Co Polacy powinni zaimportować w sporcie?

Jak się okazuje, Polakowi do biegania tak jak Kenijczycy wystarczy picie tego, co piją Kenijczycy. Czy tym tropem powinni pójść także nasi reprezentanci w innych dyscyplinach?

Marcin Lewandowski został mistrzem Europy na 800 metrów po tym, jak trenował w Kenii i pił substancję, o której czytając robi nam się słabo i nie ruszylibyśmy jej, nawet gdyby miała nam zagwarantować Wielkiego Szlema (mistrzostwo świata i Europy w piłce nożnej, rekord globu na 100 metrów, Odrę Wodzisław w Lidze Mistrzów).

- Siara, czyli pierwsze mleko, plus miód, woda i mnóstwo cukru. Niedobre jak diabli. Ale Marcin pije to co dzień, dostarczane z Kenii. Rano przed finałem też pił - mówi Tomasz Lewandowski, trener i brat Marcina.

Czy są jeszcze inne rzeczy, które moglibyśmy zaimportować z krajów nie będących Polską?

Dzieciństwo w faveli

Gdyby nasi młodzi piłkarze wychowywali się w miejscu, gdzie słowo ''kasyno'' oznacza co najwyżej film z 1995 roku , który właśnie wchodzi w tych okolicach do kin jako nowość i gdzie alkohol trzeba sobie robić samemu z fragmentów ścianki działowej, a całe dzieciństwo nie mieli innej rozrywki oprócz żonglowania kawałkiem wełny i grania w piłkę kotem sąsiadów, dziś bylibyśmy futbolową potęgą. A zamiast Luisa Fabiano na ustach całego świata byłby Łukasz Fabiański.

140 kilometrów do szkoły

Mieszkańcy niektórych radośnie ośnieżonych zakątków Norwegii, żeby dostać się do szkoły muszą biec wiele kilometrów po śniegu, przeprawiać się lodołamaczem przez zamarznięte jezioro, galopować na grzbiecie Yeti, a na końcu wziąć jeszcze przesiadkę na prom kosmiczny. Gdyby i u nas tak było, stalibyśmy się dominatorami w biegach narciarskich i tym podobnych. Bo nie, jedna Justyna Kowalczyk wiosny zimy nie czyni.

Rozwinięta opieka dentystyczna

Bylibyśmy (wreszcie) świetni w hokeja.

Kraj z równymi, prostymi drogami

Budowa odcinka autostrady A1 Nowe Marzy - ToruńBudowa odcinka autostrady A1 Nowe Marzy - Toruń Fot. Wojciech Kardas / Agencja Wyborcza.pl

Po wybudowaniu autostrad przecinających Polskę wzdłuż i wszerz (a najlepiej dookoła), z pięciusetkilometrowymi odcinkami równej, prostej drogi, na których jedyne, co się może zdarzyć dramatycznego, to wyczerpanie się zapasów Red Bulla na stacji benzynowej, rządzilibyśmy w wyścigach NASCAR. Tylko po co?

Dostęp do morza nie będącego Bałtykiem

W którym można się zanurzyć tylko, jeśli się o to poprosi i usunie większość zanieczyszczeń, a po pięciu godzinach pływania człowiek wychodzi stamtąd ze zmęczeniem i trzecią ręką. Może w pływaniu szło by nam lepiej, gdyby tylko Polska wynegocjowała transfer na przykład nad Adriatyk.

Łukasz Miszewski

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.