Aaron zabójca, czyli pięć rzeczy, których NIE NAUCZYŁA nas Liga Mistrzów

W Dortmundzie dzięki Aaronowi Ramseyowi i paradom Wojciecha Szczęsnego grupa F zamieniła się w jeszcze większe szaleństwo. Każdy tu wygrywa z każdym, a własne boisko nie jest żadnym atutem. Dwa tygodnie temu się wydawało, że to Robert Lewandowski strzelił gola wartego miliony euro, teraz Ramsey go przelicytował - pisze Paweł Wilkowicz, dziennikarz Sport.pl.

ssss Fot. ss

 

Fot. Reuters

Co się stało z Aaronem Ramseyem? Aaron dał, Aaron wziął, rachunki wyrównane: w poprzedniej kolejce to jego pomyłka przy wyprowadzaniu piłki skończyła się jednym z goli dla Borussii, w Dortmundzie Ramsey jako pierwszy z piłkarzy Arsenalu zebrał się na odwagę, by uderzyć w stronę bramki. I, jak zwykle tej jesieni, wpadło. Już jedenasty raz w tym sezonie - piłkarzowi, który wcześniej na zebranie jedenastu goli potrzebował pięciu lat w Arsenalu. Teraz trafia w każdych rozgrywkach, w klubie i walijskiej kadrze, jest skuteczniejszy w Premier League niż Robin van Persie i Wayne Rooney i niemal każdy jego gol jest na wagę punktów Arsenalu. To nie Mesut Oezil za 40 mln funtów, tylko Ramsey za 4,8 mln jest symbolem powrotu Arsenalu do wielkiej gry. To nie Gareth Bale za blisko 100 mln euro jest najlepszym dziś walijskim piłkarzem, ale on. Arsene Wenger tak bardzo chciał go kiedyś mieć u siebie, że wysłał prywatny samolot po Aarona i jego rodziców, by ich przywieźć do Szwajcarii, gdzie pracował jako telewizyjny ekspert przy Euro 2008, i przekonać, że mały nigdzie się tak nie rozwinie jak u niego. Ale rozwijał się wolniej niż się w Arsenalu spodziewali, przeszkodziła też koszmarna kontuzja z 2010, gdy Ryan Shawcross ze Stoke złamał Walijczykowi nogę w dwóch miejscach. Teraz Ramsey jest wielki i sprawia komentatorom ten problem co każdy piłkarz w wybitnej formie: gdzie on właściwie gra? Bo wydaje się czasami, że jest wszędzie. W Dortmundzie dzięki niemu i paradom Wojciecha Szczęsnego grupa F zamieniła się w jeszcze większe szaleństwo. Każdy tu wygrywa z każdym, a własne boisko nie jest żadnym atutem. Dwa tygodnie temu się wydawało, że to Robert Lewandowski strzelił gola wartego miliony euro, teraz Ramsey go przelicytował. A jeszcze niedawno angielskie tabloidy kpiły z jego nieskuteczności i wyliczały, że jeśli już Ramsey trafiał, to zawsze potem umierał ktoś sławny: od Osamy bin Ladena, przez Muammara Kadafiego, po Whitney Houston. Powstała nawet grupa na Facebooku: Obronić strzał Ramseya - uratować ludzkie życie. Teraz to już nieaktualne. Choć do grupy śmierci pasuje.

ssss Fot. ss

 

Fot. AP

Co jeszcze Napoli musi zrobić, żeby zacząć je doceniać? Słychać teraz, że Borussia wcale nie jest w takiej złej sytuacji, bo w ostatniej kolejce gra z dostarczycielami punktów z Marsylii, więc teraz zostaje jej tylko wygrać z Napoli. Tylko. Z drużyną, która gdy ostatnio grała w LM, dwa lata temu, wyszła z grupy z Bayernem Monachium i Manchesterem City, w 1/8 odpadła dopiero po dogrywce z Chelsea, czyli późniejszym zdobywcą Pucharu Europy, i na żadnym jej meczu nie można się było nudzić. Mówiono wtedy o Napoli, że pod ręką Waltera Mazzarriego gra najbardziej wyrafinowany taktycznie futbol we Włoszech. A teraz przyszedł do niej za Mazzarriego obsesjonat taktyki i zwycięzca Ligi Mistrzów Rafa Benitez. Wtedy ich siłą byli Edinson Cavani, Ezequiel Lavezzi i Marek Hamsik. Teraz po Cavanim i Lavezzim zostały wspomnienia i dziesiątki milionów euro od szejków z PSG, a drużyna coraz lepiej sobie radzi bez Hamsika (z Olympique wszedł dopiero jako rezerwowy). Dziś bohaterowie to Gonzalo Higuain, Gokhan Inler, Dries Mertens, wyliczać można długo. Ani fanatyzmem kibiców, ani talentem do zarabiania na futbolu, podnoszenia się z upadków i kreowania piłkarzy na gwiazdy Napoli Borussii nie ustępuje (kiedyś było bankrutem, dziś co roku przynosi zyski). A co zrobiło z Borussią na boisku w meczu otwierającym sezon w Lidze Mistrzów, to pewnie jeszcze wszyscy pamiętają.

ssss Fot. ss

 

Fot. Reuters

Dlaczego Robert Lewandowski tak się uparł na Bayern? Jeśli Borussia jednak odpadnie z Ligi Mistrzów, to teoretycznie powinna być jeszcze bardziej zdeterminowana, by nie czekać, aż Lewandowski odejdzie latem za darmo, ale spróbować go sprzedać już teraz, w ostatnim oknie transferowym, w którym można jeszcze na nim zarobić. A Robert teoretycznie też mógłby mieć powód, by nie odrzucić takiej propozycji Borussii (choć będzie miał już w styczniu prawo dogadania się z nowym pracodawcą bez oglądania się na dotychczasowego), skoro ciągle mu suflują informacje, że Pep Guardiola wcale nie czeka na niego w Bayernie z otwartymi rękami, za to mówi się o zainteresowaniu Realu czy Barcelony. Ale Polak właśnie kolejny raz powtórzył, tym razem w rozmowie ze "SportBild", że nikt już się nie musi z nim kontaktować, bo decyzja podjęta. W Monachium będzie miał królewską pensję, nowe możliwości reklamowe, jeszcze lepszą umowę z Nike, swoim sponsorem, a do tego będzie grał przeciw tym samym obrońcom z Bundesligi, którym nastrzelał w ostatnich latach tyle bramek, i z piłkarzami, których zna, przede wszystkim z Mario Goetzem, z którym się w Borussii rozumieli telepatycznie. W Barcelonie, która się nim interesuje, ale bez konkretów, byłby symbolem zmiany taktyki na grę z wysokim napastnikiem. To ruletka - gdyby się ta zmiana udała, Lewandowski byłby bohaterem. Gdyby nie wyszło, to jego by strącono jako pierwszego, bo Messi czy Neymar będą nietykalni.

ssss Fot. ss

 

Fot: AP

Co to jest kryzys? W Barcelonie za taki uważają sytuację, gdy drużyna z 16 meczów nowego sezonu w lidze i Lidze Mistrzów wygrywa 14 i dwa remisuje, a jej najlepszy dotychczas piłkarz w 11 meczach jesieni strzelił 12 goli. Właśnie przybyło Barcelonie kolejne zwycięstwo, z Milanem, dające awans do rundy pucharowej, a Leo Messiemu - kolejne dwa gole. Choć liczenie minut bez gola się nie skończyło, bo dotyczyło ligi hiszpańskiej, gdzie nie strzelił gola od czterech spotkań. Czarna seria. To fakt, Messi jest nieswój, jakby ciągle spóźniony o ćwierć tempa, przygaszony, opuścił już tej jesieni z powodu kontuzji więcej meczów niż przez ostatnie trzy jesienie razem wzięte, ale trener Tata Martino miał sporo racji, kpiąc przed meczem z Milanem z dziennikarzy, że już się gubi, gdy ich słucha: kto ma większy kryzys? Barca, lider w Hiszpanii i Lidze Mistrzów, czy Milan, który w Serie A przegrał co drugi mecz? Oczywiście, komu więcej dano, od tego się więcej wymaga: ta Barcelona już tak nie zachwyca jak w ostatnich latach, nawet jeśli Martino się upiera, że piękna nie mierzy się liczbą wymienianych podań. Jak piszą hiszpańscy komentatorzy, piłka przestała gwizdać, to już nie ona wyznacza tempo akcji, ale rajdy zawodników, tam gdzie kiedyś było rozgrywanie w trójkątach, tam są duety, tam gdzie kiedyś był łączący bezstronnych kibiców Messi, tam teraz jest dzielący ich Neymar. Ale kryzys? Kryzys to był wtedy, gdy m.in. przez nieskuteczność Messiego w pewnym momencie sezonu Barcelona przegrywała dwa lata temu mistrzostwo z Realem Jose Mourinho. Teraz naprawdę ma go kto wyręczać.

ssss Fot. ss

 

Fot. Reuters

Czy lepiej być panem na wsi, czy sługą w mieście? Co roku po milionowe premie w Lidze Mistrzów dobijają się drużyny, które potem przez całą jesień są mięsem armatnim dla wielkich. Zaczynają rundę grupową w euforii, kończą w depresji, czasem bez choćby gola. Tym razem obraz i tak jest jeszcze dość zamazany, bo wśród tych poniewieranych, dla których każdy punkt jest sukcesem, znalazły się i Olympique Marsylia (zero, ale w bardzo trudnej grupie), i Real Sociedad (punkt), ale te drużyny, które są dla mistrza Polski wyrzutem sumienia, grają tak, jak się należało spodziewać. Viktoria Pilzno ma zero punktów, a jej piłkarze zostali we wtorek ogłoszeni przez czeską prasę bohaterami, bo udało im się przegrać z Bayernem u siebie tylko 0:1. Austria Wiedeń ma punkt przywieziony z Sankt Petersburga, ale ostatnio dwa razy była liczona w meczach z Atletico (bilans siedem straconych goli, zero strzelonych). Steaua zdołała dwa razy zremisować, ale 1:1 z tej kolejki jest jak porażka, nawet z FC Basel u siebie nie udało się mistrzom Rumunii utrzymać prowadzenia (Łukasz Szukała przyczynił się, dobrze i źle, do obu goli). Nie wiadomo już, czy nie lepiej trzymać się Ligi Europejskiej i przynajmniej mieć większe szanse na nabranie nawyku wygrywania w Europie. Choć akurat Legii udało się i temu argumentowi odebrać sens.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS , na Androida i Windows Phone

Więcej o: