ME siatkarzy 2017. Mateusz Mika: wieje, trybuny daleko, sufit wysoko, ale gwarantuję, że dla każdego zawodnika to będzie wielkie przeżycie

- Nie byłem pewny tego co zagram, bo obawiałem się przestrzeni i wiatru. Ale mimo różnych obaw chłopaków czeka coś wyjątkowego - mówi Mateusz Mika, wielki nieobecny ME siatkarzy, które rozpoczną się w czwartek. Po trzech latach od pamiętnego zwycięstwa 3:0 nad Serbią na Stadionie Narodowym na start MŚ 2014 nasz mistrz świata wystąpi tylko w roli kibica na meczu Polska - Serbia otwierającym ME 2017

Łukasz Jachimiak: W czwartek reprezentacja Polski rozegra swoje pierwsze spotkanie w mistrzostwach Europy, a Ty właśnie rozgrywasz pierwsze mecze po operacji kolana. Wyszedłeś na boisko we wtorkowym sparingu Lotosu Gdańsk z AZS-em Olsztyn?

Mateusz Mika: Nie, dostałem jeszcze wolne, ale w środę mam zagrać seta albo dwa.

Czujesz się niepewnie, czy już wszystko jest tak, jak powinno być?

- Do pełnej dyspozycji jeszcze mi sporo brakuje, jeszcze różne rzeczy się z tym kolanem dzieją. Trener chciał, żebym zagrał już we wtorek, ale miałem gorszy dzień, więc zostało mi odpuszczone.

Czyli nie chodzi nawet o to, że możesz czuć jakąś blokadę psychiczną, tylko o to, że kolano jeszcze pobolewa?

- Tak i to jest normalne po operacji, nie ma się czym za bardzo przejmować.

Wybierasz się w czwartek na Stadion Narodowy, czy obowiązki Ci nie pozwolą?

- Trenujemy, gramy sparingi, ale prawdopodobnie uda mi się zobaczyć mecz z trybun. Na 99 procent będę.

Serce pewnie będzie się rwało do gry? Zwłaszcza na Narodowym, na którym grałeś przeciw Serbii w meczu otwarcia MŚ 2014.

- Wspomnienia są bardzo miłe, ale podchodzę do nich tak, że są już historią. Teraz jest nowy turniej, nowa reprezentacja. Będę trzymał za chłopaków kciuki, żeby dobrze zaczęli mistrzostwa Europy i żeby wywalczyli w nich jak najlepszy rezultat.

Będziesz taki mocny, że nie dasz się wspomnieniom? Nawet jak znów usłyszysz hymn Polski śpiewany przez 60 tysięcy ludzi?

- To będzie świetny moment. Pamiętam, jak wtedy stałem na parkiecie - wrażenie było niesamowite, nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Bardzo mocna była też prezentacja. Jeżeli wybiega się przed 60-tysięczną publiczność, która jest nakręcona na pierwszy mecz mistrzostw świata, to przeżywa się coś wielkiego. Najbardziej pamiętam, że jak wybiegałem na boisko i zobaczyłem trybuny, to całkowicie zeszło ze mnie ciśnienie.

Ono bardzo rosło, kiedy siedzieliście w szatni i czekaliście na mecz, oglądając ceremonię otwarcia?

- Tak, graliśmy mistrzostwa świata u siebie, chcieliśmy się zaprezentować jak najlepiej, a ciśnienie było zwiększone faktem, że nie wiedzieliśmy, jak się odnajdziemy w zupełnie nowych warunkach. Ja na przykład nie byłem pewny tego co zagram, bo obawiałem się przestrzeni i wiatru, że będzie miał znaczenie przy przyjęciu. Ale mimo różnych obaw chłopaków czeka coś wyjątkowego.

Czekają ich też mniej przyjemne niespodzianki. Trzy lata temu Serbię gładko pokonaliście, ale później mówiliście, że wcale nie grało się Wam tak łatwo, jak sugerował wynik.

- Jeżeli chodzi o to, czego chłopaki się mogą spodziewać, to już na pewno zauważyli w trakcie treningu, że wieje wiaterek. I że punkty odniesienia są inne niż zwykle. A jeśli chodzi o tak wielką publiczność, bo to nie jest normalne, że siatkarz gra przy 60 tysiącach widzów, to w moim przypadku było tak, że stresowałem się tym, ale jak wbiegłem na boisko i zobaczyłem, jak daleko od niego są trybuny, to wszystko ze mnie zeszło i od tego momentu miałem już kompletny spokój, grałem jak w normalnym meczu.

Czyli dodatkowe trybuny zbudowane tuż przy boisku po to, by dać zawodnikom namiastkę warunków halowych nie dają poczucia, że kibice są blisko? Jednak dominują te ogromne, stałe trybuny Stadionu Narodowego?

- Czego by organizatorzy nie dostawili, nigdy nie osiągną takiego efektu, jaki jest w hali. Ale jeśli chodzi o punkty odniesienia, to wielkiego dramatu nie było, choć jak się spojrzało w górę, to nie widziało się sufitu kilkanaście metrów nad głową, tylko o wiele wyżej. Generalnie na treningach można się zapoznać z warunkami, a część chłopaków już grała na tym obiekcie, więc nic ich nie powinno zaskoczyć w trakcie meczu. Poza tym warunki są takie same dla obu zespołów.

Trener Serbów, Nikola Grbić, uważa że nie są. Twierdzi, że Polacy jednak lepiej znają obiekt, mówi też, że my będziemy mieli łatwiej, bo serwujemy głównie floatem, a oni z wyskoku i że to przy mocnej zagrywce szczególnie ważne są punkty odniesienia.

- Zagrywka to zagrywka, nie mam pojęcia o co chodzi w tej wypowiedzi.

Grbić wymyśla, żeby zdjąć presję ze swojej drużyny?

- A tego to nie powiem, może on nie wymyśla, ja grałem na takim obiekcie tylko raz. Ale nie przypominam sobie, żeby mi było łatwiej serwować.

Punkty odniesienia to sprawa kluczowa chyba szczególnie dla rozgrywających?

- Tak, najbardziej dla rozgrywającego, bo on dotyka co drugiej piłki. Dla reszty boisko jest wzdłuż, a nie wszerz, a rozgrywający musi jeszcze mocno uwzględniać szerokość, dostosowywać do niej piłki, które daje. My tylko dostarczamy mu piłki, dogrywając do siatki, kiedy przyjmujemy i bronimy, a on ma najtrudniej. Ale też nie ma co robić wielkiej afery z tego, że jest mecz na stadionie. Na pewno obu drużynom będzie się grało trochę inaczej. Ale obu. A gwarantuję, że dla każdego zawodnika, który weźmie udział w tym meczu będzie to wielkie przeżycie.

Mówiłeś, że bałeś się wiatru - tworzyły się przeciągi, przez które piłka latała w sposób trudny do przewidzenia?

- Wiało ciągle, ale delikatnie. Wiatr był jednostajny, nie zmieniał kierunku, można się było do niego szybko przyzwyczaić. W tamtym sezonie wcześniej graliśmy we Włoszech na kortach tenisowych i tam sytuacja była o wiele trudniejsza, bo tam wiało we wszystkich kierunkach. W porównaniu do tych kortów warunki na Stadionie Narodowym były bardzo dobre.

Na pewno będą też lepsze niż w Kurytybie podczas Final Six Ligi Światowej, gdzie było tak zimno, że wielu zawodników grało na długi rękaw i z zakrytymi nogami.

- Jedni będą narzekać, inni nie będą, nie ma co się przejmować.

W tym sezonie nie ma Cię w reprezentacji, bo postanowiłeś wreszcie się wyleczyć. Nie było próśb, żebyś leczył się szybciej i dołączył do kadry?

- Toczyły się rozmowy, ale decyzja została pozostawiona mi, a ja zdecydowałem, że chcę mieć operację i opuścić sezon reprezentacyjny.

Nie rozważaliście takiego wariantu, że leczysz się na tyle, by odpuścić Ligę Światową, a po niej dołączyć do kadry i pomóc na mistrzostwach Europy?

- Nie było takiej możliwości, bo zdecydowałem się na operację, a po niej trzeba minimum trzech miesięcy, żeby dojść do siebie.

Kolegom kibicujesz z większą nadzieją na ich sukces, czy z obawami, bo skład młody, a i pewności w drużynie mniej po kilku nieudanych turniejach?

- Dużo osób kadrę chwali, dużo osób krytykuje, a wszystko wyjdzie w praniu. Moim zdaniem w tym roku stawka w Europie jest bardzo wyrównana. Nie ma dwóch trzech drużyn, które będą się biły o złoty medal, tylko jest ich więcej. Dlatego turniej na pewno będzie ciekawy i wiele czynników będzie się składało na to, na jakim miejscu ostatecznie znajdzie się Polska.

Nie widzisz faworyta we Francji, którą wskazują prawie wszyscy?

- Mają bardzo mocny, zbilansowany zespół, nie mają dziury na żadnej pozycji, dobrze bronią, są mocni mentalnie. Ale w takim turnieju wystarczy jeden gorszy mecz, np. w półfinale, i trzeba się żegnać ze złotym medalem.

Zobacz wideo