Sceny po pudle Lewandowskiego! Ten obrazek mówi wszystko

Dawid Szymczak
Łatwo wyobrazić sobie scenariusz, w którym Robert Lewandowski trafia piłkę głową i wyrywa dla Barcelony remis 3:3. Ale w kluczowej akcji, w doliczonym czasie gry, zamiast głową uderzył piłkę barkiem i fatalnie skiksował, a Girona po chwili podwyższyła prowadzenie na 4:2. "Mundo Deportivo" pisze, że Polak miał w tym meczu dwie twarze.

Gdy na pomeczowej konferencji obaj trenerzy - Xavi z Barcelony i Michel z Girony zgodnie stwierdzili, że o zwycięstwie 4:2 przesądziły szczegóły, najpewniej myśleli o niewykorzystanej sytuacji Roberta Lewandowskiego z 93. minuty. Chwilę wcześniej Barcelona złapała kontakt z rywalem, więc celny strzał Polaka mógł doprowadzić do remisu. Dośrodkowanie od Lamine Yamala było niemal idealne - piłka leciała nad polem karnym, a komentator "beIN Sports" już krzyczał, że FC Barcelona to FC Remontada, bo właśnie "remontadą" Hiszpanie nazywają tak spektakularne odwrócenie wyniku. Strzelenie wyrównującego gola wydawało się nieuniknione: piłka dokręcała się w stronę bramki, a Lewandowski czekał raptem pięć-sześć metrów od niej. Był na wprost, niepilnowany. Miał tylko dołożyć głowę. Wykonał zamach, ale skiksował i trafił piłkę barkiem. Do bramki zabrakło dobre półtora metra. Kibice, którzy aż poderwali się z krzesełek, rozczarowani usiedli z powrotem. Polak też potrzebował chwili, by przetrawić tę akcję. Zresztą, nie było wokół niego piłkarza, który nie złapałby się za głowę. Ronald Araujo, Fermin Lopez, Ferran Torres, Ilkay Gundogan i Alejandro Balde - oni wszyscy już widzieli piłkę w bramce. 

Zobacz wideo Michał Probierz wykorzystał pomidora. Ależ pewność siebie!

A Girona po chwili jeszcze ten błąd uwypukliła. Ruszyła z akcją i kolejny raz w tym meczu wykorzystała olbrzymie zamieszanie w polu karnym Barcelony. Dośrodkowanie Savio domknął Cristhian Stuani, 37-letni Urugwajczyk, którego pojedynek z Lewandowskim "Mundo Deportivo" zapowiadało pod hasłem "wielcy strzelcy nigdy się nie starzeją". To było idealne zwieńczenie rock and rollowego koncertu z aż 31 strzałami Barcelony (11 celnymi), 15 Girony (siedmioma celnymi) i golami oczekiwanymi (xG) na poziomie odpowiednio 3,50 i 2,70. Ale to był też ten szczegół: bark zamiast głowy i 4:2 dla Girony zamiast remisu 3:3.

Girona - lider bez granic. Zwycięstwo z Barceloną doda wiarygodności

Właściwie wszystko się zgadza: zespół z Katalonii wykorzystał potknięcie Realu Madryt (1:1 z Betisem) i odskoczył mu na dwa punkty. Jest samodzielnym liderem, ma siedem punktów przewagi nad trzecim Atletico Madryt, gra ofensywnie, długimi fragmentami wręcz ekscytująco, strzela najwięcej goli w lidze - aż 38 w szesnastu spotkaniach, jest niepokonany w wyjazdowych meczach i nie pęka już przed nikim. - Ma duszę - dodaje jego trener. Tyle że nie o Barcelonę, a o Gironę chodzi.

To zespół Michela jest największym objawieniem sezonu i doczekał się już zestawień z Leicester City, który osiem lat temu sensacyjnie zdobył mistrzostwo Anglii. Jest Kopciuszkiem, bawiącym się na balu z elitą. Choć przed sezonem był typowany do spadku, to na jego półmetku zajmuje pierwsze miejsce. Proponuje piłkę bez kompromisów. Aleixa Garcię - który jeszcze trzy lata temu grał w Dinamie Bukareszt - zmienia w czołowego piłkarza ligi, innych - jak Yana Couto - promuje do reprezentacji Brazylii, a kolejnych - choćby Savio - wpycha na listy transferowe większych klubów. 

Pierwsze w historii ligowe zwycięstwo nad Barceloną jeszcze bardziej uwiarygadnia Gironę. Przed meczem pojawiały się wątpliwości, jak zespół Michela poradzi sobie z presją derbów, czy nie przytłoczy go magia rywala, czy jego piłkarze nie przestraszą się Barcelony, która dopiero co zagrała jeden z najlepszych meczów w ostatnich miesiącach i zasłużenie pokonała Atletico Madryt. Ale cała otoczka wydawała się co najwyżej Gironę napędzać. Ani nie była mniej śmiała, ani nawet trochę bardziej zachowawcza. Dalej korzystała z bardzo szerokiego repertuaru ataków: rozrywała Barcelonę prostopadłymi podaniami, jak w 12. minucie przy pierwszej bramkowej akcji, bezlitośnie wykorzystywała też niezdecydowanie jej obrońców, choćby w 40. minucie przy golu Miguel Gutierrez i 80., gdy do bramki trafiał Valery. Omijała jej pressing i tak samo chętnie jak zawsze korzystała ze wsparcia bocznych obrońców w budowaniu akcji. Nie przegrywała w tym spotkaniu nawet przez chwilę. To Barcelona przez większość meczu goniła wynik, a zdobywanie bramek sporo ją kosztowało. 

Rozkładówki poniedziałkowych dzienników są hołdem dla Girony. "Marca" nazywa ją "liderem bez granic", "L'Esportiu" dodaje, że stać ją w tym sezonie na wszystko, a "Mundo Deportivo" docenia, że podbiła Montjuic absolutnie zasłużenie. Ale najtrafniejszy wydaje się żart jednego z kibiców, który w trakcie meczu zapytał, dlaczego jego ukochana Barcelona gra w tym meczu w białych strojach. 

Mecz, w którym każdy chciał znokautować rywala

Frustracja i rozczarowanie są wśród kibiców Barcelony tym większe, że w ostatnich dniach ich drużyna wydawała się wreszcie mieć nad meczami kontrolę - tak było już w drugiej połowie wygranego meczu z FC Porto, który przyklepał pierwszy od dwóch sezonów awans do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, a tym bardziej w ligowym szlagierze z Atletico Madryt (1:0). Xavi zdążył odetchnąć po tygodniach ostrej krytyki i coraz głośniejszych komentarzy, że jego zespół nie robi postępów. Ale tyle było spokoju. Po porażce z Gironą świat zdążyła już obiec statystyka pokazująca, że jest drugim trenerem Barcelony z najgorszymi wynikami od 15 lat. Niższy procent zwycięstw miał tylko Ronald Koeman (62 proc. vs 58 proc.). Sam  Xavi stwierdził, że choć wynik jest zły, to sam mecz taki nie był. Porównał go do walki bokserskiej, w której obaj zawodnicy opuszczają gardy i idą na wymianę ciosów. - Każdy walczył o nokaut - stwierdził. Różnica polegała na tym, że Girona wykorzystała swoje okazje, a Barcelona nie.

Tych przecież nie brakowało: w pierwszej połowie z bliska w bramkarza uderzył Raphinha, bardzo samolubnie zagrał Joao Cancelo, Lewandowski nie trafił w piłkę głową, a mniejsze okazje marnowali też Ferran Torres czy Ilkay Gundogan. Niemiec oddał w tym meczu osiem strzałów, tyle samo miał Raphinha, a sześć dorzucił Lewandowski. Problemem była mała skuteczność, ale Barcelona i tak nie przegrała tego meczu atakiem, a beznadziejną wręcz obroną. To tam mnożyły się błędy - indywidualne i zespołowe. Piłkarze Girony łatwo znajdowali luki w ustawieniu Barcelony, a w kluczowych sytuacjach korzystali z małego zdecydowania jej obrońców. Brakowało im doskoku, agresji i znacznie większej odpowiedzialności. Barcelona z kolei, musiała solidnie się napracować, by zdobyć bramkę. Lewandowski, który przełamał się w 19. minucie po trzech meczach z rzędu bez gola, najpierw zgubił w polu karnym rywala, później wygrał walkę o pozycję z kolejnym i dopiero świetnie wykończył głową dośrodkowanie Raphinhi. Jeszcze większym kunsztem musiał wykazać się Gundogan przy drugim golu - niewielu zawodników potrafiłoby się obrócić z piłką, oszukać obrońcę na tak małej przestrzeni i jeszcze podjąć tak błyskawiczną decyzję o strzale. Obrońcy Barcelony znacznie niżej zawieszali poprzeczkę napastnikom Girony - Artem Dovbyk, Miguel Gutierrez, Valery i Cristhian Stuani strzelali gole niemal nieatakowani. 

Z przebiegu całego meczu to nie Barcelona może więc mówić o pechu, że Lewandowski spudłował w kluczowej sytuacji. Olbrzymim pechem Girony byłaby utrata prowadzenia w doliczonym czasie gry. Odwagą, taktyczną mądrością, skutecznością zasłużyła na zwycięstwo. Tak, jak całym dotychczasowym sezonem zasługuje na bycie liderem.

Więcej o:
Copyright © Agora SA