W Montrealu nawet Bóg jest za Canadiens

Może nie tyle Bóg, co jedno z jego ziemskich przedstawicielstw. A dokładniej rzecz biorąc Archidiecezja Montrealu.

Która opłaciła wydrukowanie wkładek reklamowych do dzienników ''La Presse'' i ''Le Journal de Montreal''. W nich znajdowała się klasyfikacja NHL, która wyglądała tak, jak wyglądać powinna i dalej tak wyglądała, i długo nie dałoby się znaleźć żadnego błędu... Aż już prawie na końcu, tam gdzie powinna znajdować się pozycja Montreal Canadiens, czytelnik mógł zauważyć hasło ''Módlmy się'' i logo montrealskiej archidiecezji.

Co nie dziwi o tyle, że - jak powszechnie wiadomo i jak pisaliśmy już zresztą wielokrotnie na Z Czuba - hokej to w Kanadzie religia, a religia to w Kanadzie hokej. A także dlatego, że Habs naprawdę potrzebują modlitwy. W Konferencji Wschodniej zajmują jak na razie 11. miejsce na 15 drużyn (do playoffs awansuje pierwszych osiem), a w całej lidze gorszych jest od nich tylko siedem zespołów - Tampa Bay Lightning, New York Islanders, Buffalo Sabres, Anaheim Ducks (wszystkie te mają jednak mniej rozegranych spotkań, przy takiej samej liczbie meczów co Canadiens mogliby mieć lepszy bilans od nich), a zdecydowanie gorsze są jedynie Carolina Hurricanes, Edmonton Oilers oraz będący chłopcem do bicia całej ligi Columbus Blue Jackets. To wszystko boli kibiców z Montrealu tym bardziej, że ich ukochany zespół to najbardziej utytułowany klub w historii północnoamerykańskiego klubowego hokeja, który zdobył 24 Puchary Stanleya. I nieważne, że ostatni z nich w 1993 roku.

Modlitwa być może pomoże Canadiens, a już na pewno nie zaszkodzi, przynajmniej nie bardziej niż strzelecka niemoc Scotta Gomeza. Poza tym hokeiści Montrealu mogą być na fali wznoszącej. W weekend ograli wysoko, bo 5:0, swojego ulubionego rywala, czyli Toronto Maple Leafs. Ulubionego do nielubienia.

ŁM

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU