Niedawno nie do pomyślenia! Tak kibice pożegnali kadrę przed Euro 2024

Dawid Szymczak
Reprezentacja Polski daje coraz więcej odpowiedzi, ale niekoniecznie na pytania, które postawią przed nią turniejowi rywale. Mamy mocniejszą i uformowaną drużynę, pomysł na przeprowadzanie ataków, kilku kreatywnych piłkarzy, determinację i siłę. Ale absolutnie żadnej pewności, że to wystarczy, aby wyjść z grupy.

- Autobus już odjechał - rzucił z lekkim rozczarowaniem ochroniarz. Rozczarowani byli też dziennikarze, bo przez strefę wywiadów przeszło raptem trzech reprezentantów - Paweł Dawidowicz, Krzysztof Piątek i Przemysław Frankowski, a cała reszta wyszła po cichu, zupełnie nie rzucając się w oczy. Pożegnanie kadry było więc, jak całe zgrupowanie przed Euro - nadzwyczaj spokojne. A dla niektórych może wręcz nudne - obyło się bez wizyt w telewizjach śniadaniowych, czy prywatnego koncertu braci Golców. Ani Szczęsny nie zapalił papierosa z prezydentem, ani premier nie wpadł na zgrupowanie z propozycją. Tylnymi drzwiami kadra na to Euro weszła i tylnymi drzwiami doszła do autobusu, którym w kierunku Euro ruszy.

Zobacz wideo Frankowski przed Euro 2024: Chcemy wyjść z grupy

Smętne, kilkusekundowe: "Dziękujemy! Dziękujemy!". A to i tak postęp 

Kilkadziesiąt minut wcześniej, tuż po gwizdku kończącym zwycięski mecz z Turcją (2:1), gdy piłkarze żegnali się z kibicami, a stadionowy spiker życzył powodzenia na Euro, z trybun poniosło się smętne, kilkusekundowe: "Dziękujemy! Dziękujemy!". Mało wylewnie? Jeszcze niedawno tych samych piłkarzy żegnały gwizdy albo puste krzesełka. To tylko jeden z przykładów stopniowego postępu, który dokonał się w kadrze i wokół niej. Nie można powiedzieć, że jest spektakularny, bo nawet po całkiem udanych meczach z Ukrainą i Turcją, wciąż widzimy duże pole do poprawy i wciąż nie wiemy, jak reprezentacja spisze się z bardzo mocnym rywalem. Ale sama niewiedza to już postęp. Parę miesięcy temu, bez zająknięcia stwierdzilibyśmy przecież, że polegnie. Najpewniej doszczętnie. Skoro uginała się pod naporem Albanii i dawała się zaskoczył Mołdawii, a z Czechami leżała na deskach już w trzeciej minucie walki, to jak miałaby nie oberwać od Francji, Holandii czy Austrii?

Sparingi pozwoliły lepiej zrozumieć, co dziś reprezentacja Polski potrafi i czego można od niej oczekiwać, a nad czym wciąż pracuje i co jeszcze jej nie wychodzi. Ale zupełnie nie dają odpowiedzi na najbardziej palące pytanie, czyli, jak jej pójdzie na Euro. Nazywanie ostatnich sparingów kadry "próbą generalną" jest bzdurą. Inni rywale, inna presja, a jeszcze czynniki losowe - kontuzja Arkadiusza Milika w spotkaniu z Ukrainą i urazy Karola Świderskiego i Roberta Lewandowskiego z Turcją - sprawiły, że była to próba przeprowadzona bez kluczowych aktorów i z poważnymi zmianami w scenariuszu. Właściwie nie udało się przetestować gry dwoma napastnikami. Na boisku nie spotkał się Piotr Zieliński z Jakubem Moderem, choć dobrze byłoby sprawdzić, jak po wielu miesiącach przerwy będą ze sobą współpracować. Na pierwszym planie wylądował za to debiutujący Kacper Urbański. 

Po tych sparingach łatwiej wyobrazić sobie, jak Polska może grać we wrześniu i październiku w Lidze Narodów niż na Euro, które rozpoczyna się już za kilka dni. Widzieliśmy bowiem, jak spisała się z Turcją i Ukrainą, więc przypuszczać można, że mecze ze Szkocją i Chorwacją znacząco by od tego nie odbiegały. Ale na Euro? Z typowaną do złota Francją i obsadzaną w roli pozytywnej niespodzianki Austrią? Reprezentacja Polski odpowiada na coraz więcej pytań, ale niekoniecznie tych, z które mogą zadać turniejowi rywale. Mniej chodzi tu o przygotowanie Polaków, bardziej o siłę egzaminujących. Utrzymując uczelniane porównanie: student nieźle się przygotował, podchodzi do egzaminu bardziej pewny siebie niż się spodziewał, ale naprzeciwko siadają najbardziej wymagający profesorowie.

Nawet poniedziałkowy wieczór streszczał ten problem: Polska ograła 2:1 Turcję, a w tym samym czasie Holandia rozbiła Islandię 4:0. Trochę radości, jeszcze więcej obaw.

Co się zmieniło w kadrze?

Ale i tak przypominając sobie, w jakim punkcie zaczynał pracę Michał Probierz - jak fatalna była wówczas atmosfera wokół kadry, jak wiele pretensji mieli kibice i eksperci do piłkarzy, jak niedużym zaufaniem cieszył się sam selekcjoner i jak nieuporządkowana na boisku wydawała się jego drużyna i jak stosunkowo niewiele było czasu na poprawę - trudno nie docenić tego wszystkiego, co się zmieniło. 

Wreszcie każdy kolejny mecz nie pisze historii oderwanej od poprzednich, a jest ich kontynuacją. W zwycięstwach z Ukrainą (3:1) i Turcją (2:1) znajdziemy wiele podobieństw względem barażowego finału w Cardiff. Na Turcję wyszła ta sama jedenastka, co na Walię, więc widać, że Probierz znalazł ludzi, którym ufa i ma wobec nich niewiele wątpliwości. Mało tego, jeśli kłopoty ze zdrowiem Świderskiego, Lewandowskiego i Dawidowicza, którzy po kolei schodzili z boiska jeszcze przed rozpoczęciem drugiej połowy, nie okażą się poważne, to bez większego problemu wytypujemy dziesięciu piłkarzy z jedenastu na mecz z Holandią. Na koniec zastanowimy się tylko - i pewnie Probierz też będzie nad tym rozmyślał - czy w środku pola wystawić Jakuba Piotrowskiego, który był jednym z najlepszych zawodników w kadrze w końcówce poprzedniego roku czy Jakuba Modera, który dał dobrą zmianę przeciwko Turcji. 

Poza tym, Polska w każdym z tych trzech meczów grała z właściwą determinacją i poświęceniem. To fundament, którego wcześniej brakowało. W Cardiff piłkarze nie pękli mentalnie, gdy Walijczycy przejmowali inicjatywę i gdy trzeba było wykonywać rzuty karne, a zbudowaną wtedy pewność siebie rozwinęli w kolejnych meczach. Z Walią walczyli i nieźle grali bez piłki, ale po jej przejęciu wciąż mieli niewiele do zaproponowania. W sparingach - czy to grając bardziej rezerwowym składem z Ukrainą, czy mając więcej podstawowych piłkarzy z Turcją - stwarzała więcej dogodnych okazji. Zniknęli piłkarze bojący się własnego cienia, którym piłka zaczyna parzyć stopy, gdy tylko za plecami pojawia się przeciwnik. Próbują rozgrywać akcje już na własnej połowie, co czasami prowadzi do sukcesu (bardzo dobrej sytuacji Urbańskiego w 66. minucie), a czasami jeszcze do problemów w obronie i straty bramki (na 1:1 z Turcją). Dobrą formę potwierdza Nicola Zalewski. Równowagę zapewnia Bartosz Slisz. Urbański, który pewnie nie rozpocznie meczu z Holandią, jeśli wyzdrowieje któryś z napastników, wyrósł na bardzo ciekawego rezerwowego, który jednym zagraniem (jak to do Krzysztofa Piątka w końcówce meczu z Turcją) potrafi zmienić obraz meczu. 

Polacy stracili dwie bramki w ostatnich trzech meczach (ponad 300 minut z Walią, Ukrainą i Turcją), ale spore zasługi mają bramkarze - Wojciech Szczęsny i Łukasz Skorupski. Chwilami dopisywało szczęście, gdy Turcy zamiast do pustej bramki trafiali w poprzeczkę. Wiemy już, że Szczęsny jedzie do Niemiec w podobnej formie, jak był w Katarze. Dobrze to i źle. Dobrze, że jest w formie. Źle, że już tyle razy mogliśmy się o tym przekonać. Tu znów nasuwa się pytanie, o ile skuteczniejsi będą choćby Holendrzy czy Francuzi niż byli Turcy, którzy zdołali wykreować 22 sytuacje bramkowe, oddać siedem celnych strzałów, ale zdobyć tylko jedną bramkę. Pytania można zresztą mnożyć: o ile bardziej skoncentrowani będą na turnieju sami Polacy i jak bardzo podejmowanie nieco mniejszego ryzyka w rozegraniu piłki zmniejszy ilość ich własnych błędów, które doprowadzały rywali do sytuacji. Jak bardzo szczelność defensywy poprawi powrót Dawidowicza w miejsce Bartosza Salamona, który słabo spisał się w drugiej połowie z Turcją.

O reszcie zmian mówią sami piłkarze: że mentalność w drużynie jest lepsza, że czują się bardziej pewni siebie, że widzą zaangażowanie selekcjonera, że jego rady, dotyczące choćby stałych fragmentów gry, się sprawdziły. I oni sami podkreślają, że jest kilka elementów do poprawy. Krzysztof Piątek wspomniał choćby o tym, że potrzeba lepszego zsynchronizowania pressingu, dokładniejszego utrzymywania odległości między formacji i lepszego pierwszego podania po odzyskaniu piłki.

Wyjazd inny niż do Kataru

Zmiany mentalne, o których wspominają piłkarze, widać choćby w atmosferze samego odjazdu na wielki turniej. Polska ruszała do Kataru po niestrawnym zwycięstwie 1:0 z Chile, z hasłem "nie możemy grać inaczej" na ustach m.in. Grzegorza Krychowiaka i Wojciecha Szczęsnego, którzy szczerze przygotowywali dziennikarzy i kibiców, że na mundialu również oddadzą inicjatywę rywalom, skupią się niemal wyłącznie na obronie i nie podejmą najmniejszego ryzyka, dopóki będą z piłką na własnej połowie. Słowa - niestety - dotrzymali, a pierwszemu od 36 lat wyjściu z grupy towarzyszyła dyskusja na temat stylu gry, przykryta dopiero aferą premiową.

Grupa na Euro jest trudniejsza, ale Dawidowicz i Frankowski i tak deklarują, że w Niemczech spróbują grać w podobny sposób, jak z Ukrainą i Turcją. Chcą tak grać, bo teraz bardziej w siebie wierzą i czują, że Piotra Zielińskiego, Nicolę Zalewskiego, Przemysława Frankowskiego, Roberta Lewandowskiego, Jakuba Modera, Sebastiana Szymańskiego czy Kacpra Urbańskiego stać na to, by w niektórych fragmentach meczów przejmować inicjatywę i próbować bardziej skomplikowanych ataków. Zakładają, że nawet z Francją czy Holandią pojawi się przestrzeń do tego, by wykorzystać boczne sektory podobnie jak w sparingach. Może w mniejszym wymiarze, może trochę rzadziej, bo rywale będą z najwyższej półki, ale spróbują wyjść z grupy grając według podobnych zasad, jak w ostatnich meczach. Michał Probierz też niemal co konferencję powtarza: jedziemy grać w piłkę. A w jakim stopniu to wystarczy? To już nie jest wyłącznie ich sprawa.

Które miejsce zajmie Polska w grupie z Francją, Holandią i Austrią?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.