Koszmar Anglików powrócił jeszcze przed meczem! Przerażenie w oczach

Dawid Szymczak
Posłuchaj artykułu (ładuję...)
Finał był streszczeniem całego Euro - w większości ostrożny, racjonalny i przewidywalny. Aż wreszcie wyrwany z ram przez najważniejszych dla Hiszpanii zawodników - ich skrzydłowych, najlepszych przyjaciół, dzieciaków: Lamine Yamala i Nico Williamsa. Wydawało się, że Anglia kolejny raz wyjdzie z opresji. Ale po drugim ciosie już się nie podniosła i przegrała 1:2.

W piątek dwudzieste drugie urodziny miał Nico Williams, a w sobotę siedemnaście świeczek zdmuchnął Lamine Yamal. Ale z tańcami poczekali do niedzieli. Bez jednego nietrafionego kroku, w odpowiednim rytmie, zabawę zaczął ten młodszy - nie dość, że nie nadążyło za nim trzech Anglików, to jeszcze dwóch pozostałych skupiło na nim tak bardzo, że kompletnie przegapiło nadbiegającego z drugiej strony Williamsa. Yamal zaliczył czwartą asystę na Euro, a jego starszy przyjaciel strzelił swojego drugiego gola. Podbiegli pod nieliczne czerwono-żółte sektory i ku uciesze kibiców bawili się według przygotowanej wcześniej choreografii.

Do zabawy zaprosili resztę. Wreszcie na murawie pojawiły się piruety Jude’a Bellinghama, tańce w parze Williamsa z Olmo, solówki Yamala i Saki. Dołączali kolejni: Cole Palmer już trzy minuty po wejściu za Kobbiego Mainoo strzelił gola na 1:1. Mikel Oyarzabal po wejściu z ławki potrzebował tylko trochę więcej czasu - pojawił się w 68. minucie, a rozstrzygającego gola strzelił w 86. Impreza zaczęła się z godzinnym opóźnieniem, ale kto nie zasnął i dotrwał - nie mógł żałować.

Cierpienie Anglików jeszcze potrwa

Ponad dwie godziny do finału. Scena z jadącego na stadion pociągu S5. Na Alexanderplatz dosiada się kilkusetosobowa grupa Hiszpanów. Anglicy są już w środku, mają liczebną przewagę. Zaczyna się walka: najpierw na przyśpiewki, później na argumenty, komu to zwycięstwo należy i przyda się bardziej. Hiszpanie idą w logikę - od początku turnieju są najlepsi, a mistrzostwo powinno trafić do najlepszych. Anglicy grają na emocjach - za długo już czekają na trofeum. W Hiszpanii nawet nastolatkowie pamiętają dwa triumfy na Euro i kolejny na mundialu. A u nich? Od 1966 r. nic. Cierpi już drugie pokolenie.

Alan Shearer, doskonały angielski napastnik - jeden z wielu bez wywalczonego dla kraju trofeum - przyznał w felietonie, że czuje pragnienie, głód, dumę i desperację. Teraz - w przededniu finału. Ale tak naprawdę od kilku dekad. Przyleciał więc do Berlina z synem, bo już dawno obiecał sobie, że gdy kapitan reprezentacji Anglii podniesie w końcu upragniony puchar, będzie stał gdzieś blisko, by czegoś nowego się o sobie dowiedzieć. To jedna z nielicznych rzeczy, których w piłce nie doświadczył, więc sam nie wie, jak zareaguje. Rozpłacze się? Zaniemówi? Zacznie krzyczeć? A co poczuje głęboko w sobie? Do czego będą podobne te emocje? "Rozpaczliwie chcę się tego dowiedzieć" - pisał.

Ale uczucia Shearera wydawały się wspólne dla kilkudziesięciu tysięcy angielskich kibiców. Ich relacja z reprezentacją była na tym turnieju trudna - i wychodzili ze stadionu, gdy w doliczonym czasie gry ze Słowacją w 1/8 przegrywali 0:1, i rzucali plastikowymi kuflami w selekcjonera, i wzywali do jego zwolnienia, i psioczyli na piłkarzy. Ale też zachwycali się kilka dni później Bukayo Saką, gdy wyrównał wynik w meczu ze Szwajcarią, a później perfekcyjnie wykonał rzut karny, mimo że to przez nietrafioną w finale jedenastkę trzy lata wcześniej został antybohaterem zdeptanym bez skrupułów przez rasistów z szalikami i ekspertów pozbawionych hamulców. Cmokali też nad pierwszą połową z Holandią i martwili się drugą, że lepszy rywal wykorzystałby którąś z obiecujących kontr. Southgate po czterech meczach czytał, że jest przeciwieństwem alchemika, czyli zamienia złoto w bezwartościowe metale, ale już po półfinale był geniuszem, który zmienia Kane’a i Fodena na Watkinsa i Palmera, a oni już po dziesięciu minutach rozgrywają między sobą akcję bramkową i wprowadzają Anglię do finału. Od ściany do ściany.

I w finale było podobnie. Po 47. minucie Southgate był do niczego - zlękniony i ograniczający potencjał swoich gwiazd, a od 73. znów wydawał się mieć szósty zmysł, bo wpuszczony przez niego Palmer już po chwili zdobył wyrównującą bramkę. W końcówce natomiast zamieszanie było już tak wielkie, że trudno nawet zgadnąć, co teraz myślą o selekcjonerze kibice i jaka czeka go przyszłość. Anglia odżyła po zmianach, ale akurat w okresie, w którym grała całkiem nieźle, straciła bramkę na 1:2. A i to nie był koniec, bo tuż przed doliczonym czasem gry piłka po kilku główkach z rzędu była bardzo blisko hiszpańskiej bramki. Anglia w tym turnieju wielokrotnie potrafiła uciec znad przepaści, ale w najważniejszym meczu Hiszpania jej na to nie pozwoliła.

Angielscy kibice nagle zaczęli przeraźliwie gwizdać. Koszmar powrócił

Najgłośniej na trybunach zrobiło się jeszcze przed meczem. Wybuchły już fajerwerki, zostały odpalone wszystkie flary, wybrzmiała śpiewana na żywo piosenka tego Euro - "Fire". I nagle, gdy na murawie zrobiło się spokojniej, zdecydowanie przeważający na trybunach Anglicy zaczęli przeraźliwie gwizdać i buczeć. Powrócił ich koszmar - Giorgio Chiellini z pucharem, który trzy lata temu wyniósł z Wembley. Atmosfera na tamtym finale i atmosfera na stadionie w Berlinie różniły się nieznacznie - bodaj tylko tym, że przez kołowrotki nie przedarli się tym razem chuligani chcący skopać i pobić każdego, kto nie ma na sobie koszulki z trzema lwami w herbie. Wokół stadionu było przyjaźnie. Przed jednym z grajków, który na zmianę chwytał za akordeon i gitarę, tańczyli Hiszpanie i Anglicy. Raz do "Bella Ciao", raz do refrenu "Sweet Caroline".

Ale obecność Chielliniego i reakcja straumatyzowanych angielskich kibiców przypominała, jak niejednoznaczne są ostatnie lata dla ich reprezentacji. Oto drugi raz z rzędu dotarli do finału Euro, ale w międzyczasie niemal wyłącznie narzekali. Na wszystkich turniejach od 2018 r. grali minimum w ćwierćfinałach, a jednak zniecierpliwienie tylko rosło. Gareth Southgate niemal dał im gwarancję gry w kluczowych fazach, ale tylko podsycił tym oczekiwania, których także tym razem nie dał rady spełnić.

Hiszpania mistrzem Europy! Finał jak cały turniej

Długo ten finał wydawał się nie mieć w zanadrzu żadnej niespodzianki. Największym zaskoczeniem aż do gola Mikela Oyarzabala był dla mnie jeden z Anglików, który wysiadając z pociągu odmówił kolegom wypicia kolejnego piwa. Cała reszta była kontynuacją poprzednich meczów: Hiszpania dążyła do zwycięstwa z piłką przy nodze i grała według sprawdzonego wcześniej scenariusza - cierpliwie szukała okazji, by dograć podać do skrzydłowych, a później tylko czekała aż znów coś wyczarują. I tak strzeliła oba gole - pierwsza bramkowa akcja została napędzona z prawej strony, druga z lewej. Anglicy też nie zmienili się znacząco - zaczęli mecz od głębokiej obrony i nieśmiałych ataków raz na paręnaście minut. Byli zwarci w defensywie - jak należało się spodziewać. Aż do straty pierwszej bramki nie podejmowali najmniejszego ryzyka - jak w większości poprzednich meczów. Znów potrafili podnieść się po stracie bramki - wcześniej odrabiali już straty ze Słowacją, Szwajcarią i Holandią. Na pierwszy cios Hiszpanii też zdołali odpowiedzieć, powalił ich dopiero drugi.

Scenariusz na całe Euro nie zaskoczył w żadnym momencie. W 1/8 skończyły się piękne historie ambitnych reprezentacji z drugiego i trzeciego szeregu, w ćwierćfinałach też wygrali faworyci, więc w półfinałach spotkali się sami mocarze. Finał był odpowiednią puentą - triumfowała drużyna najlepsza ze wszystkich. Najpiękniejsza, najswobodniejsza, najmniej kunktatorska spośród najmocniejszych. Mająca zjawiskowego Lamine Yamala, świetnego Nico Williamsa, dowódcę w osobie Rodriego, którego jednak udało się zastąpić, gdy musiał przedwcześnie skończyć finał w związku z kontuzją. Do tego mająca emanującego spokojem Luisa de la Fuente, którego nominacja 20 miesięcy temu na stanowisko selekcjonera nikogo nie zachwyciła. Nie był obietnicą niczego, a dał najwięcej od lat. Ponoć od miesiąca śpi po raptem po cztery godziny na dobę, by wszystkiego dopilnować od strony taktyki i przygotowania do meczu. Tej nocy też nie zaśnie na dłużej. Ale sami piłkarze mówią, że najważniejsza nie jest strategia, ale rodzina, którą tworzą i w której każdy czuje się dobrze.

Nie triumfuje faworyt, ale najlepszy zespół Euro. Zwycięstwo Hiszpanii nie dziwi nikogo, kto śledził turniej. Już po drugim grupowym meczu z Włochami prognoza tytułu dla Hiszpanii nie zaskakiwała. W dodatku Hiszpania ten finał wygrała w sposób, w jaki do niego dofrunęła. Na skrzydłach.  

A Alan Shearer niczego nowego się o sobie nie dowiedział. Przeciwnie - uczucia i emocje, których doświadczył, zna aż za dobrze. 

Więcej o:

Komentarze (13)

Koszmar Anglików powrócił jeszcze przed meczem! Przerażenie w oczach

nepot75
9 miesięcy temu
Nie można zwyczajnie napisać o meczu? Musi to być poezja? Myślałem,że to jakaś egzaltowana baba pisała.
brucewaynexxx
9 miesięcy temu
Pastuchy wygrały?
abxcd
9 miesięcy temu
Angole nie zasłużyli na wygraną i bdb, że przegrali
abxcd
9 miesięcy temu
Angole nie zasłużyli na wygraną i bdb, że przegrali
Zgłoś komentarz

Czy masz pewność, że ten post narusza regulamin?

Wystąpił błąd, spróbuj ponownie za chwilę
Dziękujemy za zgłoszenie

Komentarz został zgłoszony do moderacji

Nadaj nick

Nazwa użytkownika (nick) jest wymagana do oceniania, komentowania oraz korzystania z forum.

Wpisz swój nick
Wystąpił błąd, spróbuj ponownie za chwilę

Użyj od 3 do 30 znaków. Nie używaj polskich znaków, wielkich liter i spacji. Możesz użyć znaków - . _ (minus, kropka, podkreślenie).