W ostatnich latach Ekstraklasa przyzwyczaiła piłkarskich kibiców do otwierania sezonu w niezbyt imponującym stylu. Tym razem było inaczej i choć termin "piątek, 18:00" przydzielony do meczu mistrza Polski może dziwić, to jednak wszystko jest spowodowane przyszłotygodniowym rozpoczęciem przez Jagiellonię Białystok i Śląsk Wrocław eliminacji do europejskich pucharów.
Jagiellonia swój dwumecz z litewskim FK Poniewież rozpocznie już we wtorek na Litwie, dlatego na grę w piątek nikt w Białymstoku nie narzekał. Nie zawiedli też kibice, którzy w liczbie ponad 17 tysięcy zainaugurowali sezon 2024/25. Na początku wybrali oni język faktów, przypomnieli wszystkim, kto jest mistrzem Polski zarówno efektowną kartoniadą, jak i w trakcie prezentacji składów, do każdego wykrzykiwanego zawodnika dodając określenie "Mistrz!".
Ale na murawie oznaki tego, że mamy do czynienia z mistrzem Polski, było widać jedynie przez 45 minut i nie były one zbyt imponujące. Owszem, w pierwszej połowie Jagiellonia grała w swoim, dobrze znanym wszystkim kibicom stylu, jednak ewidentnie brakowało jej konkretów pod bramką Kevina Komara. Podobnie jak w sobotnim sparingu z Żalgirisem Kowno (2:0) Jaga nie popisywała się w wykończeniu. Sytuacje miała, jak choćby ta Afimico Pululu, który z pięciu metrów uderzył z powietrza nad poprzeczką, trafiła też w słupek bramki przeciwnika, ale koniec końców piłka do siatki nie wpadła, więc jej przewaga nawet 70 proc. posiadania piłki nie przyniosła efektu bramkowego.
I tak jak do samej gry drużyny Adriana Siemieńca w pierwszej połowie przyczepić się za bardzo można nie było, tak to niezłe wrażenie po przerwie kompletnie prysło. Jagiellonia kompletnie się pogubiła, straciła inicjatywę na rzecz rywala z Niepołomic i wcale nie była bliska utraty pierwszego gola. I z tego trener mistrzów Polski musi wyciągnąć wnioski przed rywalizacją z litewskim Poniewieżem, bo właśnie przez takie utraty koncentracji polskie drużyny niejednokrotnie same sobie stwarzały problemy z niżej notowanymi rywalami.
Polscy sędziowie nie zaczęli nowego sezonu najlepiej. W Białymstoku głównym był Damian Kos, na VAR pomagali mu Paweł Pskit i Paweł Sokolnicki. I "ugotowali" niezłego klopsa w 60. minucie. W polu karnym Jagiellonii Kristoffer Normann Hansen kopnął jednego z przeciwników, czego sędzia Kos najpierw nie dostrzegł. I przy pierwszej przerwie w grze rozpoczęło się oczekiwanie.
Sędzia Kos w polu karnym, obok niego kółeczko piłkarzy Jagiellonii i pojedynczy zawodnicy Puszczy. Czekali i czekali, tak z dobre kilka minut, po czym koniec końców arbiter podszedł do monitora. Rozległ się jęk trybun, bo zazwyczaj oznacza to rzut karny, ale nie tym razem. Gdy wszyscy piłkarze spodziewali się wskazania na wapno, sędzia Kos po wizycie przy monitorze pokazał... spalonego główkującego chwilę przed faulem Artura Craciuna. I rzeczywiście wydaje się, że Mołdawianin był na minimalnym ofsajdzie.
Ale czemu w ogóle sędzia główny oceniał spalonego przy monitorze? Taka procedura jest wskazana, ale tylko wtedy, gdy sędzia ma ocenić, czy będący na pozycji spalonej piłkarz w ogóle brał udział w grze, gdyż jest to wtedy sytuacja do interpretacji. Tu pola do interpretacji żadnego nie było, więc już w pierwszym meczu pierwszej kolejki mamy przedziwną sytuację z VAR-em w roli głównej.
Jagiellonia była "nieobecna" mniej więcej do 65. minuty. Puszcza miała jeszcze jedną świetną okazję na strzelenie gola, gdy Lee Jin-Hyun uderzył technicznie w poprzeczkę, a po chwili jedną z dobitek doskonale obronił młody bramkarz Jagi Sławomir Abramowicz.
Decydujący okazali się jednak rezerwowi po stronie mistrza Polski. Choć dyrektor sportowy Jagiellonii Łukasz Masłowski nie wydawał w letnim oknie pieniędzy, pozyskując zawodników głównie z wolnego transferu, już w pierwszym meczu nowi zawodnicy okazali się decydujący dla końcowego wyniku.
Hiszpan Miki Villar wiosną w pierwszoligowej Wiśle Kraków nie zaliczył choćby bramki czy asysty, a mimo to doczekał się transferu do mistrza Polski. W Jadze nie zagrał choćby w jednym sparingu, ale w 71. minucie meczu z Puszczą i tak pojawił się na boisku. Były piłkarz Ibizy potrzebował ledwie siedmiu minut, aby przeprowadzić na lewym skrzydle akcję, która zakończyła się golem Nene. Portugalczyk ze względu na podkręconą kostkę wszedł tylko z ławki rezerwowych. Asystę drugiego stopnia przy tym trafieniu zaliczył z kolei nowy lewy obrońca Jagi - Joao Moutinho.
Drugi gol padł już w ostatniej akcji spotkania, gdy efektownie z obrońcami Puszczy zatańczył w polu karnym Lamine Diaby-Fadiga i precyzyjnym uderzeniem pokonał Kevina Komara.
To głównie dzięki rezerwowym Jagiellonia Białystok zdołała pokonać Puszczę Niepołomice 2:0 i rozpocząć obronę tytułu od wygranej. Ale przed dwumeczem z FK Poniewież "Żółto-Czerwoni" mają też nad czym myśleć, ale może to i dobrze, niż żeby mieli dać się zaskoczyć dopiero we wtorek.
Komentarze (1)
Cyrki na inaugurację Ekstraklasy. VAR zgłupiał. Mistrz Polski ma o czym myśleć