dla mnie na przyszłość, by przez cały czas umieć wpływać na rozwój zawodników pod względem mentalnym. Nie zapominamy jednak o tym, że piłkarsko wszyscy muszą się też rozwijać, bo to też nie jest na pewno ten poziom, o który chodzi mi, ale też o który chodzi zawodnikom.

Jest w panu zadra po tym poprzednim sezonie, gdy ze Stomilem Olsztyn nie udało się awansować do I ligi, choć było tak blisko?

Szczerze mówiąc, o tamtym sezonie już zapomniałem. Wiadomo, że chcieliśmy awansować i szkoda, że nam nie wyszło. Żałować można przede wszystkim meczu finałowego z Motorem Lublin, gdzie nie zasłużyliśmy na porażkę, strzelając choćby w poprzeczkę w dogrywce. Czasu się jednak nie cofnie i mimo wspomnień nowy sezon przyniósł mi nowe wyzwanie, nowy klub, nową ligę i jeszcze wyższe cele.

Ani mi, ani tym zawodnikom jeszcze nigdy nie udało się awansować do ekstraklasy, tak że wszyscy jesteśmy naprawdę bardzo głodni tego sukcesu. To byłaby niesamowita sprawa dla nas wszystkich.

Pamiętam, jak w 2020 roku w piłkarskiej Polsce było głośno o pana zwolnieniu z pierwszoligowej Resovii. Wówczas zdecydował się pan na sportową degradację, obejmując trzecioligowe Podhale Nowy Targ. Czy to był też taki krok do tyłu, żeby zrobić dwa do przodu?

To był rzeczywiście dla mnie osobiście trudny okres. Powiem szczerze - nie miałem wtedy zbyt wielu ofert, jeśli chodzi o poziom centralny. Jeżeli takie się zdarzały, to były to oferty, które patrząc długofalowo nie do końca mnie przekonywały. Patrzyłem wówczas przez pryzmat rozwoju drużyny i mnie, więc kiedy nadarzyła się okazja pracy we w miarę poukładanym, jak na trzecioligowe warunki, klubie z ambicjami, zdecydowałem się rzeczywiście zejść trochę niżej.

I myślę, że też gdybyśmy byli budowani tak, jak powinniśmy być, to pewnie byłaby szansa, żeby troszeczkę mocniej namieszać (Podhale zajęło piąte miejsce w grupie IV - red.). Ale to był też dobry okres, bo pokazał mi, jak można budować zespół od podstaw i z jakimi problemami się można mierzyć, innymi niż miało to miejsce w Resovii. Moja praca została zauważona i po roku trafiłem do Stomilu Olsztyn, a jeszcze rok później była już Lechia Gdańsk.

Opłaciło się.

Tak, rzeczywiście w moim przypadku to zdało egzamin i myślę, że nie można się bać tego, sportowego zjazdu ligę w dół, bo niestety nawet na tym profesjonalnym poziomie w Polsce, jeśli chodzi o pierwszą czy drugą ligę, zdarzają też zespoły, które nie zagwarantują nam takiego pola rozwoju, jak w niektórych klubach trzecioligowych.

Czy czuje się pan też częścią tego młodego pokolenia trenerów, które wchodzi teraz do polskiej piłki na poziomie centralnym? Liderem ekstraklasy jest Adrian Siemieniec, Goncalo Feio objął Legię, jest Dawid Szulczek, a i Dawid Kroczek, którego może pan znać z Resovii, został nowym trenerem Cracovii.

Trudno mi się odnieść do tego, bo co by nie mówić, ci wspomniani trenerzy są młodsi ode mnie. Niektórzy pewnie i z dziesięć lat. Myślę, że jestem gdzieś pomiędzy tą, można powiedzieć, starszą szkołą oraz nową szkołą, choć myślę, że nie potrzebujemy tak rozgraniczać trenerów. Trener ma być dobry, aczkolwiek wiadomo, że ci trenerzy, którzy wchodzą teraz do ekstraklasy czy na poziom centralny, wychowali się w zupełnie innym świecie, nie tylko o piłkę nożną, ale i o normalne życie, więc to są nie tylko inni trenerzy, ale też inni ludzie.

Czy lepsi, czy gorsi? Nie mi to oceniać. Ja się cieszę, że już mamy na tą chwilę w ekstraklasie czy pierwszej lidze duży wachlarz, jeśli chodzi właśnie o tych bardziej i tych mniej doświadczonych trenerów. Myślę, że każdy od każdego może coś czerpać, sam widzę tę otwartość trenerów. To jest dla mnie najważniejsze. Ja jestem otwarty zarówno na starszych trenerów, jak i na młodszych trenerów, dlatego cieszę się, że sam osobiście widzę rozwój trenerów w Polsce, bo jeszcze do niedawna myślę, że na to narzekaliśmy..

Adrian Siemieniec z Jagiellonii powiedział mi coś takiego: "Zbyt łatwo szufladkujemy ludzi ze względu na wygląd, wiek, pojedyncze zachowania, a tak naprawdę liczą się kompetencje. Nie ma młodych trenerów, ładnych, brzydkich, chudych, grubych, starych, są tylko dobrzy albo źli".

Dokładnie tak, bo ten młody obecnie jest młody, ale za 15 lat już nie będzie, a to z kolei nie musi oznaczać, że nie będzie dobry.

To może też kwestia leży w tym, żeby umieć ciągle iść z biegiem czasu, bo choćby piłka nożna rozwija się w bardzo szybkim tempie.

Na pewno nie można się zamykać. W każdej dziedzinie życia, szczególnie teraz, gdy wszystko pędzi bardzo, bardzo szybko. Jeżeli ktoś się zamknie i będzie myślał, że już wszystko umie, czy nie musi słuchać ludzi młodszych, bo oni są mniej doświadczeni, to w pewnym momencie stanie przed ścianą, której nie będzie mógł przeskoczyć i ten pociąg mu ucieknie. Piłka nożna bardzo szybko to weryfikuje. Dzisiaj jesteś w trzeciej lidze, a za chwilę możesz być w pierwszej. Dzisiaj jesteś w pierwszej, a za chwilę nikt cię nie będzie chciał w trzeciej.

W każdym momencie naszej pracy musi towarzyszyć nam pokora. Wiadomo, że zwycięstwa są fajne, super momenty są fajne, ale uważam, że to są fajne rzeczy dla kibiców. My jako trenerzy musimy się nauczyć czerpać przyjemność z rozwoju, naszej pracy i tym musimy się motywować.

Oglądał pan serial "Ted Lasso"?

Tak.

To właśnie tam był ciekawy cytat Pepa Guardioli: "Nie przejmuję się wygranymi czy przegranymi. Po prostu pomagam tym chłopakom być ich najlepszą wersją siebie na boisku i poza nim".

Zgadzam się w stu procentach. Piłkarze się rozwijają, trenerzy też się rozwijają i obie rzeczy muszą iść w parze. Piłkarze się rozwijają praktycznie pod każdym aspektem - ludzkim i piłkarskim. Jeżeli piłkarz nie będzie miał wsparcia u trenera chociażby w aspekcie taktycznym, to wtedy to nie będzie grało, nie będzie chemii pomiędzy nimi. Pewne rzeczy zostaną w pewnym momencie zweryfikowane i nawet gdy do jakiegoś momentu idziemy wspólnie w jednym kierunku, to potem nam to się może rozjechać. Rozwój trenerów i piłkarzy sprawia, że rozwija się wtedy cały zespół, także mam nadzieję, że my będziemy potrafili tą ścieżką podążać dalej.

Czy Lechia Gdańsk awansuje do ekstraklasy?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.