Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Lionel Messi gra o swoje miejsce w historii futbolu. Nie ma takiego luksusu jak miał Cristiano Ronaldo

Dwumecz z Manchesterem United w ćwierćfinale Ligi Mistrzów dla Lionela Messiego będzie starciem z własnym mitem. Od trzech lat Katalończycy i ich lider zawodzą w najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywkach. Kolejna wpadka bez wątpienia rozpocznie debatę nad statusem Argentyńczyka w hierarchii światowego futbolu.
Zobacz wideo

- Mamy świetny zespół, jednak przede wszystkim mamy Leo. Nie mam wątpliwości, kto jest najlepszym piłkarzem na świecie, ale musimy umieć wykorzystać przewagę, jaką daje nam jego talent. Mając lepszą drużynę od Realu, to nie my, a Madryt w pięć lat wygrał cztery Ligi Mistrzów. Tracimy wielką okazję, co dla mnie jako fana Barcelony jest frustrujące - mówił w maju zeszłego roku legenda Blaugrany i reprezentacji Hiszpanii Carles Puyol.

Słowa byłego kapitana Dumy Katalonii najlepiej oddają nastroje, jakie panują od kilku lat na Camp Nou. Wszyscy zgodnie podkreślają wielkość Messiego i ubolewają, że w erze, w której posiadają jednego z najlepszych graczy w historii, to największy i najbardziej znienawidzony rywal zdominował prestiżową Ligę Mistrzów. Z Argentyńczykiem Barcelona czterokrotnie triumfowała w tych rozgrywkach, choć należy podkreślić, że w sezonie 2005/2006 Messi dopiero zadomawiał się w pierwszej drużynie i nie pełnił w niej tak istotnej roli. Zatem w ciągu dwunastu lat, w których był zawodnikiem pierwszego składu i jednym z jej liderów, poprowadził Katalończyków do trzech triumfów. Oczekiwanie były i są większe. Zastanawiające jest jednak, czemu historia Barcelony w europejskich pucharach potoczyła się tak, a nie inaczej.

6 czerwca, Lionel Messi całuje puchar po zwycięstwie w Lidze Mistrzów.6 czerwca, Lionel Messi całuje puchar po zwycięstwie w Lidze Mistrzów. MARTIN MEISSNER/AP

Potrzeba oddechu

Puyol miał sporo racji, sugerując, że problem Barcelony nie tkwi w Messim, ale w zarządzaniu jego talentem. Widać to jak na dłoni w szczególności odkąd zespół objął Ernesto Valverde. Atakujący przekroczył trzydziesty rok życia i, jak pokazał chociażby przykład Cristiano Ronaldo, potrzebuje odpoczynku, by naładować akumulatory na najważniejszą część sezonu. Kłopot w tym, że Valverde nie potrafi znaleźć sposobu na odciążenie swojej największej gwiazdy tak, by nie ucierpiały na tym wyniki drużyny.

W poprzedniej edycji La Ligi Messi na ławce rozpoczął cztery spotkania. We wszystkich pojawiał się na boisku w drugiej połowie, gdy drużynie nie szło. W derbach z Espanyolem uratował drużynie punkt, wypracowując bramkę, a przeciwko Sevilli wpisał się na listę strzelców - po jego wejściu Barcelona z wyniku 0:2 doprowadziła do remisu. Sytuacja powtarza się także w tym sezonie. W starciu z Athletikiem Bilbao po pojawieniu się na murawie jego asysta pozwoliła Blaugranie zdobyć punkt, w meczu z Leganes strzelił gola i dorzucił ostatnie podanie (gdy został wprowadzony, był remis 1:1), a w niedawnej potyczce z Villarrealem dał drużynie impuls, gdy ta przegrywała 2:4, zdobywając piękną bramkę z rzutu wolnego. Ostatecznie zakończyło się podziałem punktów. Gdy Messi zaczyna mecz na ławce, nigdy nie pozostaje na niej do ostatniego gwizdka.

O ile Argentyńczyk nie jest kontuzjowany, Valverde w zasadzie go nie oszczędza. W sezonie 2017/2018 atakujący rozegrał 4468 minut, to o blisko 800 więcej od Cristiano Ronaldo, który w maju świętował kolejny triumf w Lidze Mistrzów, zostając przy okazji królem strzelców tych rozgrywek. Zmęczenie może częściowo tłumaczyć problemy lidera Barcelony w kluczowych momentach sezonu, gdy zespół walczy w Lidze Mistrzów, lecz nie jest to jedyna przyczyna.

Samotność lidera

Od 2016 roku Barcelona rok w rok kończy swoją przygodę z LM na ćwierćfinale. Gdy zatrzymuje się Messi, zatrzymuje się cała drużyna. Argentyńczyk w trzech kolejnych dwumeczach w ramach 1/4 finału LM nie potrafił pomóc zespołowi. Kolejne starcia z Atletico, Juventusem i Romą kończył bez gola czy choćby asysty. W zeszłym roku w Rzymie został praktycznie wyłączony z gry. Kiedy tylko zrywał się do ataku, momentalnie był osaczany i jeśli nie tracił piłki w wyniku czystego starcia, powalano go na ziemię faulem. Włosi obrzydzili mu grę, a obrazek Messiego schodzącego do szatni ze spuszczoną głową był w pewnym sensie symbolem porażki jednostki i triumfu kolektywu, jakim była tamtego wieczoru Roma.

To chyba największy problem Katalończyków. Kiedy Messi znika, jego koledzy nie potrafią wziąć odpowiedzialności za wynik na swoje barki - widać to często w La Lidze, widać też w szczególności w ostatnich sezonach LM. Choć Argentyńczyk jest wybitnym strzelcem, to nie jest typem wykończeniowca jak Ronaldo. Nie będzie czekał w polu karnym na tę jedną piłkę, która odmieni mecz - to nie jego charakterystyka. Cofa się do środka, wypracowuje sytuacje kolegom, robi im przestrzeń, kiedy rywale podwajają czy nawet potrajają jego krycie. Kłopot w tym, że w Barcelonie Messi jest człowiekiem od wszystkiego. Gdy gra głębiej, brakuje go z przodu. Gdy stara się ustawiać wyżej, zostaje odcięty od podań. W zeszłym sezonie jedynym typowym goleadorem, do którego Argentyńczyk mógł posyłać piłki, był Luis Suarez. Urugwajczyk w 10 meczach Ligi Mistrzów tylko raz wpisał się na listę strzelców. W obecnym wciąż czeka na premierowe trafienie, gdy Messi ma ich już w swoim dorobku osiem.

Argentyńczyk jest pozbawiony wsparcia. W sezonie 2008/2009 u jego boku w ataku grali Thierry Henry i Samuel Eto’o - ten drugi wraz z Messim zdobyli jedyne bramki w finale przeciwko Manchesterowi United - w środku natomiast rządzili jeszcze przez lata Xavi z Iniestą. Dwa lata później, gdy po raz kolejny Barca wygrała Ligę Mistrzów, ofensywny tercet z Argentyńczykiem tworzyli David Villa i Pedro (wszyscy trzej trafili do siatki w w finale), a w 2015 roku Messiego wspomagali Neymar i będący wtedy w kapitalnej formie Suarez (obaj finał z Juventusem zakończyli z golami na koncie). Pięciokrotny zdobywca Złotej Piłki bez wątpienia jest graczem wybitnym, ale w ostatnich trzech sezonach również niesamowicie osamotnionym, gdy sprawy na boisku przybierają zły obrót. Kiedy Ronaldo w ubiegłorocznych półfinale i finale zaliczył mecze bez historii, w strzelaniu goli wyręczyli go koledzy. Messi w ostatnich sezonach na taki luksus liczyć może rzadko.

ANDREW MEDICHINI/AP

Spojrzeć w lustro

Sam Messi również musi zrobić sobie rachunek sumienia. Choć oczywiście nikt nie obwinia go całkowicie za słabsze rezultaty osiągane przez Barcelonę na arenie międzynarodowej, nie zawsze wszystko da się wytłumaczyć zmęczeniem, brakiem wsparcia partnerów czy złym dniem. W ciągu pięciu ostatnich lat Messi, licząc od ćwierćfinałów, rozegrał w Lidze Mistrzów trzynaście spotkań. Do siatki rywala trafił tylko w jednym z nich, w pierwszym półfinałowym starciu z Bayernem Monachium w 2015 roku. W pozostałych dwunastu nie udało mu się zaliczyć nawet asysty. Argentyńczyka stać na zdecydowanie więcej i co do tego nikt nie ma raczej wątpliwości.

Zbliżający się dwumecz z Manchesterem United będzie dla Messiego okazją, by pokazać, że jest wielkim liderem, za jakiego uważają go w Katalonii, a ostatnie lata to kumulacja wielu niekorzystnych czynników, które nie oddają w pełni tego, jakim jest graczem. Jeśli jednak Barcelona ponownie zawiedzie, a jej lider stanie się na boisku tylko jednym z wielu, mit o najlepszym piłkarzu na świecie może zacząć być kwestionowany mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Bo choć jego liczby są w tym sezonie kosmiczne - 43 gole i 21 asyst w 40 występach - nikt nie będzie o nich pamiętał, gdy 1 czerwca na Wanda Metropolitano w Madrycie charakterystyczny uszaty puchar podniesie ktoś inny.