Stało się - jestem półmaratonką!

Pracuję w ''Gazecie Wyborczej''. W najlepszym dziale - organizuję akcję Polska Biega, piszę o bieganiu i o tych, którzy biegają. I teraz najważniejsze - zgodnie z zapowiedziami sama zaczęłam traktować bieganie na bardzo poważnie. Efektem był start w półmaratonie w Łowiczu.

Jakim cudem znalazłam się w Łowiczu?

Od początku lipca jestem w kontakcie z dwunastoma gniewnymi ludźmi, czyli z ''Gazetową'' drużyną trenującą pod czujnym okiem Wojtka Staszewskiego do startu 10 października w maratonie w Poznaniu. A że w zeszłym roku na łamach ''Gazety'' zapowiadałam, że w tym roku wezmę udział w szaleńczym bieganiu w stolicy Wielkopolski, a dla mnie "słowo droższe pieniędzy", to też wystartuję w Poznaniu. A to wiąże się z ostrym zasuwaniem na treningach.

Ojciec trener kazał przed Poznaniem wystartować gdzieś ''na poważnie'', najlepiej w półmaratonie. Mocno biorę sobie do serca takie zalecenia, więc gdy Łukasz Piorun, jeden z dwunastu, powiedział, że startuje w półmaratonie w rodzinnym Łowiczu 19 września, bez wahania powiedziałam ''ja też''.

W niedzielę wyruszyliśmy z Warszawy dwoma samochodami: jeden był pełen biegaczy (na XXIX Łowicki Półmaraton Jesieni zapisał się też Marcin Wróbel - kolejny z dwunastu, jego przyjaciele z KB Galeria: Małgosia i Wojtek oraz mój gazetowy druh Piotr Graszek), drugi: pełen mojej rodziny.

Największym stresem dla mnie nie był sam start, tylko przeczucie, że na ten start... możemy nie zdążyć (to moja największa życiowa fobia - efekt ''wpadania na ostatnią chwilę'', już nawet dwa razy mi się śniło, że nie zdążyłam na start maratonu i musiałam biec w normalnym ubraniu).

Miałam przed sobą egzamin do zdania. Ale ostatnio zrobiłam kilka razy dwugodzinne wybieganie, więc nie myślałam w kategorii ''czy dam radę?''. Nie planowałam żadnego wyniku - trenowałam wcześniej bez pomocy pulsometrów i całej tej elektroniki, więc nigdy nie wiem, ile kilometrów mam w nogach. Domyślałam się, że będę musiała biec sporo szybciej niż na tych moich wybieganiach (moje normalne tempo to tempo słonia). Generalnie obawiałam się jednej rzeczy - sztywności karku (łapie mnie, gdy długo biegnę, efekt nieodwiedzania siłowni).

Start w Łowiczu był półmaratońskim debiutem dla mnie i dla Piotrka. Reszta naszej ekipy takie biegi miała już za sobą: Łukasz biegł półmaraton drugi raz w życiu, Marcin Wróbel i jego przyjaciele z KB Galeria - po raz enty.

Pogoda dla bogaczy biegaczy

Pogoda super: słońce, ale odpowiedni... chłodek. Na starcie około 250 osób. Przytłaczająca przewaga mężczyzn. Humory dobre, zwłaszcza z tyłu stawki. Ruszyliśmy z ulicy obok stadionu (na marginesie: obiekt piękny - nogi same chciały po nim biec). Trasa wiodła ulicami Łowicza: trochę w centrum (niestety nie zahaczaliśmy o rynek), trochę po opłotkach (kontakt z naturą). Dystans podzielono na pięć pętli, każda kończyła się rundą na stadionie. Bardzo mi się to podobało, odliczałam sobie, ile do końca, że jeszcze tylko trzy okrążenia, że już tylko dwa, więc jestem uratowana. Wiedziałam, że od ronda będzie trochę w dół i że jak minę meblowy, to już tylko dwa kroki do stadionu. Do piątej pętli ciągle ktoś mnie dublował - przynajmniej na trasie było ciasno, a dzięki temu o samotności długodystansowca nie było mowy. Na piątym okrążeniu zrobiło się zdecydowanie puściej. Zdublował mnie Marcin, Piotr był tuż za mną, Łukasza, Małgosię i Wojtka widziałam tylko na starcie.

W pogoni za koszulkami

Stan nawierzchni - ocena dobra, bez podbiegów (miałam nawet wrażenie, że było tylko w dół). Biegłam z muzyką w uszach, bo inaczej gadałabym non-stop i traciła cenne siły. Mogłam się skupić na tempie, udało mi się pociągnąć szybciej niż na treningach. Raz biegłam równo z panem w średnim wieku w niebieskiej koszulce, raz próbowałam utrzymać kontakt wzrokowy z turkusową koszulką. Nie udało się - właścicielka koszulki jednak mi ''odjechała''. Znalazłam więc nowy kontakt - a nawet dwa (czarna koszulka i biała koszulka) i tym razem postarałam się, żeby obyło się bez wyprzedzania. Najtrudniej biegło mi się na czwartym okrążęniu, ale już piąte poszło lepiej. A tuż przed metą sprint - miałam nadzieję, że będzie 2.05. Prawie się udało! Było o sekundę więcej. Nie czas był tu jednak najważniejszy - dałam radę, dołączyłam do grona półmaratończyków!

Doping

Co okrążenie na stadionie czekał mój prywatny biegowy fan-klub. To oznaczało obezwładniający doping. Pół mojej rodziny oraz przyjaciółka Arleta - krzyczeli tak, że bazylika w Łowiczu chyba trzęsła się w posadach. Efekt - czułam się jak Paula Radcliffe. Zresztą chyba nie tylko ja - dziewczyny kibicowały wszystkim do tego stopnia, że po zakończonym biegu jeden z zawodników przekazał mojej siostrze Joasi swój medal. Powiedział, że dawno nie słyszał tak zaangażowanego dopingu.

Czas na konkrety, czyli nasze wyniki:

Marcin Wróbel: 01:26.25, piąte miejsce w kategorii M20

Łukasz Piorun: 01:48.08, 18. miejsce w M20

ja, hmmm (tu następuje krępujące milczenie)....: 02:06.02, 27. miejsce w kategorii Kobiety do 40 lat.

Piotr Graszek z ''Gazety Wyborczej'' z Warszawy: 02:09.05

Małgosia Butkiewicz (KB Galeria Warszawa): 01:55.41

i Wojtek Michalik (też KB Galeria warszawa): 02:31.06.

Każdy, kto ukończył półmaraton, dostał - oprócz medalu i uścisku dłoni - obiad, mnóstwo jogurtów i torbę pełną słoików z piklami, mleczka do kawy, słodyczy i skarpetek. Była też koszulka z motywem łowickim. To wszystko zasługa sponsorów. Dzięki, Panie i Panowie. Organizatorom należą się podziękowania, bo było sympatycznie i bezpiecznie - bez nerwów i problemów. Dziękuję strażakom, medykom, policjantom i innym pomagającym: w biurze zawodów, kuchni, punkcie odżywiania na trasie, przy rozdawnictwie gadżetów i ekipie sprzątającej. Nawet nie wiecie, jak pomogliście Smolińskiej w jej PIERWSZYM półmaratonie!

Jedyne, czego mi zabrakło, to doping na ulicach. Tylko nieliczni przechodnie machali, klaskali, zagrzewali do walki (bo dla mnie to była walka).

Po tym starcie zrobiłam sobie (długo wyczekiwany) dzień ze słodyczami (m.in. polecana przez Łukasza cukiernia Bordo na łowickim Rynku). Ech... warto było pobiec.

Trochę prywatnie, a co mi tam. Chcę podziękować panu, który podarował mojej małej siostrzenicy pluszowego misia. Dostał go - jak wielu szybszych ode mnie - w nagrodę za dobry wynik. Haneczka płakała, że inni mają misia, a ona nie i na nic zdało się tłumaczenie, że ciocia Gosia jeszcze tak szybko nie biega, żeby zdobywać takie trofea. Pan zobaczył łzy jak grochy, wyjął z plecaka swojego miśka, którego chwilę później szczęśliwą posiadaczką została Hania. Pan z OSiRu dorzucił na osłodę jeszcze trochę jogurtów. Powiedziałam Hani, że jak jeszcze trochę tak popłacze, to wyjedziemy z Łowicza nowym samochodem. Ale miś w zupełności jej wystarczył.

Obiecałam organizatorom, że w jubileuszowym trzydziestym półmaratonie w Łowiczu też wystartuję. Może zejdę wtedy poniżej dwóch godzin?

Małgorzata ''półmaratonka'' Smolińska